sprawozdanie poniżej jest reportażem z tej wyprawy na życzenie moich miłych przyjaciol B.
ze wzgledu na wieksze grono odbiorcow orginal zostal lekko zmodyfikowany
" Dec 2015
Od dawna zabieram sie zeby do Ciebie napisać ale musze przyznać ze czasu coraz mniej na cokolwiek; a wracając do UK to już wogóle nie umiem sie tu odnaleźć i czasu na cokolwiek po za sprawami oczywistymi znaleźć.
Gdy wróciłam wszyscy pytali mnie "Jak było?". Pytanie będąc zbyt obszernym często dostawało odpowiedź 'super'; ale w zadnym stopniu 'super' nie oddaje znaczenia tego co ten wyjazd dla mnie oznaczal...
Można powiedzieć śmiało ze już odmienił moje życie, a ile tych pozytywnych zmian jeszcze przede mną... Odkąd postanowiłam ponad rok temu ten wyjazd do Peru to już bardzo dużo zaczęło sie zmieniać w mojej sferze duchowej a po drodze w organizacji wyjazdu do Peru odczułam wielką pomoc od Jehowy w tym aby się ziścił ten plan. Doświadczyć Jego silnej ręki na taką skalę jest niesamowitym doświadczeniem. Raz po raz Jehowa udowadniał mi że podoba Mu sie mój plan z Peru i posuwał go dla mnie cały czas o krok do przodu: poznałam siostrę z Limy, uzbierałam sporą sume na bilet i wynajem kwatery w Peru, dyrektor Londynu z mojej firmy z chęcią przystał na moją prośbę o 2-miesięczne wolne (coś co sie nie zdarza w mojej firmie i na co menagerka nizej od niego, nie była przychylťna). Pewna syt która mnie upewniła na 100% o aprobacie Jehowy na Peru, to była sytułacja z vizą... W maju zakupiliśmy bilety do Peru przez USA, nie mając pojęcia o tym że Polacy, zeby wogóle tranzytować w USA z przesiadką na lot do innego kraju - muszą mieć na to wizę!! Nie mieliśmy o tym pojęcia, aż do środka sierpnia kiedy to Jehowa dostarczył mi tą info za pośrdenictwem mojego klienta w pracy z Hondurasu. Co zawsze przyszedl do mojego sklepu, to czwiczylam moj hiszpanski w rozmowach z nim I on wiedzial o moich planach wyjazdu do Peru. W sierpniu gdy znowu przyszedl dokonac tranzakcji w moim sklepie zaczal mnie wypytywac o to jak idzie organizacja wszystkiego I miedzy innym zapytal mnie o nasze bilety, po czym, nagle mi oswiadczyl ze mamy tani bilet do Peru bo przez USA, a wieksosc nie kupuje przez USA, bo potrzebuje wize zeby wogole przeleciec przez stany do innego kraju, I tak samo maja Polacy. Z ta informacja natychmiast zaczelismy dzialac I zalatwiac potrzebne sprawy – spotkanie o wize mielismy 10go wrzesnia, a 27go mielismy juz lot do Peru… gdybyśmy nie zdobyli tej info deportowaliby nas na wlocie do stanów i byłby płacz i zgrzytanie zębami....wszystko sie udalo zalatwic z pomoca Jehowy I paszporty dostalismy doslownie jakos tydzien przed wylotem z wbitymi wizami do USA.
W Limie na drugi dzien mielismy spotkanie z bratem Noelem w Betel ktory sie zajmowal naszym przydzialem na teren. Nie podal nam żadnego zboru jako przydzial ani wtedy na spotkaniu, ani przed przylotem do Peru (choc bardzo nalegalismy na tą informację aby wczesniej sie skontaktować z przydzielonym zborem). Na spotkaniu w Limie w Betel, Noel podal nam namiary na brata - starszego z miasta do ktorego sie udawalismy, aby on nas poinstruowal ktory zbór moglibysmy tam wspierac.
Nie majac wczesniej zadnych info co do zboru, musielismy sie zająć wynajęciem lokum na własną reke, w jakiejkolwiek czesci tego miasta , co sobie ogarnelismy z pomoca jednej Peruwianki z tego miasta (znajomej naszej siostry z Limy- Carmen - ktora poznalam rok wczesniej w UK, a z ktora sie zaprzyjaznilam i mialam kontakt).
