Wyjazd na teren oddalony to nie lada wyzwanie; oznacza wiele zmian & przygotowań, a także obaw & wyrzeczeń....... jednakże duchowe doświadczenia i błogosławieństwa, o które zostajemy wzbogaceni podczas takiego wyjazdu, nie mają sobie równych!! Opisuję na tym blogu moją przygodę na terenie zagranicznym, dla wszystkich moich przyjacioł & rodziny, i innych osób na zachętę, także śmiało przekazuj go dalej
Jak już pisałam w poprzednim poście, międzynarodowe zgromadzenie w RPA to najwspanialsze duchowe doświadczenie, jakie mnie dotychczas spotkało. Uwielbiam podróżować i odkrywać nowe miejsca, ludzi, jedzenie i kulturę, więc możliwość połączenia tego z duchowymi aspektami jest według mnie najlepszą opcją wycieczkowania się po świecie. Jest to niezwykła możliwość otworzenia się na organizacje Jehowy i odczucia na własnej skórze, jaką wspaniałą duchową rodziną jesteśmy. Jehowa jest Bogiem radości i miłości, i właśnie te wspaniałe cechy mogłam zobaczyć wśród Jego ludu będąc delegatem na zgromadzeniu międzynarodowym w 2019 roku. W tym poście opisuje to, co mnie spotkało już po zgromadzeniu, ale zdecydowanie to nie był koniec odczuwania tej wspanialej atmosfery, która ciągnęła się z nami przez cały miesiąc w RPA. Wśród ludu Jehowy 'miłość nigdy nie zawodzi' i nigdy się nie kończy. Odczuć to na swojej skórze w taki sposób odciska pozytywne piętno na całe życie. Wzrosło też moje osobiste docenianie tego, że przynależę do tej niezwykle organizacji.
Nie ma drugiej takiej.
oto kontynuacją mojego spotkania z Afryką i przygód, które mnie tam dopadły
albo ja je…
.
“Hakuna Matata”
Poniedziałek po zgromadzeniu był dla nas dniem odpoczynku i bieganiem po sklepach, bo już nazajutrz leciałyśmy do Cape Town (Kapsztad). Z poniedziałku na wtorek zaklepałyśmy sobie hotel dość blisko lotniska, aby z rana spokojnie się dostać na lot do Cape Town. Wieczorem z walizkami dotarłyśmy do naszego lokum. Było to dość dziwne miejsce i od razu z Anją poczułyśmy się tam nieswojo. Widziałyśmy tam samych mężczyzn, którzy dziwnie się na nas patrzyli. Coś w stylu 'Co te białe dziewczyny tu robią?!' Pokój, który dostałyśmy miał oszklone przesuwane drzwi wejściowe, które się nie chciały dobrze zamykać, a jedno z okien w ogóle nie miało zamknięcia. Zauważyłyśmy też, że na ogrodzony drutami pod prądem parking co jakiś czas podjeżdżało jakieś auto i przyjezdni coś załatwiali z tymi w środku i odjeżdżali. Sprawdzałyśmy ten hostel/hotel wcześniej na trip advisor i miał bardzo dobre referencje, ale będąc tam ledwo godzinę miałyśmy bardzo złe przeczucia co do miejsca, w którym się znalazłyśmy i obie zdecydowałyśmy, że lepiej w tym miejscu nie zostawać na noc. Moje złe odczucia podwajała sytuacja sprzed 2 godzin, kiedy to w najbogatszej dzielnicy Johannesburga, otoczonej urzędami i bankami, wczesnym wieczorem na ulicy wśród ludzi, zamawiając Ubera, mężczyzna podszedł do mnie od tylu i wyrwał mi telefon z ręki. Pomijając fakt, że moją głupią reakcją było pobiec za nim, a on wskakując do czekającego auta potknął się i wypuścił z ręki mój telefon, który wylądował w nienaruszonym stanie obok mojej nogi. Mimo odzyskania telefonu skradzionego na kilka sekund - tego dnia miałam już zanadto wrażeń.
