1 paź 2019

Huilloc ‘a uszy głuchych sie otworzą’



Dawno, dawno temu; za Andyjskimi górami, za lasami i głębokimi dolinami, między rzekami i jeziorami, na wysokiej górze, we wysokiej wieży………

Okej… Chyba się zagalopowałam i lekko przesadziłam…. Przecież to nie żadna baśń czy też bajka na dobranoc lub historia wymyślona i z palca wyssana…..

to jest prawdziwa historia, którą wam dzisiaj opowiem…. W sumie cały początek aż do ‘we wysokiej wieży’ - zgadza się z faktami… no to zacznijmy jeszcze raz ….

Za Andyjskimi górami, za lasami i głębokimi dolinami, między rzekami i jeziorami, w Huilloc na wysokiej górze, w małej lepiance mieszka sobie rodzinka. To właśnie o niej wam dzisiaj opowiem. Jest to na tyle wyjątkowa rodzinka, a w szczególności te dzieci, że zasługują na swoje własne miejsce na moim blogu. Chciałabym też zapoznać was wszystkich z wysiłkami i wspaniałą pracą, którą wykonują nasi przyjaciele ze zboru, odwiedzając co tydzień te wyjątkowe dzieci z Huilloc.

Dziś zabieram was ze sobą do Huilloc do rodziny Bautista– przyda się ciepła herbata, plecak i dobre buty do wspinaczki

No to ruszamy…









Głosząc w Peru, często mam okazje, wręcz namacalnie, zetknąć się ze straszną biedą, ubóstwem lub cierpieniem. I wtedy tylko jedna myśl buzuje w mojej głowie — żeby armagedon i nowy świat, bez chorób, cierpienia i niesprawiedliwości przyszedł już dzis, już teraz. Właśnie dla nich, bardziej niż dla mnie. Przecież mnie nie dzieje sie nic strasznego: mam dwie ręce i nogi, słyszę, widzę, mam co jeść, śpię w czystym domu i nie choruję na straszną chorobę. Nie wspominając o tym, ze mam prawdę, organizacje i Jehowę. A to już w ogóle zmienia postać rzeczy, jeśli mówimy o sposobie patrzenia na życie, przyszłość czy radzenia sobie z problemami.

Muszę przyznać, ze głoszenie w Peru, mnie osobiście uczy doceniania i cieszenia się z tego, co mam. Gdy głoszę ludziom, którzy mają jakieś ułomności czy problemy zdrowotne, żyją w ciężkich warunkach, w biedzie, lub pracują od rana do nocy na roli – robi mi się ciężko na sercu i strasznie szkoda mi tych ludzi. Tym bardziej to mnie pobudza do wzmożenia wysiłków w służbie, żeby zanieść im dobrą nowinę. To naprawdę jedyna dobra nowina, jaką ci ludzie mogą usłyszeć.

Zycie nie rozpieszcza Peruwiańczyków, szczególnie mieszkających na prowincji – straszna korupcja, niesprawiedliwość, brud, choroby, brak opieki społecznej, a państwowa służba zdrowia naprawdę godna pożałowania. W szpitalu w Urubambie spotkałam się z takim brudem i zaniedbaniem, że bałam się pomyśleć co by z człowiekiem było, jakby tam musiał trafić z jakaś nagła sytuacja – brak wody w łazienkach, wszędzie smród, muchy roznoszące niespuszczone bakterie, a ubikacje – sami sobie możecie wyobrazić .

Często na prowincji drzwi otworzą ci małe umorusane i potargane dzieci w wieku 2-4 lat, a gdy pytasz, czy są dorośli to odpowiadają, że rodzice w pracy i są same. Starsi ludzie aż do śmierci pracują na polu, zgarbieni prawie do kolan niosą ciężkie zbiory na plecach. Są zmarszczeni, zmęczeni; całe życie ciężko pracowali, żeby przeżyć każdy kolejny dzień. Nazwałabym to bardziej egzystencją i przetrwaniem niż życiem lub radością z niego.