Ladujemy 'ponad chmurami' w Cusco - naszym docelowym miejscu. Jak sie wysiadalo na lotnisku to sie nie odczuwalo latitude 3.300 m npm, ale co bylo potem to tylko my wiemy: u co niektorych wszystkie lub niektore objawy choroby Soroche 9wysokosciowej): bole glowy, ospalosc, mdlosci, szybkie bicie serca, brak tlenu, slaby odddech & utrudnione oddychanie, bol w klatce piersiowej, zadyszka przy 1szym pietrze & skrzydekla kurczaka na pelnym ogniu smazylismy na patelni prawie 2hrs... Objawy Soroche uspokoily sie po jakis 3 dniach i wypiciu naparpw z lisci koki, ktore podali nam bracia z lokalnego zboru, zapewniajac ze picei tego wywaru jest jak najbardziej okej i pomoze nam. Bylo nam nakazane odpoczywac przez pare dni choc ciezko nam bylo 'lezec i sie leniwic' gdy chcielismy juz biec do sluzby
Po wyladowaniu w Cusco (naszym docelowym miejscu) skontaktowalismy sie z tym bratem Armandem (kontakt od brata z Betel) po czym on nas zaprosil do siebie na najblizsze zebranie w środę. Gdy weszlismy na sale przywital nas I powiedzial: "modliłem sie o was I czekalismy na was, zostancie u nas w zborze”. Mowił super po angielsku, jak i 30% tego zboru w ktorym wylądowalismy. Takim oto (według mnie) ‘nieprzypadkowym’ sposobem wylądowalismy w zborze Larapa w Cusco (miasto polozone wysoko w Andach, 3300 m npm, w prowincji Cuzco). Brat Armando razem z żoną i kolegą Danielem od razu sie nami ‘zaopiekowali’ – zaprosili nas po zebraniu na kolacje do restauracji zeby nas poznac I dowiedziec sie z kąd sie wzięlismy w Peru. (Armando I jego zona Alejandra I nasz kolejny przyjaciel Marco, jak I wiele innych osob ze zboru Larapa wystepuja w pazdziernikowym brodcastingu, na koniec jest video I piosenka o Peru - Armando I jego zona grają lekarzy w szpitalu, a Marco stoi kolo starszego brata przy stojaku). Od razu zaprzyjaznilismy sie z tymi sympatycznymi bracmi, ktorzy pomogli nam sie wdrążyć w zbór I słuzbę na ich terenie.
Lecąc do Peru, martwilam sie jak to bedzie z naszym ogarnieciem tam służby (kiedy, jak z kim bedziemy sie umawiac itp -biorąc pod uwagę że nie mowimy super po hiszpansku). Nasze obawy byly totalnie niepotrzebne – 30% zboru mowilo po angielsku co bylo dla nas bardzo pomocne w początkach służby itp, a zbor Larapa jest bardzo gorliwy i ostro działający w służbie. W zborze Larapa jest 10 starszych i 25 pionierow stałych, plus paru betelczykow. Nad nasza salą znajdowalo sie bióro tłumaczeń języka Keczuła Cuscenian, a obok budynek mieszkalny betelczykow z Limy, ktorzy wspierali to bióro tlumaczen. W Peru sa 4 odmiany jezyka Keczuła (orginalny język Inkow) I ich nazwa pochodzi od rejonu/prowincji, w obrębie ktorej sie tą odmianą posługiwali Inkowie. W miesteczku Cusco było pare zborow Keczula I do nich nalezalo okolo 1000 glosicieli, a potrzeby w tym jezyku sa tam bardzo duze I wiele osob z hiszpansko-jezycznych zborow przenosi sie tam na potrzeby I uczy tego jezyka (totalnie różnego od znanych nam jezykow). Zbiorki w zborze Larapa byly 2 razy na dzien – rano o 8:30 I wieczorem o 5:25, gdzie kto mogl z calego zboru wychodzil do sluzby. Bracia rozdzielali kazdego do pary z innym glosicielem I razem całą grupą (zawsze liczyla nie mniej niz 20 osób) głosiliśmy od domu do domu – tam bardzo sie dało odczuć grupowe gloszenie; razem jeden dom za drugim opracowywalismy, I caly czas bylismy razem wielką grupą, ulica za ulicą. Z rana zawsze bylo w sluzbie pełno starszyzny ze zboru (po 80tce lub nawet wiecej) ktora gorliwie glosila I uczyla nas wstępow. Bardzo lubiałam z tymi siostrami starszymi chodzic od drzwi do drzwi – mialy swietny styl konwersacyjny I duzo cierpliowsci jak ja przedstawialam wstępy, ktorych wczesniej mnie uczyly po drodze. Np siostra Lidia ma ponad 80 lat I jest stałą pionierką od 10 lat – takich przypadkow w Peru gorliwej starszyzny jest wiele.
Sluzba byla niesamowita – malo kto mowil ze nie ma czasu lub nie chce rozmawiać, ludzie chętnie sluchali orędzia I przyjmowali literaturę; szczegolnie kiedy widzieli ‘białą twarz’ to z docenianiem że chcesz w ich jezyku im przekazac orędzie sluchali I przyjmowali literature, a za wizyte bardzo dziekowali. Rejony w ktorych glosilismy byly niesamowite – góry i zieleń, mimo ze bylismy tak naprawde w nawet sporawym zabudowanym miescie. Codziennie wracajac z terenu do domu ktory wynajelismy (udalo sie nam wynajac fajne duze mieszkanko dla naszej grupy zaraz obok terenu naszego zboru) po drodze glosilismy naszym łamanym hiszpanskim – do tego potrzebny byl tylko usmiech I pare zdań wyuczonych po hiszpansku aby komus wreczyc traktat lub czasopisma. To bylo niezwykle doswiadczenie – z maską ‘odwagi’ na twarzy zagdaywalismy wszystkich po drodze. Nieraz wracajac z terenu spacerkiem 40-minutowym szlismy pasażem dla pieszych pośrodku drogi I glosilismy z traktatami I wracalismy z pustymi teczkami do domu. Moj kuzyn Beniamin pewnego razu zatrzymal sie i wręczyl traktat meżczyznie, po czym 3 ludzi za tym mezczyzną sie zatrzymalo I tez poprosiło o traktat, a czlowiek idacy z naprzeciwka podszedl do Benka I powiedzial: “ A co, mi nie dasz?!” - tego dnia Benio rozpowszechnil 70 traktatow I wrocil z pustymi rekami do domu.