Zadzwoniłyśmy do Vuyo i opowiedziałyśmy jej o sytuacji, w której się znalazłyśmy, pytając ją czy może przesadzamy, czy lepiej się zawinąć. Kabelo szybko wywiedział się od braci o tych okolicach i kazał nam się przygotować na odjazd mówiąc, że ich przyjaciele z pobliskiego zboru zabiorą nas do swojego domu na noc. Pół godziny później był po nas przyjaciel rodziny naszych ziomków, który bez gadania z obsługą zapakował nas do auta i zabrał stamtąd. Powiedział nam, że znalazłyśmy się w niebezpiecznej dzielnicy znanej z handlowania narkotykami i niebezpiecznych ludzi. Mówił nam, że bracia ze zboru nawet za dnia nie chodzą tamtędy samemu w służbie. Niezwykłe to jak ciało i intuicja potrafią wyczuć co się dzieje dookoła, zanim sam umysł to pojmie. Wylądowałyśmy u zaprzyjaźnionej rodzinki naszych ziomków, która od razu nas przyjęła jak swoich. Oddali nam swoja sypialnie — najładniejszy pokój w domu, żeby nam było wygodnie na tą jedną noc. Choć było już późno przygotowali nam jedzonko i spędzili z nami milo czas tej nocy. Byłyśmy naprawdę wzruszone tym przejawem bezinteresownej miłości i troski, o nas, osoby, które w ogóle nie znali i prawdopodobnie więcej nie spotkają. U naszych kochanych braci, choć ich w ogóle nie znałyśmy, czułyśmy się totalnie bezpiecznie, jak u samego Jehowy.
Po
spokojnej nocy, rano brat odwiózł nas na lotnisko. Oczywiście możecie się tylko
domyśleć, że na lotnisku do naszego samolotu w kolejce była ogromna rzesza
delegatów, którzy także obrali to wspaniałe miasto i rejon jako swój cel
turystyczny. Nasze super ziomki Jenny i Saul też lecieli do Cape Town więc
planowaliśmy wspólne spędzenie czasu w CT. Okazało się, że ich hotel był
niedaleko naszego, więc już wiedzieliśmy, że będziemy często razem spędzać
czas.
Tego samego dnia co ja też lecieli do CT moje ziomki zza
starych czasów z Londynu – Asia i Daniel. Pamiętają jeszcze moje czasy w tak
zwanych duchowych ‘pieluchach’; czyli znamy się sporo lat i byliśmy w jednym
zborze też ich kilka. Z Asią mam jedne z najlepszych wspomnień moich początków
służby w Mile End zborze i razem z Danielem w 2016 roku żegnali mnie przed moja
przeprowadzką do Peru. Naturalnie więc planowaliśmy coś razem pozwiedzać.
Dodatkowo grupa delegatów z US, która była w moim hotelu, poinformowała nas, że
też są w Cape Town i nas zaprosili na spotkano do willi, która wynajmowali.
Zapowiadała się super wyprawa, a wszędzie spotykani delegaci przypominali mi
o powodach, dla których tu wszyscy wylądowaliśmy w RPA! Chodziło właśnie o
doświadczenie tej cudownej bratersko-rodzinnej atmosfery, miłości i jedności
między nami, niespotykanej nigdzie indziej!
Już na drugi dzień udało się połączyć dwie grupy i
wspólnie się udaliśmy do Bourders Beach, aby spotkać pingwiny na plaży
Boulders. Był to przemile spędzony czas na obserwacji tych fajnych
zwierzątek i zbierania info na ich temat. Jest to jedna z trzech największych
kolonii pingwinów przylądkowych na stałym lądzie. Pingwiny osiedliły się w 1985
roku na południowym krańcu miasta Simon’s Town i aktualnie kolonia liczy około
2500 ptaków.