W moim zborze Urubamba mamy mini grupkę migowego. Nie jest to nawet oficjalna pregrupa, ale na zebrania przychodzą 3-4 głuchonieme kobiety, z którymi są prowadzone studia. Czasem i więcej przyjdzie głuchoniemych na zebranie, ale dla tych stałych kobiet zawsze jest na przedzie sali organizowane zebranie w migowym. Maja swój ekran z komputera z wyświetlonym zebraniem w migowym. Jeden brat (który kiedyś w Cuzco był starszym w migowym zborze) przewodzi tym zebraniom i siostry, które znają od wielu lat migowy także prowadzą zebrania, tłumaczą wykłady i punkty. Dwie siostry z migowego przyjechały z Limy, które wspierają teraz naszą grupkę w zborze i tereny. Podobno w okolicach naszego zboru jest 50 głuchoniemych, a żeby powstał zbór czy jakaś konkretna grupa to mało, bo powinno być 200 lub więcej głuchoniemych. W oddalonym o półtora godziny Cuzco jest najbliższy migowy zbór, który ma pod swoją opieką cały region Cuzco, także nasi kochani przyjaciele z migowego mają ręce pełne roboty.

W Peru są dwa obwody migowe a w nich 40 migowych zborów i wiele grup. To sporo jak na jeden kraj. Często do zborów w Peru są wysyłane z Betel listy zapraszające braci do usługiwania w migowym, zaznaczające gdzie są największe potrzeby w migowym w kraju. Sporo potrzeb jest w dżungli lub na prowincji. Zastanawiało mnie jak to jest ze tyle głuchoniemych ludzi jest w Peru. Popytałam i w odpowiedzi usłyszałam, że często kobiety na prowincji rodzą same w domu, bez pomocy, więc przy porodzie często dzidziuś jest ogłuszony, gdy poród się odbywa w nieodpowiedni sposób. Tak często dzieci zostają głuchonieme od urodzenia. A inni często zostali głuchoniemi po wypadku. Na oddalonych wioskach nie ma dostępu do opieki medycznej, a często I rodzice ignorują wypadki swoich dzieci, lub nawet o wypadku nie wiedza, bo w pracy, a dzieci same w domu. Rzadko w takich wioskach rodzice zabierają dziecko do szpitala, jeśli takowy tam jest. Nieleczona gorączka, grypa itp może narazić dziecko na różne ułomności i kalectwo jak te. Często tez, w tych samych rodzinach ze względu na geny dzieci rodzą się głuchonieme.

Jak już może wiecie z moim poprzednich postów, mój zbór jest ostatnim w Świętej Dolinie i później aż do dżungli nie ma nic. Więc jeśli chodzi o teren to sporo do roboty i ogarnięcia. Co jakiś czas starsi organizują zborową służbę na bardzo oddalonych terenach, gdzie rzadko docieramy z dobra nowina. Trzy lata temu pewnego dnia nasz zbór pojechał na oddalony teren do Huilloc i głosił w tej oddalonej wiosce.

Huilloc to ciupeńka wioseczka, która należy do terenu mojego zboru. Jest to mieścinka schowana w dolinie między górami, oddalona od Urubamby o jakieś 1,5 godziny drogi autem. Ze względu na odległość i cenę przejazdów, która na Peruwiańskie realia jest spora (10 zł w dwie strony), jest to bardzo rzadko opracowywany teren. Z danych udzielonych mi przez zbór – mniej więcej raz na rok udaje nam się wyruszyć zborem do tej wioski i ja opracować. Żeby dojechać do Huilloc, wyruszamy około 6:30 z Urubamba do Ollantaytambo (wioseczka oddalona o jakieś 30 minut drogi); po czym tam się przesiadamy do kolejnego vana, czekamy aż się zapełni i wyruszamy w około 45-minutowa wspinaczkę do Huilloc. Jest to dość spora wyprawa, także nieczęsto jest organizowana jako zborowe przedsięwzięcie.

Gdy w 2016 zbór głosił we wiosce, Valeria i inne siostry z migowego głosiły w szkole. Postanowiły zapytać także o głuchonieme rodziny i dzieci w Huilloc. Nauczycielka pewnej klasy powiedziała, że zna rodzinę, w której jest małe dziecko, które jest głuchonieme. Dziewczyny odwiedziły tę rodzinę i okazało się, że jest tam malutkie dziecko, które rzeczywiście było głuchonieme, jednak było za malutkie, żeby zacząć z nim stadium. Jednak ta rodzina wskazała domek wysoko w górach, gdzie powiedzieli, ze mieszka ich jakaś dalsza rodzina, gdzie także są głuchonieme dzieci, starsze od ich synka. Siostry zostały zaprowadzone do domu rodziny Bautista, gdzie odnalazły głuchoniema 9-letnia Lourdes i jej rodzeństwo.