Mlodziez I dzieci w Peru sa bardzo przychylne I otwarte na poznawanie prawdy. Sa bardzo zainteresowane zdobywaniem wiedzy z Biblii I czytaniem opartych na niej publikacji. Młodziez np podchodzila I pytala nas “macie druga czesc ksiazki tej dla mlodziezy, bo czytalam 1szy tom od kolezanki, ale nie moge dostac nigdzie drugiego”. Czystą przyjemnoscią bylo zobaczyć usmiech na twarzy takiej osoby gdy dostawala ksiazke o ktorą pytala, a nierzadko te osoby nas porzytulały dziękując lub sciskały rękę I sie przedstawialy.
Pewnego dnia gdy stałam sama na stojaku podeszla do mnie kobieta ktora wziela pare ksiazek I mnie zapytala: “ czy myslisz ze Biblia mogła by mi pomoc uratować moja rodzinę?!” po czy opowiedziala mi ze jej maz jest agresywny I musiala sie z dziecmi od niego wyprowadzic I ze nie chce do niego wrocic dopóki sie on nie zmieni. Pokazalam jej ksiazke tajemnica szczescia rodzinnego, tematy I wersety do nich (kobieta miala Biblie w domu) I powiedzialam: ludziom czesto ciezko jest sie zmienic dla drugiego człowieka, nawet jesli sami tego bardzo chcą, bo polegamy wtedy na sobie, a jestesmy niedoskonali I popełniamy błędy. Ale gdy ktos postanawia zmienić swoje życie dla Boga I żyć według Jego zasad, to Bóg pomaga takim osobom I mają ogromne szanse ze im sie to uda” I opowiedzialam jej przyklad jednej rodziny ktora sie rozpadala zanim poznała Jehowę po czym teraz sa bardzo szczęsliwi I słuzą razem wszyscy Jehowie. Ta kobieta mnie wypytala o nasze zebrania I wierzenia, I na koniec wysciskała mnie za literaturę. Podobnych sytułacji mielismy baaaardzo wiele.
Gdy stalismy pewnego dnia przy uniwersytecie to starszy wiekiem profesor podszedl do naszego stojaka I zapytal o literature, ktora chcial sobie wziasc po czym powiedzial: “wykladam religioznawstwo I wczesniej malo wiedzialem o waszej religii, ale z waszych czasopism otrzymalem rzetelne informacje, ktorych uzywam na swoich lekcjach (pokazal nam swoje notatki) a moi studenci bardzo lubia wasze czasopisma I ksiazki o problemach mlodziezy”. Peruwianczycy maja bardzo duży szacunek do Boga I Pisma Swietego oraz ludzi którzy chcą pomagać innym w zdobywaniu wiedzy o Bogu. Prawie kazdy jest wierzący w Boga I malo kto jest ateista lub sie do tego przyznaje.
Codziennie mielismy niesamowite doswiadczenia w sluzbie, ale gdy pod koniec 1szego miesiąca, zaczęlismy stawać z stojakami na terenie naszego zboru, to stojaki przybrały dla mnie totalnie nowego znaczenia – tego nie da sie opisać. 1szego dnia gdy stanęlismy ze stojakami, przy glownej ulicy, od ktorej kolejna wiodła na sale krolestwa, przezylismy niesamowitą sluzbę na stojakach. Ludzie tłumami sie zatrzymywali przy naszych stojakach I wypytywali o literature, naszą religie, gdzie są zebrania itd. Podchodził ktoś do stojaka, brał ksiażkę, ogladał ją I spis tresci – jak mu pasowala to pytał się czy se moze wziąść, albo odkladał i sięgał po kolejną az trafił na taką ktora go zainteresowala. Gdy chcieli wziąsc wecej niz jedna ksiazke lub czasopismo to niedowierzali ze sa za darmo I bardzo nam dziekowali za literature. 1szego dnia w 4 godziny z naszych wózkow zeszło nam 150 ksiazek, 70 broszór I 50 czasopism; raz tego dnia musielismy zrobić wycieczke na sale po wiecej, bo po godzinie lub 2 nasze stojaki świeciły pustkami a kolejne osoby podchodzily I pytaly o konkretne ksiazki. Najwiekszą popularnoscią cieszyly sie ksiazki: tajemnica szczescia rodzinnego, pytania mlodych ludzi, czlowiek poszukuje Boga & Biblia Słowo Boże czy ludzkie.
W pierwszym miesiącu naszego pobytu, na samym początku, ze względu na nieduzą znajomosc języka castellano (tak nazywaja latino odmianę hiszpanskiego) czułam sie troche ‘bezuzyteczna’ tam, mysląc ze jestem jak dziecko ktore potrafi tylko powiedziec ‘ten traktat jest dla ciebie’ a bardzo tęskniłam za ciekawymi rozmowami w słuzbie I konkretnym gloszeniem komus z wersetami I rozmową ( szczegolnie biorąc pod uwagę ze tam byly na to ogromne mozliwosci bo ludzie chcieli nas słuchac)… ale z drugiej strony to doswiadczenie uczyło wielkiej pokory I polegania na Jehowie… Gdy zaczelismy pod koneic 1szego miesiaca glosic duzo ze stojakami (codziennie po rannej sluzbie bralismy stojaki na 4/5 godzin) to nagle okazalo sie ze nawet z naszym limitowanym castellano moglismy dawac piękne swiadectwo, zapraszac ludzi na zebrania, pokazywac im filmy I mowic o czym jest nasza literatura. Stojaków w Cusco nie zapomne do konca zycia. Bracia w tym zborze nie uzywali za często stojakow, skupiali sie na opracowywaniu terenow, ale gdy slyszeli o naszych rezultatach ze stojakow to niedowierzali I zeczeli doeceniac te narzędzia bardziej I czesciej ich uzywac.