Moja grupa peruwiańska nie miała konkretnych planów na resztę dnia, więc Asia z Danielem zaprosili mnie na dołączenie do ich dalszej wycieczki zaplanowanej na ten dzień. Mieli auto wiec ruszyliśmy gazem do kolejnej super atrakcji - Przylądek Cape Point ze wspaniałymi tam widokami. Jest to przylądek usytuowany na południowym krańcu Półwyspu Przylądkowego. Zobaczyliśmy zapierające dech w piersiach widoki, wysokie kamieniste klify i wspaniały ocean. Na samym szczycie Cape Point można zobaczyć dwie latarnie, starą położoną wyżej oraz nowszą usytuowaną poniżej. Po drodze w parku towarzyszyły nam pawiany i ostrzegano nas, żeby nie wychodzić w ogóle z auta i nie otwierać szyb, bo są bardzo agresywne i niebezpieczne. Po tym od razu ruszyliśmy do Przylądka Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope). Jest to skalisty cypel na samym krańcu Półwyspu Przylądkowego (Cape Peninsula) stanowiący część Parku Narodowego Góry Stołowej. Dzięki temu, że ziomki mieli wynajęte auto, to razem z nimi mogłam pozwiedzać wiele różnych super miejsc. Moja współlokatorka wolała połazić sobie po mieście, sklepach i na spokojnie pozwiedzać CT, a ja byłam żądna przygód, pięknych widoków, nowych doświadczeń i miejsc, więc trafiłam na super kompanów do zdobycia Cape Penisuli. Jestem im super wdzięczna, że mnie przygarnęli i zechcieli zabrać ze sobą na super wycieczki. Dzięki nim zobaczyłam sporą część tego wyjątkowego rejonu RPA.
" .... a także wino, które rozwesela serce człowieka "
Pamiętam, że w Londynie często na półkach w sklepach można było dostrzec wina z Cape Town RPA. Nigdy bym wtedy nie pomyślała, że kiedyś się tam znajdę i to na wycieczce po winnicach Cape Penisula. Okolice te nazywane są spichlerzem RPA. Ze względu na sprzyjający klimat oraz urodzajne gleby to właśnie na zachodnim wybrzeżu produkuje się jedne z najlepszych gatunków win. Obecnie wina południowoafrykańskie łączą najlepsze cechy win z Francji oraz z Nowego Świata, są jednak jedyne w swoim rodzaju i dlatego nie obeszło się bez degustacji tych wspaniałych trunków. Na tę wycieczkę zabraliśmy moja koleżankę z Limy Lucjanę i jej mamę. W pierwszej winnicy wpadłam na moich amerykańskich znajomych z hotelu. W sympatycznej atmosferze spędziliśmy miło poranek degustując wspaniałe wyroby południowoafrykańskie w trzech różnych winnicach. Extra cool nowe doświadczenie zdobyte w gronie fajnych ludków.
Kolejnego dnia ziomki zaplanowali fajną wspinaczkę na
Lions Head (wzgórze Głowa Lwa). Wysokość szczytu wynosi 669 m n.p.m. a ze
szczytu roztacza się widok we wszystkich kierunkach. Po drodze na
gorę cieszyły nas cudowne widoki. Musieliśmy odbyć trochę wspinaczki po
drabinkach, łańcuchach i klamrach, ale na szycie od razu zrozumiałam, że warto
było. Wreszcie wdrapałam się na ten wspaniały punkt widokowy, który podziwiałam
od paru dni przez okno wynajętego apartamentu.
Lions Head z naszego okna
Patrzę na Table Mountain, którą zaliczamy za 'chwilę'
Znajomi z Peru na trasie
jeszcze tylko te drabinki
Lions Head zdobyte
Mieliśmy wspaniałą pogodę i kolejne na liście tego dnia było zwiedzanie słynnej Table Mountain (Góra Stołowa). Jest ona symbolem Kapsztadu i należy do 7 nowych cudów natury. Została także wpisana na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Góra Stołowa jest otoczona imponującymi klifami, a widać ja z każdego miejsca w mieście. Miałam przyjemność podziwiać zachód słońca przy kawce w kawiarence na szczycie góry.