Valeria i Elisabeth ucza Loudres jezyka migowego (2016) 


Jedno z pierwszych zebran Loudres. Razem z braciszkiem ubrani w storje ludowe z Huilloc (2016)
Valeria z Loudres (2016)

Misael z dziecmi pokazuja znak 'Milosc' w Peruwianskim migowym 
(od gory Josue, Loudres, Boris i Orfelina)



 Filmik pozyczony od braci z migowego w Cusco, ktorzy byli w odwiedzinach u Loudres

 Rodzina Bautista na dzień dzisiejszy skałda się z mamy, taty i szóstki dzieci: najstarszy Josue (14 lat), Laudres (11), Boris (6), Orfelina (4), Rosas (2) i Franco (roczek). Parę lat wstecz było jeszcze jedno dziecko, miedzy Loudres a Boris, które zmarło będąc kilkumiesięczne. Zachorowało na grypę i w Huilloc nie było lekarstw na zbicie gorączki, więc malutki umarł. Podobno Rosas mi imie po tym dzidziusiu.

 Mama ma na imie Grimera i ma 30 lat. Jej zajęciem i praca jest wyrabianie materiałów ze wzorami tradycyjnymi dla Huilloc. Jako mała dziewczynka nauczyła się na pamięć jak wyrabiać dywany, obrusy, ciuchy i wszelkie inne tkackie wyroby. Grimera nie mówi dobrze po hiszpańsku, tylko w Keczua. Tylko Josue posługuje się dość dobrze językiem hiszpańskim, bo dzieci dopiero po klasie podstawowej uczą się języka hiszpańskiego, a tak wszelka edukacja w Huilloc odbywa się w Keczua.













Lourdes nie posługiwała się językiem migowym – nikt jej nie nauczył. W rodzinie dogadywała się z wszystkimi na swój sposób, ale ani ona, ani nikt tam nie posługuje się migowym. Dziewczyny na tyle na ile mogły wytłumaczyły, że przyszły nauczyć Loudres języka migowego, po czym chciałyby jej przekazywać wiedze biblijna podczas studium. Mama się zgodziła i wyraziła chęć, aby studiować także z innymi dziećmi. Tego samego dnia, popołudniu rozpoczęto studium z Laudres, a może raczej naukę migowego, przy pomocy broszury. Na kolejne odwiedziny dziewczyny się wybrały z Misaelem, który posługuje się językiem Qechua. Na studium wyraziła chęć cala rodzina. W taki oto sposób Misael rozpoczął stadium biblijne w Qechua z rodzicami, Josue i Borisem. Orphelia była wtedy jeszcze malutka, a Rosas dzidziusiem. Gdy Rosas podrósł, także się okazało, że ma wrodzoną wadę jak Laudres i jest głuchoniemy. Dzisiaj ma dwa latka i Sara go uczy podstaw migowego. Jak podrośnie ze swoją o 2 lata starsza siostrzyczka Orfelina to też pewnie będą studiować.

W 2016 Valeria rozpoczęła uczyć Loudres języka migowego, i po jakimś czasie mogła rozpocząć naukę biblijną z dziewczynka. Niedługo później ojciec przestał studiować ze względu na kościół we wiosce i jego problem z alkoholem. Jednak nie ma nic przeciwko, żeby reszta rodziny studiowała i bardzo ceni fakt, ze Świadkowie Jehowy przychodzą ich odwiedzać tak daleko wspinając się tak wysoko. Rzadko jest w domu, gdy przychodzimy, bo pracuje całe dnie, ale gdy na niego trafimy to zawsze jest bardzo miły, chwilkę pogada i bardzo dziękuje że przyszliśmy tak daleko odwiedzić jego dzieci.