W 2gim tyg pierwszego miesiaca zadzwonilam do Gosi K na skypie i powiedzialam jej ze nie mam zamiaru wrocic na teren do Peru, ponieważ nie wyobrażam sobie jak bym sie miala odnalezc w tym totalnie innym kraju, bez dobrej znajomosci jezyka, nie radząca sobie bez niego w sluzbie, daleko od rodziny, sama na terenie... Powiedziałam jej tez ze Cusco jest ładne I górzyste, ale dla mnie za wielkim miastem, za mało zieleni, nie ma przeogromnych potrzeb, więc niech szuka nam innego miejsca gdzie mozemy wyjechac na teren, w Europie. Marzyło mi sie głoszenie gdzies na terenie na wiosce, otoczonej zielenią, w miejscu gdzie nie ma za duzej cywilizacji, a Cusco bądź co bądź, bylo sercem turystycznym Peru (miasto przez ktore trzeba przejechac udajac sie do Machu Pichu). Jadąc do Peru nie planowalam tam zostac na terenie, tylko wybadać opcję usługiwania na terenie innym od Polskiego, I sprawdzenia siebie I Jehowy w tym. Moją ulubioną publikacją jest Rocznik I czytając zawsze sprawozdania misjonarzy, nieśmiało marzyłam o takich przeżyciach jak oni. Wyjazd do Peru umozliwił mi lekkie zasmakowanie czegos takiego I sluzby na takim terenie, dlatego idea pobytu tam na 2 miesiace byla bardzo atrakcyjna I na tamten czas dla mnie wystarczająca. Jednak, przed samym Peru mialam wielki dylemat co z sobą zrobić po powrocie z Peru. Wiedziałam ze nie chcę zostać w Londynie, bo to miasto doprowadza mnie do warjacji. Mieszkam juz tu 12 lat I nie wytrzymam wiele dłuzej. Ta wielka aglomeracja, wyscig szczurow, malo czasu na cokolwiek, dojazdy, niechec ludzi, przeludnienie, scisk, korki, nacisk na kariere, wysokie koszty życia, rozrywka, nacisk na pogon za nowymi gadzetami - system Szatana z ktorego nie ma ucieczki. Zyjesz w nim I masz sie do niego przystosować, inaczej nie dasz rady I popadniesz w depresję I niechec. Szczególnie niełatwo w Londynie, żyje sie singlom..Najbardziej czego ostatnimi czasy nie moglam przezyć, to brak czasu na większe zangazowanie sie w słuzbę. Nagle bardzo mi zaczelo przeszkadzac ze wiecej siedze w pracy niz w słuzbie na terenie. Ale, nie wiedzialam za bardzo co z tym/sobą zrobić, gdzie wyjechac, sama czy z kims, z kim, kiedy, jak?! Wtedy przed wyjazdem, moj tato, ktory bardzo mnie wspieral w moich planach na Peru, powiedzial mi: “Nic nie planuj na swoja reke. Jedź do Peru I nie planuj swojego zycia po Peru, tylko módl sie do Jehowy żeby On sam pokierował twoimi planami, pokaż Mu ze stawiasz sie do dyspozycji tam gdzie On cie widzi, rozwiń skrzydła I zobacz gdzie Jehowa cie pokieruje. Bedac tam na terenie wypatruj sytułacji, ktore mogłyby wskazywac na Jego kierownictwo I modl sie o nie bardzo czesto”. Jadąc do Peru bardzo liczyłam na to że doznam tam duchowgo 'objawienia & powołania'. Myślałam sobie - posiedze sobie otoczona naturą, zrobię sobie " popołudnie z Jehową" i będę wiedzieć co dalej. Ale nie udawało mi się tego zrobić, byłam otoczona budynkami i tylko widokiem na góry, które akurat w porze suchej były mało zielone i atrakcyjne. No więc, w pierwszym miesiącu w Peru, nie zauważałam kierownictwa Jehowy I dalej nie znałam odpowiedzi na to co ze mna dalej. Czekałam na odpowiedz, ktorą mialam nadzieję, otrzymać w Peru. Po jakimś czasie przestałam tylko czekać a zaczełam sie często modlic do Jehowy I Go prosic zeby mi wskazal jakis kierunek. No i wyprosiłam…dostałam odpowiedz....