Kilka godzin wcześniej zdobyliśmy tamten szczyt Lions Head
Kolejny dzień spędziłyśmy z Anją na lataniu po targach, żeby kupić coś afrykańskiego. Później wieczorkiem zaplanowałyśmy spotkanie ze znajomymi z Limy. Też zwiedzali CT, wiec mieliśmy okazje spotkać się i spędzić czas razem podczas kolacji. Kolejnego dnia spędziłyśmy z Anją fajnie czas na pobliskiej plaży, a popołudniem miałyśmy zaproszenie na wielkie spotkanie delegatów w CT. Lokalne zbory i bracia zorganizowali spotkanie na plaży dla delegatów, którzy wtedy odwiedzali CT. Był to wspaniały piknik wśród kochanych braci. Mogliśmy poznać się nawzajem i nie obyło się bez wspólnego śpiewania pieśni czy Broadcasting piosenek. Kolejnego dnia na wieczór odwiedziliśmy naszą amerykańską grupę delegatów z hotelu w JB. W przesympatycznym gronie delegatów z różnych krajów spędziliśmy wspaniale chwile i zawiązali więzi braterskie. Cape Town już mi dostarczyło wrażeń, a tak naprawdę dopiero mijała mi polowa czasu przeznaczonego na Afrykę. Kolejne wrażenia przerastały jedno drugie.
“Hakuna Matata”
Nasze ziomki z Afryki mieli dla nas zaplanowany niesamowity ostatni tydzień w Afryce.
Pierwsze na liście było 3-dniowe safari w Mabula Game Lodge Rezerwat. Z Pretorii zawieźli nas do wynajętego domku w środku safari, gdzie miałyśmy do dyspozycji cała chatkę z tarasem. Instrukcje otrzymane z rezerwatu to: pod żadnym pozorem nie oddalać się na więcej niż 50 metrów od domku, nigdy nie zostawiać drzwi do domku otwartych. Będąc w domku musiałyśmy mieć cały czas drzwi tarasowe czy wejściowe zamknięte, a wychodząc lub na noc dobrze zamknąć się na klucz. Jeśli chciałyśmy się dostać do głównego budynku rezerwatu, gdzie była recepcja, restauracja itp. musiałyśmy zadzwonić po ‘strażnika teksasu’, który podjeżdżał jeepem pod sam domek, żeby nas zabrać do restauracji lub na zwiedzanie rezerwatu. Okazuje się, że byłyśmy w samym środku buszu a wszelkie dzikie zwierzęta miały dostęp do naszego domku. Te bardzo groźne zwierzęta, czyli Big 5 (słonie, lwy, bizony, gepard, nosorożce i afrykański bawół) znajdowały się za siatka, która dzieliła domki od tych dzikich zwierząt. Natomiast wszelkie inne mniejsze, ale równie dzikie zwierzęta, przemieszczały się po całym rezerwacie, obok naszego domku. Już pierwszego dnia, gdy tylko wylądowałyśmy w domku odwiedziła nas rodzinka guźców przechodząca koło tarasu. Strażnicy safari cały czas nas ostrzegali przed tym, jak bardzo groźne są guźce lub pawiany, które odwiedzały często naszą chatkę.
Każdego dnia miałyśmy zarezerwowane po dwie jazdy ze strażnikiem. Byłyśmy zapisane na jazdy wczesnym i późnym rankiem, popołudniem, wieczorem i w nocy, aby mieć jak najwięcej okazji zobaczyć wszystkie zwierzęta, które sobie żyją na terenie tego rezerwatu. Dzięki temu, że miałyśmy zróżnicowane wyjazdy na zwiedzanie safari miałyśmy przyjemność zobaczyć wszystkie większe zwierzęta żyjące na terenie rezerwatu, jedne z bliska, a niektóre niebezpieczne tylko z daleka. Ciekawostką, którą się dowiedziałam jest to, że afrykańskie słonie są bardzo niebezpieczne, agresywne i praktycznie zawsze atakują człowieka, który znajdzie się im na drodze. Gdy komentowałyśmy chęć zobaczenia słoni z bliska, strażnicy nam często mówili, że wcale nie chcemy się znaleźć na drodze słonia, bo jest to prawie pewne, że by nas zaatakował i zabił. Tak więc do tych zwierząt podjeżdżaliśmy i obserwowaliśmy tylko z daleka, aby się nie narażać na atak ze strony stada słoni. Nieraz naszym jeepem musieliśmy się udać na poszukiwania słoni, aby odnaleźć szwendające się po wielkim rezerwacie stado słoni. Większość innych zwierząt, nawet geparda, mogłyśmy zobaczyć z dość bliska. Podczas zwiedzania, nikt z nas nie mógł się wychylać lub wychodzić z auta, aby nie narazić grupy na atak dzikich zwierząt. Strażnik nam tłumaczył, że dopóki jesteśmy w samochodzie, to te dzikie zwierzęta traktują samochód jak duże zwierzę i nie zaatakują nas, dopóki jesteśmy częścią auta i się z nim zlewamy. Safari było wspaniałą możliwością obserwowania natury i dzieł stwórczych Jehowy. To naprawdę niesamowite jak świat zwierząt jest zróżnicowany i w ciekawy sposób zaprojektowany. Każde zwierzę jest inne i wyjątkowe na swój własny sposób.