Życie tych dzieci nie jest lekkie tam w górach. W oknach nie ma szyb, tylko worek plastikowy, a zimą spada temperatura poniżej zera i w sierpniu są straszne wiatry, które nawiedzają tę część gór. Za dnia zaś piekące słońce i gorąc daje się ostro we znaki. Dzieci tam nie używają żadnych kremów itp bo rodziców po prostu na to nie stać, plus nie uznają kosmetyki za ważny element przetrwania. Suche od zimna i spalone od słońca buzie zaznacza popękana na policzkach skora.

Gdy przyszłam pierwszy raz to miałam tylko ochotę je wszystkie kremować od przyjścia do wyjścia. Jak wyciągnęłam jabłka i banany to aż oczy im się świeciły i przytulały mnie co chwilę za te owoce. Miałam ciepłą herbatę i chciałam się z nimi podzielić, więc poszłam do kuchni a tam wszystko brudne, umorusane.... Opłukałam ich kubeczek i piły ciepłą herbatę i się cieszyły jakby dostały jakieś prezent.... Sobie pomyślałam “Następnym razem przyniosę im chyba siatkę tych owoców. 

Dom składa się z dwóch izb — jedna to prowizoryczna kuchnia a druga to 'stołowy' i za ceratą 3 łóżka obok siebie gdzie śpi cała rodzina (8-osobowa). Nie mają ubikacji-chodzą po prostu gdzieś za krzaki. Woda to na dworze szlauf. Dlatego mycie się nie przychodzi im jako naturalna i regularna rutyna-dzieci mają stópki mega brudne i ciuszki też. Nie ma tam telefonu, zasięgu a o WiFi to sobie można pomarzyć; ludzie tam po prostu tego nie używają, bo nie ma, ledwo kto ma telefon komórkowy. Jednak wszyscy szczęśliwi, dzieci się bawią razem, przytulają, pomagają przy owcach i innych zwierzętach. Kochane bobasy i szczęście niezmącone przez komputery i cywilizacje, technikę i pieniądze.

Wspinając się w górę i obserwując te cudowne widoki, góry, zieleń – wspaniale twory Jah, już czujesz że będzie to genialny dzień, ale to jeszcze nic, najlepsze jeszcze przed tobą. Po tej długiej wspinaczce na koniec otrzymujesz 'the best' nagrodę — te dzieci wybiegają na spotkanie i się rzucają w twoje ramiona... Wtedy na maksa zapominasz o niezłym wysiłku fizycznym, którego właśnie dokonałeś – wydaje ci się czymś banalnym i niczym w porównaniu ze spędzaniem czasu z tymi dzieciaczkami. Zawsze jak się wspinam tam do tego domku to se myślę: “Wow, to dopiero życie prowadzę. Nie ma sobie równych. Kocham moje życie, to co robię i to gdzie jestem. Coś jakby, bycie tam wysoko w górach przybliżało cię do ‘domu’ Jehowy.

Lourdes ma teraz 11 lat i jest głuchoniema od urodzenia. Sara stara się studiować z Loudres regularnie, więc co tydzień odbywa tą ciężką i mozolną podróż i wspinaczkę. Normalnie komuś z dobrą kondycją zajmuje wejść tam półtora godziny, ale czasem przeze mnie zajmuje to nam 2hrs - uwierzcie na wysokości 3800<4000m npm nic nie przychodzi łatwo (nie byliśmy w stanie dostać dokładnych współrzędnych chatki tych dzieciaczków, ale wioska Huilloc jest na wysokości 3550m npm). Także co tu dużo mówić – niezły spacerek.

Loudres czasem się zdarzy, że przyjedzie tak daleko na zebranie do Urubamby i udaje się jej przybyć na pamiątkę od kąd Valeria ja spotkała i zaczęła z nią studium. Przybycie tych dzieci na zebranie lub pamiątkę to cala zorganizowana akcja – trzeba je odebrać i przebyć trasę, ogarnąć jedzenie i nocleg, bo wieczorem nie ma już transportu do Huilloc. Także ze strony Sary i Misaela jest to dużo organizacji i poświęcenia, aby pomoc tym dzieciom być na takim spotkaniu

Odkąd mam styczność z językiem migowym w Peru, dowiedziałam się ze to nie jest szybki i łatwy proces pomoc głuchoniemej osobie posiąść wiedze biblijna i pomoc jej zrozumieć Biblie i wymagania Jehowy. Większość głuchoniemych, bez względu na wiek, w Peru na prowincji, nie posługuje się językiem migowym. Nigdy nie poszli do szkoły i nie ma tu dla nich zbytnio takich szkol (najbliższa w tej prowincji jest w mieście Cuzco). Każdy głuchoniemy wiec sam sobie tworzy jakiś swój rodzaj języka z rodzina – jest to wymyślony przez nich zestaw znaków służący za podstawową komunikacje z najbliższymi.