W połowie pierwszego miesiąca poznalismy Peruwiankę siostre Keren, ktora przyjechala do Cusco odwiedzic przyjaciol Armando & Alejandra z naszego zboru. Poznalismy sie z nia I razem z nami przez 2 tygodnie uslugiwala na stojakach w Cusco, podczas swoich wakacji tam. Keren ma 29 lat, jest stalą pionierką od 12 Iat i usluguje w ang zborze w Limie, gdzie mieszka. Jest to jedyny zbor ang w Peru, wiec maja przeogromny teren – całą Limę (gdzie mieszka mnostwo cudzoziemcow) I głownym terenem Keren jest sluzba w damskich więzieniach w Limie, gdzie większosc skazanych to turystki ktore smaglowały narkotyki. Prowadzi w tych wiezieniach wiele studiow I uczęszcza na regularnie prowadzone tam zebrania. 2 wiezniarki wzieły chrzest w tym wiezieniu I teraz zajmują sie produkcją torebek I okładek na literature, ktore ręcznie tam wyszywają (mam od nich torebkę i teczkę do służby :). Wczesniej Keren uslugiwała w zborze dla głucho-niemych przez 7 lat, pozniej w Betel w Limie jakis czas, po czym została wysłana do ‘mini-betel’ w Cusco, gdzie przez 2 lata wspierała prace przy Mepsie w biórze tłumaczen na Keczula. Keren jest nauczycielka ang wiec moglismy sie swobodnie z nią porozumiewac po ang. Od razu wszyscy sie zaprzyjaznilismy z ta sympatyczną I wesołą siostra I razem spedzilismy duza czesc naszego pobytu w Peru. Keren odegrała dużą role w tym, ze postanowilam wyjechac do Peru na teren…. Keren czesto ze mna rozmawiala o moich powodach przyjazdu do Peru I zauwazyla ze mam chęci działac, ale powiedzialam jej tez o moich obawach związanych z wyjazdem do Peru na teren.
Gdy kolejny raz spotkałam sie z Keren w Limie, w drugim miesiacu pobytu w Peru, Keren mi zaproponowała abym razem z nią wyjechała na teren gdzies na wioske obok Cusco. Powiedziala ze zawsze miala pragnienie uslugiwac gdzies na prowincji, I przez ten rok jest związana umową na uslugiwanie w ang zborze w więzieniach, ale za rok chce wyjechac na teren I zaprasza mnie abym dołączyła do niej! Po dluzszym zastanawianiu sie nad jej propozycją, odczułam jakby sam Jehowa sie nią posłuzył aby wskazac mi kierunek I co mam ze soba robic dalej. Perspektywa wyjazdu na wioske na teren z Peruwianką, ktora ma podobny character do mnie, sprawy Jehowy kładzie na pierwszym miejscu, mowi po ang co pomoze w komunikacji, moj szybki postęp w hiszpanskim I wspaniałe doswiadczenia w sluzbie – zaczeła być bardzo atrakcyjna. Zaczelam duzo sie modlic do Jehowy zeby mnie upewnił w tym ze to jest Jego kierownictwo. Zaczęłam rozmawiac o tym z moim kuzynem, ktory nagle mi oznajmił ze tak mu się tu słuzba spodobała I wspaniali ludzi, ktorych poznalismy, ze planuje za rok wyjechac tu na dłuższy czas. Slysząc tą wiadomosc zaczęłam byc pewna, ze to wszystko chyba kierownictwo Jehowy - nagle jeszcze moj kuzyn planuje tu wyjechac w tym samym czasie co ja. Po wielu glębszych rozmowach z moim kuzynem, doszlismy do wniosku ze to nie moze byc przypadek I ze to sam Jehowa nas zaprasza na wszelkie sposoby tutaj na teren. Keren zachęcila mnie abym pojechala na pare dni do słuzby do wioski Urubamba (oddaleonej od Cusco o 1hr drogi) I ‘obczaiła’ okolice, słuzbe I zbor tam.
Nasz zbor Larapa nie mial wielkich potrzeb, wiec chetnie przystalismy na to aby odwiedzic inne tereny gdzie sa wielkie potrzeby aby tam doswiadczyc sluzby. SłyszeliŚmy ze mimo statystyk Peru z Rocznika (250 osób na glosiciela) to są tam ogromne potrzeby - jest wiele rejonow w Peru, gdzie przypada 2000 osob na glosiciela…Pod koniec 1szego miesiaca pojechalismy z jednym bratem z naszego zboru odwiedzic na 5 dni malutką grupę w wiosce Pilcopata w jungli, ktorą opiekował sie nasz zbor Larapa. Ta wioska byla oddalona o 6 godzin krętą I jedną z najniebezpieczniejszych dróg w Peru. Przez pierwsze 3hr minibus sie wspinał gorską drogą na wyskosc 4 tys m npm, po czym przez kolejne 3hr zjezdzało sie krętą drogą w jungli do wioski, a po drodze nie bylo zadnej cywilizacji tylko lasy jungli I wodospady. Niesamowita podroz, ale tez malo wygodna. W ta podroż z nami mogł sie wybrac jeden młody brat z naszego zboru, ktory znał bardzo dobrze tą grupe z jungli bo sie nie opiekuje I ja odwiedza regularnie od 4 lat. Był naszym osobistym przewodnikiem I wielka pomocą w ogarnięciu tego wyjazdu.
Grupa w Pilcopacie liczy 11 glosicieli I jednego slugę pomocniczego. Na niedzielnym zebraniu młoda siostra czytała strażnicę, a brat ktory z nami tam przyjechal ‘z marszu’ prowadził straznice. Ta grupa ma teren wioski Pilcopata (okolo 1000 mieszkancow) I troche bardziej oddalone wioski gdzie nie mieszka zaden SJ. Np w niedalekiej wiosce Salvacion, ze względu na bezpieczeństwo bracia nie głoszą od drzwi do drzwi tylko na rynku z wózkami..
Doświadczylismy niesmowitej sluzby tam I poznalismy tą wspaniala grupkę, z ktora moglismy wspołpracowac. W niedziele, po zebraniu siostra zaprosiła całą naszą grupę I wszystkich braci z tej wioski do siebie na obiad. Dzień wczesniej ubiła swinie I razem z cała grupą gotowała po zebraniu obiad w swojej ciasnej jak komorka całej z pajęczyn I z oknami bez szyb – kuchni. Trochę sie martwilismy myslą o zjedzeniu tego, biorąc pod uwage ze zostalismy ostrzeżeni przez zbor w Cusco, zeby nie jesc jedzenia w jungli, bo jest bardzo brudno tam (inne standardy higieny) I zatrucie pokarmowe gwarantowane, a przy tym pare dni do spędzenia w toalecie. Gdy nam postawili na stołach talerze, ja obracam moj a tam dostałam częsc głowy świni ze szczenką I zestaw białych zębow usmiechających sie do mnie. Ominęłam wszystkie zęby I zjadłam mieso hahah – nie chcielismy sprawić przykrosci tej siostrze I zjedlismy wszystko, co w smaku bylo bardzo dobre. Stwierdzilismy ze skoro jestesmy zaszczepieni na co sie da, to powinismy ten obiad przeżyć. O dziwo, nic nam nie dolegało I dobrze sie czulismy, tylko moj kuzyn mial trochę rewolucję I pare razy odwiedzil toalete; po za tym nic nam sie nie dolegało. Jednak te polskie rzołądki silne haha.
Grupa w Pilcopacie ma ogromne potrzeby, a bardzo malutko tam glosicieli… - zastanawialismy sie dlaczego nie przenosza sie tam bracia ze zborow np w Cusco aby pomoc tej grupie… po jakims czasie zrozumielismy dlaczego tak jest. Otórz w takich np wioskach jak Pilcopata, są bardzo małe możliwosci utrzymania sie I pracy ktora nasi bracia moga wykonywac. Prawie wszyscy mieszkancy tej wioski (jak I wielu innych w jungli w Peru) utrzymują sie z pracy przy plantacjach koki. Dowiedzielismy sie ze od paru lat Peru przoduje w produkcji kokainy na caly swiat (szczegolnie na Europe) I cala ta produkcja odbywa sie w jungli peruwianskiej. Sami widzielismy w tej wiosce jak kobiety na srodku drogi suszą liscie koki na plandekach, a nie mozna im udowodnic na co ją suszą, bo z lisci koki robi sie tez ziołowe I lecznicze herbaty, ktore np wspomagaja oddychanie, i koka ma zastosowanie w medycynie, a samą kokainę to dopiero tworzy się po zmieszaniu sproszkowanych lisci np z paliwem itp. Takze jedyne prace ktore mogą tam wykonywac nasi bracia to np na roli lub scinanie ananasow I bananow lub taksowkarz na motorze z przyczepą. W miescie takim jak Cusco przeciętny Peruwiańczyk na pełnym etacie zarabia 1000-1500 soli (£200-300), mieszkania nie są tam drogie ale ceny jedzenia jak w Polsce (1 sol = 0.90 zł). Szanse że taki przeciętny Peruwiańczyk sobie pozwoli uzbierać na wyjazd na teren są marne, a zaś na terenie w takich miejscach mały wybór pracy.
Wyprawa do jungli miala niesamowity wpływ pod jeszcze jednym względem – nasz brat-przewodnik nie mowił po ang I bylismy zmuszeni do posługiwania sie tylko castellano I tak oto po 5 dniach mowienia tylko castellano – nasze mozgi odblokowały szare jezykowe-komorki I nagle zaczęlismy swobodnie sie poslugiwac tym jezykiem. Co prawda kaleczone ‘Kali jesć, Kali pić’ ale niesamowite doswiadczyc tego jak nasz mózg szybko sie adaptuje do nowego jezyka. Po powrocie do Cusco z jungli nagle zaczelismy bez problemu poslugiwac sie tym jezykiem I przyswajanie go zaczelo nam isc bardzo szybko I łatwo. Od początku w zborze Larapa, całą grupą postanowilismy sobie ze nie bedzie zebrania, na ktorym bysmy sie nie zgłosili I odczytali wczesniej przygotowane komentarze. Bracia nas chwalili za szybkie opanowanie języka I mowili ze są pozytywnie zszokowani tym, jak nam szybko przyswajanie idzie, bo amerykanie czy np australyjczycy opanowują ten jezyk w około rok, a nam mowili ze zajmie to max 6 miesiecy. Jezyk PL ma bardzo podobną wymowę do hiszpanskiego I ta gramatyka jest bardzo podobna do PL I Ang, wiec jesli zna sie oba jezyki to szybko przysfajalismy sobie ten catellano. Wyglada na to ze ten jezyk jest bardzo łatwym dla Polakow do opanownaia w szybkim tempie.