gotowa na nocną jazdę
spotkanie z najbardziej niebezpiecznym z Big 5 - czarny bawół
Warthog family
bliskie spotkanie z nosorożcami
bliskie spotkanie z grupą słoni
“Prawi
są nieustraszeni jak lew”
Kolejnego dnia czekała nas wyjątkowa wycieczka
na cały dzień do Ukutula Lodge Rezerwatu. Tam nas czekał cały dzień wrażeń
wśród dzikich zwierząt. Była to jedna z opcji zajęć dla delegatów, podczas
tygodnia zgromadzeniowego. Bardzo chciałyśmy dostać to w naszych opcjach dla
delegatów, ale mogę sobie wyobrazić, że podobnie marzyli wszyscy z 6 tysięcy
delegatów zaznaczając to jako numer jeden na liście wybranych. Myśmy się jednak
nie załapały jako activity dla delegatów, a tu ku naszej niespodziance i
wielkiej radości, ziomki z Afryki zorganizowali dla nas prywatnie wycieczkę
jednodniową do Ukutula. Także po naszym safari wybrałyśmy się tam razem z nimi.
Na liście było zwiedzanie rezerwatu i poznanie tygrysów, hien i gepardów.
Większość tych zwierząt była bardzo groźna, więc mogłyśmy je obserwować tylko
zza siatki. Jednak były takie wyjątki jak głaskanie gepardów, które były dość
oswojone, czy też obcowanie z niektórymi lwami. Na liście miałyśmy także
spędzenie czasu z małymi tygodniowymi lwiątkami, później ze starszymi już
lwiątkami (tzw. nastolatki), a także spacer z dorosłymi lwami. Strażniczka
tłumaczyła nam cały proces opiekowania się lwami w tym rezerwacie. Kiedy
osiągają wiek 3-4 miesięcy stają się niezwykle niesforne i trafiają pod opiekę
specjalistów z rezerwatu, którzy do pewnego stopnia próbują je oswoić, dbając o
nie jednocześnie. Gdy stają się już duże i osiągają wiek kilkunastu miesięcy
przechodzą pod specjalistyczną opiekę sześciu strażników-opiekunów dorosłych
lwów. Oni się nimi zajmują i opiekują, starając się je po części udomowić.
Stają się niejako rodziną tych młodych, ale już dorosłych lwów.
Te lwy od
małego były zabierane z klatki na codzienne spacery po safari, dzięki czemu
stało się to ich rutyna.
Powiedziano nam, że te lwy bardzo lubią chodzić na spacery i chętnie się na nie
wybierają codziennie, wręcz czekając na swoją kolej, żeby wyjść sobie z
klatki. Muszę przyznać, że spacer z lwami był bardzo wyjątkowym doświadczeniem
dla mnie. Trzech
opiekunów zabrało ze sobą na spacer 3 dorosłe lwy. Na początku dostaliśmy instrukcje jak się zachowywać wśród lwów. Każdy z nas dostał kijek, który w
razie zbliżania się lwa, miał niejako zaznaczyć granice między człowiekiem a
lwem. Nie mogliśmy dotykać lwów ani iść zbyt blisko nich. Musieliśmy iść w
grupie, bo wtedy traktowały nas jak jedno stado, czyli niejako swoją rodzinę.