Sara mi często mówi ze cos co ja niesamowicie motywuje regularnie, co tydzień powracać tam na ta górę to, to że Loudres robi niesamowite postępy i kocha Jehowę i studiować. Zawsze się cieszy, gdy przyjdziemy i zostawia każdą prace, którą by właśnie wykonywała, aby poświęcić nam cała swoja uwagę. Bardzo mądra z niej dziewczynka. Oprócz pracy na roli i przy owcach opiekuje się swoim młodszym rodzeństwem, gdy mama wyrabia ręcznie obrusy na stół lub nie ma jej w domu – co zazwyczaj ma miejsce, gdy tam jesteśmy.

Gdy Loudres ma studium, zbiera się całe rodzeństwo, które jest w domu, aby z nami usiąść i posłuchać. Czasem młodsze bobasy po chwili są niesforne, bo chciałyby, żeby im tez poświęcić uwagę, wiec Loudres je ustawia do porządku i pokazuje, że Jehowie się to nie podoba, że przeszkadzają jej w studium. Uczy ich składać raczki do modlitwy i obserwować co się dzieje na studium. Naprawdę uroczy widok obserwować te dzieciaczki. Zawsze staramy się ze sobą mieć tablet, aby dzieciom pokazywać nasze filmiki z JW.org, które uwielbiają i oglądają po kilka razy te same w Keczua albo po hiszpańsku.

Aby pomóc Sarze w prowadzeniu studium w migowym, staramy się brać jakiś minimalny udział w studium. Zazwyczaj Sara po drodze uczy nas jakiegoś paragrafu z broszury lub wersetu. W ten sposób możemy pomóc Sarze i mieć udział w nauczaniu. Loudres tez się strasznie cieszy, gdy ktoś próbuje migowego ze względu na nią. Ostatnio mówiłam końcową modlitwę w migowym – stresujące to było, ale mam nadzieje ze Loudres zrozumiała ogólny sens mojego migania. Dzięki temu nauczyłam się już sporo znaków w migowym i choć troszeczkę mogę pomoc. Ze względu na koszty rzadko ktoś inny z migowego jest w stanie towarzyszyć Sarze do Huilloc, więc często nie ma z kim iść do Loudres, bo dla przeciętnego Peruwiańczyka 10 soli wydać tylko na transport, co tydzień, to duża kwota. Z tego względu umówiłam się z Sara, ze co drugi weekend idę z nią do Huilloc, albo czasem opłacę transport kogoś z migowego, żeby mógł towarzyszyć Sarze do Huilloc, żeby nie szla sama. Nie umiem migowego, ledwo co liznęłam, ale pełna podziwu pracy, którą wkłada Sara w odwiedzanie tych dzieci, jestem wewnętrznie poruszona i motywowana, aby chociaż w ten sposób wesprzeć to dzieło. Sara jest dla mnie niesamowitym przykładem wytrwałości i poświęcenia w służbie dla Jah. To naprawdę błogosławieństwo być otoczona takimi fajnymi ludkami.

Po takim studium i spędzeniu czasu z dzieciaczkami szkoda ci je opuszczać, ale trzeba się udać w drogę powrotna, bo transport z Huilloc nigdy nie jest pewny i nie ma określonych godzin. Także zawsze jest na chybił-trafił z powrotem do Ollantaytambo. Dzieciaczki tulą mnie parę razy na pożegnanie. Schodzę z góry i sobie myślę “Nie mogłam lepiej wykorzystać tego dnia”. Myślę, że się zgodzisz ze mną, że Jehowa jest niesamowity i super fajny, że na końcu świata na szczycie góry odnalazł tę rodzinę i te dzieciaczki.

Loudres na Pamiatce w 2019


Kończę pisać ten post i właśnie w komputerze padło na piosenkę z broadcastingu, pierwsza, która wyszła ‘ The best life ever’. Znam ja po angielsku i sobie śpiewam oryginał i myślę jak bardzo jestem wdzięczna Jehowie, że używając swojego Słowa i przyjaciół w organizacji, parę lat temu pobudził mnie do tych zmian w życiu. Wyjść poza swoja strefę komfortu. Rzucić prace, karierę, i wygodne życie w Londynie. A w zamian dostać i przeżyć takie doświadczenia jak te, które wam opisuję tu na tym blogu. Oh, gdybym tylko miała czas, aby je wszystkie Wam opisać…

I nagle słyszę jak w piosence śpiewa “This kind of life gets better every day, every way. I wanna live for more than me. That is the best feeling ever (wybaczcie nie znam tego tekstu po PL- ale wy pewnie tak…). I sobie myślę, że te słowa idealnie opisują moje odczucia co do tego, jak wyglada teraz moje zycie. Jedyne czego żałuje to ze nie wydarzyło się to wcześniej; że nie zdobyłam się na te zmiany o wiele wcześniej. Bo odkąd żyje tym życiem to jak w piosence śpiewa, takie życie z każdym dniem staje się lepsze i bogatsze. Otwiera przed nami nowe furtki do miejsc, doświadczeń i przeżyć, których się nie spodziewaliśmy. Wiem, że nie każdy może usługiwać na innym terenie, w innym kraju lub nawet w innym języku. Każdy ma inne warunki. Oprócz Jehowy tylko Ty jeszcze dobrze wiesz, czy to, co robisz teraz to wszystko, na co Ciebie stać, czy też możesz zrobić cos więcej. ‘Przeprawić się do Macedonii’ to może być zwiększony udział w służbie, nauczenie się nowego języka, podjecie służby pomocniczej lub stałej, zapisać się do RKB/LDC i lista nie ma końca. Teraz w organizacji Jehowy jest tyle możliwości, ze nie skorzystać z tego, jeśli leży to w zasięgu naszej reki, to jak stracić i zaprzepaścić życiowa szansę; szansę raz na milion.

Wiem ze rzeczy, sprawy itp, które poświeciłam na życie, które teraz wiodę, nie mają absolutnie żadnej wartości w porównaniu z tym, co dostałam w zamian od Jah. Jak ap Paweł powiedział - ‘są sterta śmieci’. Gdybym mogla jeszcze raz to zrobić, zrobiłabym to samo za każdym razem, tyle że wcześniej i szybciej.



Także, jeśli chcesz w swoim życiu  zrobić cos więcej dla Jehowy niż to, co robisz teraz, bo wiesz, że możesz, i że to tylko zależy od ciebie czy tak sie stanie, to właśnie tobie cytuje ostanie słowa z piosenki: “Come with me, you see: ‘this is the best life ever’. “



Galeria - niech zdjęcia i filmiki same za siebie opowiedzą ta historie:

  
















































































  




  

































  































5 komentarzy:

  1. Wzruszająca historia Sarciu!! Niesamowite miejsce i cudowne dzieciaczki❤ To wspaniale ze mają Was i Jehowę. Niech nasz Kochany Stwórca dalej błogosławi Wasze wysiłki!!
    Zachęciłaś mnie żeby robić więcej 😘😘

    OdpowiedzUsuń
  2. Sarunia, dzięki za podzielenie się Waszą wspaniałą historią i podróżą (dosłowną i w przenośni😁)! Jesteście niesamowici i Jehowa waszej niesamowitości błogosławi!! 😍
    Uściski dla Sary i Misaela!! ☺

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierwszy raz czytam tego bloga :-) to co piszesz jest naprawdę niesamowite i motywujące i wzruszające, szczególnie kiedy jest mowa o tych dzieciaczkach głuchoniemych
    Jehowa troszczy się o wszystkich i pobudza do działania takie osóbki jak Ty.:-) psalm 27:14

    OdpowiedzUsuń
  4. Coś Wspaniałego . Piękne i Budujące . :)

    OdpowiedzUsuń