W ostani dzien nasz brat-przewodnik zorganizowal nam wycieczke do srodka jungli z przewdonikiem, na co chetnie z kuzynem przystalismy i zwiedzilismy ciekawe lasy w jungli, obserwowalismy cudowna przyrodę calkiem różną od naszej. Nigdy wczesniej nie mialam tak namacalnego zderzenia z natura, w totalnie oddalonym od cywilizacji zakatku gdzie w ciszy wsluchiwalismy sie we wspaniala nature stworzona przez Jah. Tego momentu na tratwie i odglosow zwierzat z jungli nie zapomne nigdy
W Limie (srodek naszego pobytu w Peru), Keren zabrala nas na kolacje do swoich przyajcioł w Betel. Cezar i Julie od roku wspierają nowy ang zbór w Limie. Cezar jest już w Betel od ponad 20stu lat i przez ost 10 razem z Julie działają w języku dla głucho-niemych. Cezar nadzoruje prace tłymaczy na ten język w Limie i jest obwodowym na jednym z 4 obwodów tego języka. Jak zaczynał prace na terenie głucho-niemych, opowiadał że było wtedy 8 zborów a teraz jest 35 i dużo grup. Powiedział że język głucho-niemych nauczył go otwierać całego siebie przed Jehową, używać całego ciała aby wyrażać swoją miłość do Jehowy. Głucho-niemi nie literują imion tylko nadają jakiś znak nowej osobie - 1sza litera połączona ze skojarzeniem tej osoby. Cezar opowiadał że działanie wśród głucho-niemych to nie tylko nauka ich języka ale też ich kultury, która jest bardzo odrębna i inna od naszych. Mowi że prawie każdy głucho-niemy ŚJ na pyt 'czego najbardziej nie może sie doczekać w raju' odpowiada: że będzie mówił i słyszał i wreszcie zaśpiewa Jehowie pieśń i usłyszy jak jego głos przy tym brzmi. Przesympatyczni kochani bracia. Nie będą już w Betel i dostali zaproszenie do szkoły dla ewang, ktorą teraz konczą i dostaną przydział na teren - być może do migowego na prowincje coś podejżewają... Na tej kolacji w Betel poznaliśmy Steva i Jaye z Australii. Należą do Międzynarodowej Rodziny Budowlanej. Właśnie zjechali z półtora-rocznego projektu na prowincji w Peru i dostali nowy przydział do rozbudowy bióra tłumaczeń w naszym Cusco. W grudniu tam zjechali. Opowiadali nam o projektach budowlanych w których brali udział w: Południowa Korea, Papuła Nowa Guinea, Jamajka, Australii, Samoa. Na wyspie Samoa razem z 8-osobową grupą tubylców pracowali przy całej od-podstaw budowie przez 7 miesięcy. Genialna wesoła para przesympatycznych ludzi działających całą parą dla Jehowy. Ależ zachętą, zbudowaniem i radością są rozmowy z takimi ludzmi.
W zborze Larapa w Cusco byl brat Juri - starszy ktory wspiera mały zbor w Urubambie (pracuje ucząc ang w Cusco wiec mieszka tam poł tyg, a drugie poł tyg wspiera zbor w Uru I mieszka tam na pokoju). Poznalismy sie z nim wczesniej, wiec zaplanował nam wyjazd na weekend do Uru I słuzbe abysmy poznali tamte rejony z moim kuzynem Beniaminem. W tamtym momencie juz wiedziałam ze wracam na teren do Peru I Benek tez, ale on ‘delikatnie’ planował dolaczyc do brata Marco ze zboru Larapa I jego zony, ktorzy planowali za rok wyjechac do jakiejs wioski za Cusco na potrzeby. W przedostatni weekend w Peru wybralismy sie z Beniem do Uru. Rano o 6am wzielismy minibusa do Uru, dotarlismy tam po 7am, zjedli sniadanie z Juri I zabrał nas do słuzby na zbiorke o 8am, poznalismy duza czesc zboru w Uru (prawie caly byl w sluzbie). Ja zostalam przydzielona z siostrami ze zboru, ktore wyprowadzily sie z Cusco do Uru na potrzeby pare lat temu, a Benio zostal przydzielony do sluzby z malzenstwem z Limy, ktore przyjechalo do Uru na 2 miesiace na potrzeby. Benio od razu bardzo ich polubiał I bardzo sie zbudował rozmową z nimi, a ja usłyszałam porownanie sluzby I zycia w Cusco a Uru od tych siostr. Zbor w Uru liczy okolo 50 glosicieli I ma przeogromny teren, wioska Urubamba " male wioski dookolo gdzie nie mieszka zaden SJ, plus cala Swięta Dolina, ktora prowadzi pod same Machu Picchu, włacznie z wioska pod samym MP. Wlasnie tego weekend, czesc zboru Uru pojechala na kampanie do wisoki pod Machu Picchu. Teren jest tak ogromny tego zboru, ze bracia nie są w stanie prowadzic studiow z zainteresowanymi z oddalonych wiosek, bo nie mają jak ich regularnie odwiedzać, więc są tam na kampanie I jak sie uda to co miesiac je odwiedzą. W tym zborze jest para misjonarzy z USA, ktora w tym momencie byla na wakacjach w stanach wiec ich nie poznalismy. Po sluzbie rannej para z Limy zaprosiła mnie I Benia na lunch do rodziny ze zboru, u ktorej przebywali przez te 2 miesiace. Po drodze opowiedzili nam o planach wyprowadzki z Limy do Uru na stałe ze względu na teren – ogromne potrzeby, I powiedzieli ze Urubamba jest wlasnie taką wioską o jakiej marzyli aby mieszkac. Urubamba jest wspanialą małą wioską usytuowaną w dolinie koło Cusco, ktora sie nazywa Swięta Dolina I prowadzi az do Machu Picchu. Poniewarz jest nizej niz Cusco, jest w niej cieplej I ma mniej opadow I ogolnie lepszy klimat niz Cusco. Jest otoczona zewsząd gorami, ktore wydaja sie byc zaraz obok ciebie, zielonymi polami, łąkami I laskami, a przez wioskę przepływa rzeka ktora im wyzej – zamienia sie we wspanialy czysty strumyk. W wiosce nie ma ani jednego supermarketu, sa tylko male prywatne sklepiki I targi ze swierzo zerwaną zywnoscią z pol uprawnych otaczajacych Uru; jest jeden mały ryneczek, w ktorym odbywa sie cale towarzyskie zycie Uru – czyzbym znalazla idealny teren o jakim marzylam?
Razem z malzenstwem z Limy I rodzinka, u ktorej mieszkali zjedlismy lunch I duzo rozmawialismy o terenie w Uru. Bardzo polubielismy te 2 rodziny od razu; przesympatyczni, przystepni I ciepli ludzie, ktorzy staraja sie jak moga dzialac dla Jehowy. Gdy sie dowiedzieli ze planujemy wrocic na teren do Peru, na wszelkie mozliwe sposoby zapraszali nas abysmy zjechali do Uru I pomogli im na terenie. Powiedzili ze pomoga nam znalezc fajne kwatery/domy otoczone zielenią, opowiadali nam o terenie I zyciu w Uru. Spedzilismy z nimi wspaniale popoludnie I w drodze powrotnej po jednej z piekniejszych okolic Urubamby, rozmawiajac o tym co zobaczylismy I uslyszelismy, powiedzialam Beniowi ze chce wyjechac tutaj na teren za rok, na co on mi odpowiada, że czuje ze Jehowa tez go tu zaprasza wiec wraca ze mna tu na teren do Urubamby. Nie moglismy w to uwierzyc, jak Jehowa tym wszystkim pokierowal I czulismy przogromne dzialanie Jehowy w tym wszystkim. Wieczorem mielismy zebranie, a na drugi dzien z rana znowu zbiorke I spedzilimy popoludnie z bracmi z tego zboru I tym malzenstwem z Limy. Wracajac z Urubamby do Cusco bylismy naładowani duchowo jak nigdy I pewni ze to wlasnie tam Jehowa nas kieruje. Zdając relacje z tego wszystkiego Keren, ona takze byla pewna ze to wlasnie tam jedziemy na teren za rok.
Nigdy wczesniej w zyciu nie odczuwałam dzialania Jehowy na taką skalę w moim zyciu prywatnym " duchowym. Zaczeło sie to gdy planowałam wyjazd do Peru i postanowialam, ze chce tego doswiadczac, juz zawsze, i ufac Mu w kazdej dziedzinie mego zycia i w kazdym malym kroczku organizacji mojego powrotu teraz do Peru.
Wiec w skrócie mówiąc to....wracam do Peru, wyjeżdzamy na teren do Urubamby. To tak jakby sam Jehowa nam podsuwał te wszystkie plany, najpierw nasz 'przypadkowy' zbór Larapa w Cusco,pozniej poznanie Keren i plan z Urubambą, weekend w Urubambie, teraz sam zbór w Uru i Lima-jczycy nas upraszają byśmy do nich wrocili i zbor żegnał nas, mówiąc ze na nas czekają :)))
To co tu przezylismy jest niesamowite.... sluzba jakiej doswiadczylismy w Peru – przeszła moje najsmielsze oczekiwania…. na terenie mi znanym chodze do ludzi aby im powiedzieć że mają potrzeby duchowe, uświadomić to im, a poźniej je rozbudzać aż wkońcu poczują głôd ktòry mogę zaspokoić. W Peru ludzie są świadomi i bardzo głodni, ktòś ma poprostu przyjść i ich nakarmić, ktokolwiek! Poczułam ze tam mogę się naprawdę poswięcić Jehowie w organizacji, co caly czas było mi (lub ja sobie sama…) blokowane przez chory system w ktorym zyję w Londynie/Europie. Wiem ze tam mam mozliwosci, ktorych nie potrafię sobie stworzyc tu w UK/Europie, z rożnych względow. Będąc tam w Peru, nagle jedna walizka z ciuchami byla wystarczalna na dwa miesiące a fakt ze mam malo ze soba rzeczy – byl na rękę, bo mogłam sie wszędzie spakowac w pare minut, i niewiele rzeczy bylo wogole potrzebnych aby tam funkcjonowac. Idea uproszczenia sobie życia I spakowania sie do paru walizek nagle zaczęła być dla mnie bardzo atrakcyjna i możliwa (czego nie potrafiłam sobie wogole wyobrazic w UK). Chcę tych doswiadczen, polegania na Jehowie, uczucia ze jest bardzo blisko i mi pomaga - wiecej !!, więc wracam tam na teren na czas niekoreslony. To było czyms niesamowitym - na własnej skorze odczuć braterstwo i to ze jesteśmy niesamowitą wielką rodziną, że mozna z kimś sie zaprzyjaznić w pare dni i poznac super ludzi na całym swiecie w kazdym języku!!! Tego nie da sie opowiedziec. To trzeba przeżyć :))
Jehowa dla nas i w nas działał … abysmy i chieli i mogli ....i na wszelkie sposoby zaprasza nas spowrotem do Peru... Jemu się nie odmawia :)
Każdego kogo spotkam kto sie wacha czy sprubowac wyjazdu na teren – bede usilnie zachęcać swoimi przeżyciami i doswiadczeniami, aby nie wachal sie ani na chwilę, tylko dał sobie szansę i Jehowie na udowodnienie ze nie ma nic lepszego teraz do roboty - zanim Armagedon nas zastanie "













































































