Gdybyśmy się oddalili mogły by wtedy nas potraktować jako obce osobniki i
zaatakować. Nie mogliśmy się schylać ani zniżać do poziomu lwów, żeby np.
zrobić sobie selfie z nimi. Lew musiał cały czas myśleć, że jesteśmy silniejsi
od nich i że nad nimi górujemy, przez co potraktują nas jako zwierzchników, tak
jak swoich opiekunów i są dla nas ‘niegroźne’. Musieliśmy iść zawsze za lwem,
żeby mieć go przed sobą, i niejako na oku, żeby od tylu nas czymś nie
zaskoczył. Stosowanie się do tych wskazówek było absolutnie konieczne, aby nie
narażać swojego życia i grupy. Strażnicy nam wytłumaczyli, że znają te lwy od
ich narodzin i że są dość oswojone, ale będąc dzikim zwierzęciem nie da się ich
całkowicie udomowić, więc zwyczajnie mogłyby nas zaatakować, jeśli się
nieodpowiednio zachowamy.
Zostaliśmy ustawieni w rządku z kijkami w ręce,
czekając aż wypuszczą lwy z klatki. Pamiętam, że gdy zobaczyłam 3 biegnące na
nas lwy to się lekko wzdrygłam, myśląc sobie, że właśnie biegnie na mnie groźny
król afrykańskich zwierząt. Byliśmy jednak zapewnieni, że nie grozi nam żadne
niebezpieczeństwo, jeśli będziemy się stosować do podanych wcześniej zasad
obcowania z nimi. Gdy jeden
z lwów podbiegł do strażnika i się do niego przymilał, a drugi lew Zorro chciał
ukraść kijki, żeby się pobawić, to wszelkie moje strachy odeszły. Zobaczyłam w
nich połączenie kota i psa; tylko taka lekko przerośnięta wersja. Spacer z
lwami był niezwykłym przeżyciem, a te zwierzęta od razu zdobyły moje serce
zajmując zaraz po zeberce numer 2 na liście ulubionych dzikich zwierząt.
Opiekunowie wzięli każdego z nas telefon, aby zrobić wyjątkowe ujęcia tych
zwierząt naszymi telefonami, dzięki czemu mam niezwykle fotki lwa na drzewie i
jego pięknej mordki. Każda z tych atrakcji w Ukutula była wyjątkowym
doświadczeniem i sprawiła, że jeszcze bardziej miałam ochotę już znaleźć się w
raju, aby móc obcować z tymi cudownymi zwierzętami.
spacer z lwami
‘Zeberkowe Love’
Kolejnego dnia czekało nas znowu wiele atrakcji.
Coś bardzo wyjątkowego, na co czekałam to Hartis Horse Trail Safari. Był to
niezwykle wyjątkowy punkt programu zorganizowany ze względu na moją zeberkową
miłość do tych pasiastych koników. Czekała nas jazda na koniach wśród zeberek,
w rezerwacie z dzikimi zwierzętami. Wszystkie zwierzęta się nas bały i trzymały
z daleka, oprócz jednej wyjątkowej zebry. Był nią Frank – zeberka, która lubiła
ludzi i się ich nie bała. To było jedyne dzikie zwierzę, które podchodziło do
ludzi i dawało się im głaskać i wyściskać. Nie odbyło się oczywiście bez sesji
z uroczym Frankiem. Później zabrali nas nasi afrykańscy znajomi na Harties
Aerial Cable kolejkę górską, gdzie milutko spędziliśmy popołudnie z super widokiem
na okolice. W niedziele w super towarzystwie znajomych naszych
gospodarzy spędziliśmy popołudnie próbując afrykańskich rarytasów.
To tak ‘w skrócie’ opisałam moja wspaniałą afrykańską
przygodę! Niezapomniane chwile, wspaniałe nowe oświadczenia i ta wszędzie się
unosząca miłość wśród ludu Jehowy! Coś niespotykanego na tym świecie. Dosłownie
nowożytny cud nie do podrobienia!
Jak na samym początku powiedziałam – jak dotąd
było to najbardziej wyjątkowe duchowe doświadczenie w moim życiu i już od dawna
marzę o powtórce! Wiem, że bycie delegatem to ogromne planowanie, organizacja i
wyrzeczenia finansowe na rzecz wyjazdu! Jednakże duchowe doświadczenia, o które
zostaje się wzbogaconym nie mają sobie równych. Żadne typowo turystyczne wakacje
tego nie zastąpią!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz