9 cze 2020

“Nie martw się, bo jestem twoim Bogiem"



15 marca 2020 - życie wszystkich w Peru wywróciło się do góry nogami. Jak wszystkich to i moje…. Covid-19 .... dziś to słowo wyskakuje automatycznie, gdy zaczynasz w Google pisać słowo zaczynające się na 'co'. Ogłoszenie kwarantanny w Peru zmieniło wszystko - zepsuło wiele planów i zmusiło mnie do ewakuacji z Peru. Wielu z was pytało o to, jak to się stało, że udało mi się stamtąd wydostać. Ten post dość szczegółowo pozwoli się wam zapoznać z moją przygodą ewakuacji z Peru. W większości, składały się na nią stresujące sytuacje, gdzie nie wiesz na czym stoisz, ale jak to z każdą z moich przygód z Jehową – i ta skończyła się bardzo pozytywnie i niezwykle pouczająco. Także cofnijmy się do moich ostatnich momentów w Peru.

 Był sobie marzec 2020...


Scena świata się zmienia, a szczególnie w ciągu ostatnich paru miesięcy, czy nawet tygodni. Pamiętam, że jeszcze na początku marca, spacerowałam sobie po Urubambie nic nie podejrzewając jak moje życie drastycznie się zmieni w ciągu następnych kilku dni. Jeszcze w sobotę 14 marca poszłyśmy z Eweliną na mój ulubiony bufet w Cuzco. Życie w tym mieście tętniło jakby nigdy nic. Spotkałyśmy się tam z Dorotką, która razem z mężem usługuje w Cuzco, a wieczorem siedziałyśmy sobie w restauracji z koleżanką (współorganizatorką) omawiając nasz plan wycieczki do Brazylii. Wycieczka, którą planowałyśmy prawie rok, miała na celu poznać południową część kontynentu. Wyjątkowa podróż przez Boliwię, Chile i Argentynę do Brazylii, abym tam mogła obczaić ten kraj jako potencjalny, kolejny teren. 

Ponieważ planowałam zjazd do Europy na jakiś czas, miało to też być takie moje tymczasowe pożegnanie z Ameryką Południową. Miałyśmy wyjechać na tą wycieczkę za 6 dni. Rok ogarniania hoteli & transportu, plan zwiedzania & wielu wycieczek, żeby zobaczyć cudowne miejsca i wyjątkową naturę tych państw. Autokary, loty i hotele już zaklepane; pozostało nam nic więcej tylko się spakować. Tego 14go marca, siedziałyśmy sobie w tym Cuzco i zastanawiałyśmy się na ile to będzie realne, że na tą wycieczkę wyjedziemy zgodnie z planem, biorąc pod uwagę niepokojące wieści z Europy. Covid-19 coraz bardziej dawał się we znaki w Europie – Włochy zamknięte, a po nich wiele innych państw też się zamyka, nie ma lotów, lotniska zamknięte, ludzie się boja, a statystyki zakażeń i śmiertelności niepokojąco rosną. Poważnie zastanawiałyśmy się, kiedy tak zaawansowana sytuacja będzie w Peru. Na razie było kilkadziesiąt zarażeń w Limie i Peru wydawało się dość spokojne. Słyszałyśmy, że w wielu Europejskich krajach zebrania zostały przeniesione na łącza, służba wstrzymana, a w Peru wszystko hulało normlanie. Zgodnie we trzy, z Yulisą zdecydowałyśmy, że jeśli wstrzymają w Peru służbę, albo zebrania na sali, to będzie to dla nas znak, żeby nie wyruszać w podróż, nawet jeśli granice będą otwarte. Szybko nadszedł ten znak, bo kilka godzin później dowiedziałyśmy się od jednego starszego, że jutro będzie oficjalnie ostatnie zebranie i służba w Peru.

Wieczorem, opuszczając mój ulubiony lokal w Cuzco, schodząc shodami i patrząc na te ulubione Peruwiańskie miasteczko, miałam jakieś dziwne przeczucie, że długo tutaj znowu nie zawitam. Kto by pomyślał, że to był mój ostatni spacer po tym pięknym i klimatycznym mieście Inków.


W Cuzco z Dorotką na bufecie

Omawiamy plany na Brazylie
Pożegnanie z Cuzco



Już dłużej nie musiałyśmy się zastanawiać nad tym, jak to będzie z naszą wycieczką – decyzja została nam narzucona. Niedziela 15go marca - po zebraniu ogłoszono, że to było ostatnie zebranie na sali królestwa, aż do odwołania (wstępnie na 2 tygodnie). Służba także została wstrzymana na nieokreślony czas. Jakieś dwie godziny później, ogłoszono w peruwiańskich wiadomościach, że rząd kraju wprowadził stan wyjątkowy – kwarantannę na dwa tygodnie, zamknięto granice kraju, miast i wprowadzono godzinę policyjną od 8pm do 5am. Później tylko przedłużano kwarantannę i zaostrzano stan wyjątkowy o kolejne 2 tygodnie. Wprowadzono godzinę policyjną już od 6pm, niedziela totalny lock-down, a w inne dni można tylko wyjść do banku, sklepu lub apteki. W pewnym momencie tydzień został podzielony na dni ‘wychodzenia’ tylko dla kobiet i tylko dla mężczyzn. W Urubambie i okolicznych wioskach, osoby niestosujące się do godziny policyjnej lub innych wymogów jak maseczki itp., były łapane przez policje lub wojsko i zabierane na komisariat, lub rynek, gdzie musiały robić ćwiczenia wojskowe za karę albo zapłacić mandat. Po ulicach non stop jeździła policja lub wojsko pilnujące porządku. W miarę szybko rosnącej liczby zarażeń w Peru, kwarantanna była przedłużona o kolejne 2 tygodnie, i kolejne, i kolejne, aż doszło do prawie 3 miesięcy kwarantanny na dzień dzisiejszy (pisząc to teraz, a oficjalnie ma być do końca czerwca). W miarę pogarszającej się sytuacji, jeśli chodzi o zarażenia, nieoficjalnie mówiono, że Peru będzie zamknięte turystycznie minimum do końca roku, a jakiekolwiek loty komercyjne zaczną być może dopiero latać od września. Nic nie było wiadome, bo prezydent nie chciał tego ogłosić oficjalnie, ale z różnych źródeł takie do nas dochodziły informacje.

W tych trudnych okolicznościach przyszło mi się wyprowadzić z mojej cudownej, drewnianej chatki w Andach, którą wynajmowałam od moich początków w Urubambie. Już od paru miesięcy byłam ugadana z małżeństwem znajomych z USA, że wbijają na moją chatkę, przejmują moje meble i sprzęty AGD. Właśnie, przed samą pandemią, przylecieli do Peru zacząć swoją przygodę na terenie zagranicznym. Plan był, że oni wskakują na mój gotowy, urządzony domek, ja odzyskuję trochę kaski i spakowana do dwóch walizek jestem gotowa na przeprowadzkę do Europy. A tu nagle taka sytuacja. Trochę trudna sytuacja, ale trzeba było udostępnić domek nowym najemcom zgodnie z wcześniejszą umową. Same nie mając się, gdzie do końca podziać z Eweliną, wyruszyłyśmy na poszukiwania jakiegoś lokum na kilka tygodni, aż sytuacja się wyklaruje. W mgnieniu oka znalazłyśmy z Eweliną, odpowiednie i niedrogie lokum – przestronne i ładne pokoje z łazienkami w pobliskim hostelu z ogrodem, który ze względu na Covid był totalnie pusty i wolny do naszej dyspozycji.



Tak teraz wyglądają zakupy w Uru








Niektórzy z naszych znajomych na samym początku kwarantanny zawinęli się z Peru do Europy, więc czasem nie byłyśmy pewne z Eweliną czy to dobre, że jeszcze jesteśmy w Peru. Natomiast już w kwietniu, podczas kwarantanny czułyśmy z Eweliną, że dobrze wyszło, że zostałyśmy na razie w Peru. Sytuacja w Europie się zaogniała i nie chciałyśmy wracać w epicentrum korony, bardziej martwiąc się o zdrowie innych, których mogłybyśmy zarazić po drodze. Na tamten moment wydawało nam się dobre zostać tu, gdzie na razie jesteśmy. Jednak z czasem, obserwując sytuację w Peru i Europie, plus biorąc pod uwagę brak widoków na wznowienie lotów komercyjnych w najbliższych miesiącach, zaczęłyśmy się grubo zastanawiać nad powrotem do Europy z pomocą ambasady.


Jednak w maju sytuacja trochę się zmieniła. Kluczowym punktem zwrotnym w postanowieniu, żeby się zawijać z Peru, było ogłoszenie bankructwa przez największe linie lotnicze kontynentu – Avianca. To właśnie z nimi miałam lot wykupiony na 12go maja 2020 do Londynu – mój wielki powrót do Europy…. . Wcześniej mnie zapewniali o zmianie lotu na czerwiec, później na lipiec, aż nagle powiedzieli, że niewiedzą na kiedy. Po czym parę dni później, oficjalnie ogłosili bankructwo. Nagle stało się to dość realne, że pieniędzy, które wydałam na ten bilet mogę już nie zobaczyć, a wtedy kto wie za ile będą nowe bilety, gdy już będzie można opuścić kontynent. Wcześniej się nie kontaktowałyśmy z ambasadą PL, myśląc, że niezbyt coś nam może pomóc, bo jedyny lot organizowany przez PL ambasadę był w marcu. My utknęłyśmy w Urubambie, daleko od Limy, plus zakaz poruszania się po kraju, a to właśnie ze stolicy odbywały się loty repatriacyjne. Przemyślałyśmy porządnie sprawę z Eweliną i postanowiłyśmy, że poszukamy kierownictwa Jah w tej sprawie. Nie byłyśmy dalej pewne czy lepiej zostać tu na miejscu i na spokojnie wrócić później do Europy, czy może jednak wracać już do Europy. 

Aczkolwiek, fakty takie jak: linie Avianca ogłosiły bankructwo, nieznana była data najbliższych wylotów z kraju i myśl, że Europa znowu się może zamknąć na jesień, sprawiły, że porządnie zaczęłyśmy się z Ewelina zastanawiać nad sensem dalszego siedzenia w Peru. Nie ma zebrań, głoszenia, spotkań z braćmi i widoków na to do września, lub być może i końca roku. 

Ostra kwarantanna, która się przedłużała, liczba zarażonych która drastycznie się zwiększała trochę nas stawiały w kozim rogu. Urubamba była bardzo bezpiecznym miejscem na kwarantannę, daleko od wielkich miast, a pierwsze potwierdzone przypadki dopiero ogłosili parę dni przed naszą ‘ucieczką’ stamtąd. Nie wiadomo co robić i jaka decyzja lepsza… W maju miała być moja pożegnalna impreza w zborze, pakowanko, wyprowadzka z Urubamby, kilka dni w Limie i wielki powrót do Europy - a tu taka sytuacja….


Ewelina miała też dość pogmatwaną sytuację. Przyjechała do Peru w lutym na kampanie do dżungli, później pogłosić w moich okolicach, po czym miałyśmy razem jechać na wycieczkę po Ameryce Południowej. Aby przyjechać do Peru i udzielać się w służbie, zwolniła się z pracy i po dwóch miesiącach miała plan wrócić do Anglii (gdzie mieszka) i sobie poszukać nowej pracy. Zostawiła w Derby mieszkanie, które musiała opłacać podczas swojego pobytu w Peru. Miała lot powrotny pod koniec kwietnia, który straciła, a linie lotnicze cały czas zmieniały datę jej zastępczego lotu. Ogólnie w Anglii rząd się zaoferował pomóc ludziom w kosztach utrzymania mieszkań podczas kwarantanny, ale jej robili problem i odmawiali udzielenia pomocy z kosztami, mówiąc, że nie ma jej w Anglii i jest sobie na wakacjach, więc nic nie mogą dla niej zrobić. Nie miała pracy, oszczędności mają swój limit, nie wiadomo na ile utknęła w Peru, gdzie i tak nie można głosić, a za życie i mieszkanie w Anglii trzeba bulić. W Peru jej się bardzo podobało i hostel, gdzie mieszkałyśmy był niedrogi, bardzo ładny i przyjemnie się w nim nam mieszkało. Jednak tak jak w moim przypadku, wielka niewiadoma z tym, co będzie później w Peru, i na świecie, skłaniała ją też do jak najszybszej ewakuacji.



W piątek, nie wiadomo skąd (albo wiadomo 😊) wpadłam na pomysł napisania e-mails do ambasad europejskich, żeby zobaczyć, jaki będzie odzew. Myślałam sobie, że jeśli nie PL ambasada nam pomoże, to może jakaś inna Europejska będzie przychylna wyciągnąć nas z Uru. Ten pomysł zaczął nabierać coraz większego sensu i w sobotę poprosiłam wszystkich moich znajomych z Europy, mówiących różnymi językami, aby przetłumaczyli email, którego w weekend planowałyśmy wysłać do różnych Europejskich ambasad w Peru. Stwierdziłyśmy z Eweliną, że zadziałamy z naszej strony z ambasadami, i jeśli Jah uzna to za dobry pomysł, to nam pobłogosławi tą akcję i będzie jakiś pozytywny odzew. Czułyśmy, że będzie to wtedy też dla nas jednoznaczne, z tym, że pomysł powrotu teraz do Europy to dobry plan i cieszy się poparciem Jah. A jeśli lepiej na razie tutaj to przeczekać, to brak jakiejkolwiek reakcji ze strony ambasad, będzie też dla nas konkretną wskazówką co robić dalej. Czułyśmy, że chcemy wracać, ale ostateczną decyzję postanowiłyśmy zostawić w rękach Jehowy. Modliłyśmy się dużo w tej sprawie i też prosiłyśmy Jah, aby, jakakolwiek by nie była odpowiedź na te e-mails, żeby to było Jego bezpośrednie działanie, a nie przypadek lub np. działanie Jego wroga. Wspaniała porada odnośnie bardzo konkretnych modlitw udzielona mi kiedyś przez gorliwą i kochaną pionierkę z Anglii.


Nie spodziewając się żadnego większego odzewu, w niedziele wieczorem wysłałyśmy e-mails do wszystkich ambasad europejskich w Peru, włącznie z Polską. Dużo się modliłyśmy z Eweliną tego dnia i poprzednich, wyraźnie prosząc Jah o Jego kierownictwo w tej sprawie - aby nam wskazał dobre rozwiązanie w tej sytuacji. Też naszych kilku przyjaciół modliło się za nas, znając sprawę i sytuację. Odpowiedź przyszła w tempie natychmiastowym. Już na drugi dzień z rana dostałam telefon z PL ambasady od pana Bartka pytającego o sytuację i powód, tego, dlaczego wcześniej się do niego nie odezwałyśmy. Zapewnił nas, że pomógł już wielu Polakom wrócić do Europy repatriacyjnymi lotami innych ambasad i tak samo postara się pomóc nam. Na koniec ze śmiechem już dodał: 'Do ilu ambasad panie napisały tego e-mail? Ja tu dostaję telefony i e-mails od kolegów z Rumunii i innych Europejskich ambasad, z wyrzutami, że jakieś dwie Polki utknęły mi w Urubambie'... 


Oczywiście nie obeszło się bez ‘afery’, bo co dwie blondynki to nie jedna :))))))) Pan Bartek wziął od nas wszelkie potrzebne dane i namawiał nas na jak najszybsze dostanie się do Limy, gdzie będzie miał większe możliwości i swobodę wrzucenia nas, na jakikolwiek lot, który pojawi się do Europy. Razem z Eweliną obmyśliłyśmy plan spakowania się i wyruszenia do Limy za jakieś 10-12 dni. Nasi PL znajomi z wioski obok, też się z nami skontaktowali w poniedziałek i oznajmili, że postanowili również się przenieść do Limy, tyle że w szybszym tempie - w ciągu tygodnia. Zastanawiałyśmy się z Eweliną co zrobić, bo nie chciałyśmy podejmować pochopnych decyzji. Znowu się intensywnie modliłyśmy, żeby zobaczyć co Jehowa na to. Wtedy nagle, na drugi dzień, we wtorek rano znowu dzwonią do nas z ambasady i informują, że za tydzień będzie lot do Niemiec z Limy i jest szansa, że możemy się na niego dostać. Ponagleni tak przez ambasadę i znajomych z wioski obok, postanowiłyśmy, że w ten weekend udamy się do Limy. Nagle z dziesięciu dni na przygotowanie się na wyjazd, zmieniło się w zaledwie kilka dni.


We wtorek wieczorem zadzwoniłam do Dorotki i Julka, ziomków, z którymi się znam już wiele lat, a którzy od 8 miesięcy mieszkali w Cuzco. Znałam ich wcześniejsze plany związane z Peru – chcieli tu zostać jakiś dłuższy czas. Wiedziałam, jednak, że u nich dużo zależy też od możliwości pracy tu na miejscu i możliwości utrzymania się. Biorąc pod uwagę sytuację i fakty, a dużo biznesów się pozamykało i wielu ludzi straciło pracę, nie byłam pewna jak teraz wyglądają ich plany na życie w Peru.

Postanowiłam zadzwonić do nich i opowiedzieć o sprawie naszego wyjazdu i podzielić się innymi, ważnymi informacjami, które wpłynęły na nasza nagłą decyzję. Każdy sam musi podjąć dobrą dla siebie decyzję, ale przynajmniej będą wiedzieć o sytuacji tyle, co my i sami sobie zdecydują co dla nich najlepsze. Opowiedziałam im o kontakcie z PL ambasadą i decyzji naszej czwórki z okolic, na wyjazd do Limy w tą sobotę. Julek z Dorotką sami nie byli pewni co robić, więc powiedziałam im ze jutro (w środę) wysyłamy nasz wniosek do ambasady PL, aby się postarała o pozwolenie na przejazd z Cuzco do Limy. Otrzymanie zezwolenia od policji i odpowiednich organów zajmuje dwa dni, więc Bartek potrzebował mnóstwo informacji i detali naszej podróży najpóźniej w środę wieczorem, aby złożyć podanie o zezwolenia. Po wysłuchaniu wszystkiego Julki powiedzieli, że to wszystko przemyślą i dadzą nam znać do jutra do 12pm, czy dołączają do naszej grupy ‘uciekinierów’. 


Na drugi dzień rano poinformowali nas, że także zdecydowali się wyjechać teraz z Peru i dołączają do naszej ekipy, żeby dostać się do Limy. Później się dowiedziałam, że Julki całą noc nie spali tylko spędzili na modlitwie, analizując razem pewien artykuł o podejmowaniu decyzji. Na podstawie tego artykułu i wersetów, które poszukali w Biblii, udało im się podjąć odpowiednią dla nich decyzję. Jestem pełna podziwu, jeśli chodzi o nich i parę z wioski obok, bo to nie lada wyczyn w parę dni spakować cały swój dobytek i ogarnąć wyprowadzkę tak nagle i to podczas kwarantanny i stanu wyjątkowego. Obie pary wynajmowały urządzone przez siebie mieszkania, a tu nagle w parę dni, trzeba się pozbyć wszystkiego, wysprzedać lub oddać, spakować i opuścić nie tylko dom, ale i kraj. Ja się stresowałam spakowaniem mojej sypialni w hostelu, ale oni to dopiero mieli wyzwanie. Jeśli chodzi o mnie, to już miesiąc wcześniej, pozbyłam się sporego domu, który wynajmowałam. Choć muszę przyznać, że nigdy spakowanie życia do dwóch walizek nie jest szybkie i łatwe. Nikt z nas nie wracał sobie z wakacji do cieplutkiego, gotowego domu w Europie. Czekało nas rozpoczęcie swojego życia na nowo — praca, mieszkanie, zbór, służba; i to właśnie wtedy, gdy sytuacja na świecie jest tak niepewna i powiewa grozą. Z drugiej strony jak robi się coś z Jehową, to czym się tu na zapas zamartwiać?


Nancy, Brytyjka mieszkająca z nami w hostelu, też postanowiła udać się z nami do Limy, skąd byłoby jej łatwiej zadecydować co dalej. Ciekawa historia tego jak na siebie wpadłyśmy znajduje się na końcu tego postu. Tak oto, było już nas 7 chętnych osób z tych okolic, aby się udać do Limy. Ponieważ Peru jest w kwarantannie i stanie wyjątkowym (plus godzina policyjna), PL ambasada poinformowała nas, że nam pozałatwia wszelkie pozwolenia na przejazd do Limy. Było nas 7 chętnych, więc postanowiliśmy się podzielić na dwa auta. W jednym miałyśmy jechać ja, Ewelina i Nancy. W drugim aucie miały być dwie pary – Julki i znajomi z wioski obok. Udało nam się nagrać transport od znajomych braci i właśnie, gdy mieliśmy załatwiać dane od kierowców, do pozwolenia na podróż, dostaliśmy informacje od pewnego brata, że weszło nowe prawo w Peru. Okazało się, że w pojazdach może być tylko 70% pasażerów na miejsca, plus na taką trasę musi być dwóch kierowców, co oznacza, że dwa załatwione auta i dwóch kierowców, to za mało na naszą grupę. Zanim Bartek nam to sprawdził i potwierdził na 100%, to już nasi bracia ze zboru pomogli nam znaleźć oficjalną firmę transportową, która miała uprawnienia i certyfikaty, takie jak wysterylizowany transport, dwóch kierowców etc. Później okazało się, że weszło także nowe prawo, które zabrania przewozić rzeczy na bagażniku na dachu, tylko w środku, więc wszelkie bagaże musiały być w środku w aucie razem z pasażerami. Załatwiliśmy większego wana, co oznaczało o wiele większe koszty, ale było pewne, że wszystko zmieścimy do środka, plus jest wystarczająco miejsca, aby zachować odstęp między pasażerami, co było też wymagane przez prawo. Transport nas kosztował 5,500 zł, co i tak było podobno tanio, jak na tak duże auto, dwóch kierowców i taką trasę.


Wieczorem Bartek z ambasady zadzwonił ze ‘złymi wieściami’ potwierdzając, że rzeczywiście jako wymóg potrzeba dwóch kierowców i że można tylko wypełnić 70% miejsca w aucie. Był nieźle zaskoczony słysząc, że ten problem już mamy zażegnany i transport ogarnięty. Wszyscy widzieliśmy w tym rękę Jehowy. Mogliśmy bez problemów, zacząć działać w sprawie pozwolenia na jazdę – był ogarnięty porządny i wystarczająco wielki transport z firmy, dwóch kierowców, data i trasa na jazdę do Limy. Bartek z ambasady już w środę wieczorem zaczął działać i załatwiać niezbędne pozwolenia. Planowany wyjazd był na sobotę popołudnie. Pozwolenie miało przyjść w piątek i musiało być zatwierdzone również przez policję drogówkę, która nas przepuści na blokadach przy wielkich miastach po drodze do Limy. Jakby było mało stresu, to nagle w czwartek firma transportowa zaczęła się kontaktować z nami i poinformowała, że aby wyjechać z Cuzco będzie potrzebne nam badanie na Covid-19, które nie jest tanie i musimy opłacić też badania kierowców. Ponieważ była to nowa dla nas informacja od razu poinformowaliśmy Bartka z ambasady, który zaczął weryfikować tą nowość. Sami zaczęliśmy grzebać w temacie, aby poszukać opcji tego badania, jeśli się okaże niezbędne. Nie było łatwo coś znaleźć, bo większość oficjalnych szpitali lub klinik tylko w poważnych przypadkach udzielało takich testów. Julki z Cuzco wybadali tam sprawę i znaleźli jedyną chętną klinikę, a badanie – szybki test na Covid-19 będzie nas kosztować 350 soli na osobę (ponad 400 zł). W piątek ambasada Brytyjska udzieliła Nancy niezbędnych zezwoleń i dostała dokument, który kierowcy potrzebowali wystawić na swojej szybie, a wyglądał tak::



Nagle późnym wieczorem w piątek ambasada Brytyjska zadzwoniła do Nancy i poinformowała ją, że rzeczywiście policja lokalna w Cuzco wymaga badań, aby wydać pozwolenie na wyjazd z Cuzco. Okazało się, że potrzebujemy dwóch zezwoleń. Jedno na jazdę po Peru do Limy (które Brytyjka już dostała, a my dalej czekaliśmy), a drugie od lokalnej policji w Cuzco na wyjazd z prowincji. Pani z Brytyjskiej ambasady zaczęła coś działać w temacie załatwiania nam tego badania w Cuzco, ze względu na Brytyjkę, która była z nami w transporcie do Limy. Po jakiejś godzinie otrzymaliśmy e-mail od Bartka potwierdzający, że badania są potrzebne, ale nie jest to na Covid, tylko symptomy wirusa. Powiedział także, że zajmie się nam zorganizowaniem tego badania na jutro w Cuzco. Jest piątek w nocy, a my dalej nie mamy pozwolenia na wyjazd i załatwionych badań. Spakowałam się w większym zakresie, ale widząc jak się przedstawia sytuacja, małą miałam nadzieję, że się wydostaniemy jutro w sobotę z Cuzco do Limy. Brytyjka dostała pozwolenie ze swojej ambasady na jazdę do Limy, ale dalej żadnych informacji co do badania i naszego zezwolenia. Ponieważ dane z pozwolenia dla Brytyjki zgadzały się z naszymi – dane auta i kierowców – bo to ten sam transport, byliśmy pewni, że nasze zezwolenie też już jest w drodze.

 

Sobota rano. Wstałyśmy z Eweliną wcześnie sobie przygotować jedzenie na drogę. Nie byłam pewna czy dziś wyjedziemy, ale w razie 'W' właśnie na to się przygotowywałyśmy. O 7:30am Nancy dostaje telefon ze swojej ambasady, że zorganizowali dla nas wszystkich to badanie na symptomy, ale jest na lotnisku wojskowym w Cuzco i to za 30minut. Jakieś mega niedopatrzenie tej ambasady, bo my mieszkamy w Świętej Dolinie, jakieś półtora godziny od Cuzco. Także wyszła z tym klapa, a Brytyjska ambasada już się więcej nie odezwała w tym temacie. Próbuje się do końca spakować, wypisać pożegnalne kartki i przygotować małe paczuszki z prezencikiem na szybko dla niektórych przyjaciół. Z ambasady dalej żadnej odpowiedzi. Julki znaleźli jakąś opcję prywatnej kliniki, gdzie można zrobić to badanie na symptomy za 150 soli. Dzwoni Bartek z ambasady i mówi, że stara się od wczoraj nam załatwić badania w Cuzco lub pozwolenie na wyjazd bez tego badania. Informuje nas, że dostał od policji krajowej zezwolenie na przejazd do Limy, ale ze względu na to badanie nie dostał jeszcze od lokalnej policji pozwolenia na wyjazd naszego wana z prowincji Cusco. Nikt nie wiedział co zadecydować i czy wyruszyć, bo wszystko mega niepewne i brakuje nam pozwoleń. Para z wioski obok (które jako pierwsza była na trasie transportu) zdecydowała za grupę, że trzeba wyruszyć w trasę tak czy śmak, bo załatwiony transport czeka. Stwierdzili, że czasem zdarza się, że pozwolenia dochodzą w trasie. Zapakowali się na wana i przyjechali po mnie, Ewelinę i Brytyjkę. Dopakowaliśmy wana i ruszyliśmy do Cuzco po Julka i Dorotkę. Przyjechaliśmy do Cuzco, załadowaliśmy ich do auta, siedzimy wszyscy jak na szpilkach, stres unosi się grubo w powietrzu, a my zastanawiamy się co teraz robić. Wyruszyć w trasę bez pozwoleń, czy nie ?!?!


Jest czwarta popołudniu. Kierowcy nas ponaglają, że już trzeba wyjechać z Cuzco, bo jeśli nie przekroczymy tej najważniejszej blokady, na granicy prowincji Cuzco przed rozpoczęciem się godziny policyjnej, to utkniemy tam w aucie do 4am rano. Taka zabawa kosztowałaby nas dużo więcej kasy i ograbiła nas z cennego czasu. Nie wspominając o tym, że kierowcy mieli pozwolenie na konkretną godziny jazdy, konkretną trasę, godzinę wyjazdu z Cuzco, dojazdu do Limy i później powrotu z Limy. Zmiany kosztowałyby nas koleje dwa dni, więc opóźnienie wyjazdu było opcją ostateczną, jak już wszystkie inne nam się wyczerpią. Także wszystko dopięte na ostatni guzik, tylko nie mamy pozwolenia na opuszczenie Cuzco. To wymyślone nagle przez policję w Cuzco pozwolenie było dość niedorzeczne i nie miało sensu, bo Cuzco było słabo zainfekowanym miastem w Peru, a jechaliśmy do stolicy - epicentrum zarażeń w Peru. Sens byłoby wymagać tego w odwrotnej sytuacji, że wyjeżdżając z Limy trzeba takie badanie zrobić, a nie ze spokojnego Cuzco jadąc do Limy, gdzie jest największa szansa zarażenia w Peru. Na tamten moment to jedyna prowincja w Peru, która sobie takie coś wymyśliła. Czy chodziło o wyciśnięcie jeszcze jakiejś kasy od ‘uciekających’ z kraju obcokrajowców? Kto wie, ale prowincja Cusco będąca stolicą obcokrajowców w Peru — wcale bym się nie zdziwiła. Także siedzimy jak na szpilkach, bo wszystko pod wielkim znakiem zapytania.

Nagle dzwoni do nas Bartek z ambasady i mówi, że ma złe wieści. Policja z Cuzco, mimo jego próśb, nie zgadza się na opuszczenie przez nas prowincji bez tego badania. A jedyne miejsce na te badania, uznawane i akceptowane przez nich to szpital w Cuzco, który jest zamknięty i dopiero w poniedziałek otwarty na te badania. Bartek sam zrezygnowany, zakomunikował, że mu już opadają ręce, bo lokalna policja w Cusco nie chce iść na żadną ugodę i powiedziała mu, że nas nie wypuści bez certyfikatów tego badania. Mówimy Bartkowi, że my już zapakowani w Cusco i gotowi wyjechać. Sytuacja mega napięta i stresująca, bo sami nie wiemy już co robić. Braliśmy pod uwagę pojechać do tej prywatnej kliniki, ale nie było pewności, że policja zaakceptuje te badania, skoro dla nich nie jest to odpowiednia placówka. Nagle nasi kierowcy, nic nam nie mówiąc zapalili silnik i ruszyli w drogę. Zaczęli jechać do wyjazdu z Cusco, przeciwna trasa do kliniki, w której myśleliśmy zrobić te badania. Zdezorientowani pytamy ich czemu jedziemy w odwrotną stronę, a oni na to: ‘Ya no mas, estamos saliendo de Cusco’. Co oznacza „Już nie jedziemy tam, wyjeżdżamy z Cusco’. Kierowcy, martwiąc się, że możemy nie zdążyć przekroczyć granicy prowincji przed 8 pm, po prostu wzięli decyzję natychmiastowego wyjazdu na siebie. Gdybyśmy utknęli tam na granicy prowincji, to musielibyśmy spać w aucie do 4am. A to nie uśmiechało się nikomu. Nie mieliśmy za dużo opcji, więc przystaliśmy na już podjętą przez kierowców decyzję i po prostu wyjechaliśmy z miasta. Bartek nie chciał nam mówić co powinniśmy zrobić, ale szczerze się martwił, że nasz wyjazd z prowincji spotka się z niepowodzeniem. Dodatkowo wysłał nam wstępne wnioski, które złożył z prośbą o wypuszczenie nas z Cusco prowincji. Pocieszał nas mówiąc, że być może policja nas przepuści, zanim się skapnie, że wniosek jest niekompletny, czyli ostatecznie niezatwierdzony. Mówił, że ta cała szopka, którą odstawiają w Cusco w ogóle nie ma sensu i że policja w ogóle nie chce być ugodowa i nawet z nim rozmawiać zbytnio. Czułam, że Bartek zrobił co mógł i my też, a reszta jest w rękach Jehowy. Jeśli mamy wyjechać to wyjedziemy.



Ostatnie zerknięcie na moje ukochane Cuzco

Przejeżdżając przez różne większe wioski, zatrzymywali nas co jakiś czas policjanci prosząc o papiery na przejazd. Wiedzieliśmy, że za około 3 godziny zbliżymy się do głównej blokady wyjeżdżając z prowincji Cusco i że tam będzie największa przeprawa i może być, że jakimś cudem nas przepuszczą. Ale może też być, że nas cofną i wrócimy do Cusco na niedzielę, żeby w poniedziałek rano dopiero zrobić badania i wyjechać znowu wtedy. Cofnięcie się było dość realnym zagrożeniem naszej wyprawy, i szczerze mówiąc dość się z tym liczyłam, że właśnie to się wydarzy, skoro policja zapewniała Bartka, że nas nie wypuści i nie udzieliła nam tego zezwolenia. Wytłumaczyliśmy sytuację Brytyjce Nancy, która jechała z nami, na co ona do mnie: „Ja też będę się modlić do waszego Boga Jehowy, bo widać, że On odpowiada na wasze modlitwy. To chyba jedyny Bóg, który widzę, że działa i odpowiada na rzecz swoich ludzi. Dobrze, że jadę ze Świadkami Jehowy. Na pewno nic nam nie będzie i dotrzemy do Limy”. To było niesamowite usłyszeć to z ust osoby, która od roku należy do jakiegoś zgrupowania Buddystów, a wcześniej ponad 30 lat miała awersję do jakiejkolwiek religii. Ciekawa jestem, ile to modlitw Jehowa usłyszał wtedy podczas tej jazdy z prośbą o Jego pomoc wydostania się z Cusco.

No więc jedziemy sobie, jedziemy i nagle kierowcy nas ostrzegają, że za jakieś 10 minut dojedziemy do granicy prowincji. Przygotowali wszelkie papiery, a z naszej strony modlitw nie było końca. Na blokadzie było mnóstwo policji, rogatki jak na przejeździe kolejowym, sporo namiotów i medyków. Taka porządna kontrola i bramki. Policjant podszedł do kierowcy i zaczął wypytywać o powód podróży, skąd jesteśmy itp. itd. Kierowcy zachowali zimną krew i na spokojnie podawali różne dokumenty policjantowi. Właśnie wtedy zadzwonił do mnie Bartek z ambasady zmartwiony i pytający o przebieg wydarzeń. Gdy się dowiedział, że właśnie stoimy na tym najgorszym odcinku naszej trasy, to poprosił o oddzwonienie i się rozłączył. Pewnie też się trochę stresował – w aucie miał sześciu Polaków, których od paru dni starał się sprowadzić do Limy. Policjant parę minut popatrzył na papiery, zapytał o coś jeszcze i życzył nam szczęśliwej drogi. Nie zapytał o żadne badania i zezwolenie opuszczenia Cusco. Bramki się otworzyły i ruszyliśmy pędem w trasę na Limę. To była dla mnie piękna chwila. O krok bliżej do domu i rodziny. Możecie sobie tylko wyobrazić ulgę całej załogi i Bartka, który od razu został poinformowany o sukcesie wydostania się z Cusco.











 

W niedzielę rano, ekipa z naszego auta, bez żadnych problemów znalazła się w Limie. Każdy z nas musiał być zawieziony na inną kwaterę w różnych strefach Limy. Pierwsze trafiło na mój adres. Ja wylądowałam u mojej PL studentki Krysi i jej rodzinki. Dzięki ich wspaniałej gościnności, zresztą jak zawsze, miałam gdzie się zatrzymać na jakiś nieokreślony czas, aż będę mogła polecieć do Europy. Wszyscy spokojnie dostali się na swoje kwatery, tylko biedna Ewelina miała poważny problem. Miała się zatrzymać u moich przyjaciół z Limy – Carmen i Pawła. Za każdym razem, gdy jestem z kimś w Limie i potrzebuję kwatery, to zawsze mogę liczyć na ich gościnność. Ewelina jako przedostatnia z ekipy, została odstawiona ze swoimi bagażami pod wysoki wieżowiec Carmen i Pawła. Zaciągnęła swoją ciężką, wielką torbę pod wejście do budynku. Zdezynfekowała swoje buty, ciuchy i zapukała w szybę. Portier wieżowca podszedł do szyby i zapytał Ewelinę o numer mieszkania. Nie wpuścił jej do lobby i poszedł zadzwonić na podany numer mieszkania. Po dłuższym czasie Carmen zeszła do lobby i zaczęła żywo rozmawiać z portierem, po czym dzwonić do administratora budynku. Okazało się, że parę dni wcześniej było jakieś spotkanie administratorów i było zadecydowane, że nikt niemieszkający w budynku nie może do niego wejść jako gość. Chodziło o zmniejszenie ryzyka zarażeń, które łatwo mogą być przyniesione przez gości i ludzi spoza budynku. Ta decyzja została narzucona wszystkim mieszkańcom, ale Carmen nic o tym nie wiedziała, aż do momentu, gdy przyjechała Ewelina. Nie było szans, że portier wpuści Ewelinę do budynku. Po dłuższej chwili Carmen wyszła do Eweliny siedzącej na murku przy wieżowcu i próbowały coś razem ogarnąć.


Carmen z Eweliną przed wieżowcem 

Ewelina miała jeszcze dwie inne opcje kwatery, ale bardzo daleko od miejsca, gdzie właśnie była. Od początku kwarantanny, w niedziele, w całym Peru jest zakaz wychodzenia z domów. Totalny lock down. Należało mieć specjalne zezwolenia na wyjście z domu lub poruszanie się autem, inaczej groziła kara 5 tysięcy soli (jakieś 5500 zł). Carmen, powiedziała, że to będzie bardzo niebezpieczne, żeby Ewelinę zawieźć teraz tak daleko w Limie i bardzo prawdopodobne, że policja zatrzyma jej auto i wlepią mandat. Ewelina nie mogła sobie zamówić żadnej taksówki, żeby podjechać do jakiegoś hotelu lub hostelu, bo po godzinie 4pm taksówki nie miały już zezwolenia na jazdę po Limie. Nie mogła też ze sobą wziąć bagażu w rękę i iść gdzieś na piechotę, bo nie była to walizka na kółkach, tylko bardzo ciężka torba podróżna. Nie mogła też bagażu wstawić do budynku na przetrzymanie, bo nie zgadzał się na to portier. Ewelina już się przygotowywała, że rozłoży swoja karimatę i śpiwór i noc przenocuje pod blokiem. Dzisiaj mi to opowiada ze śmiechem, ale wtedy nie było jej wesoło. 

Carmen zadzwoniła do naszych kierowców, prosząc ich, aby cofnęli się po Ewelinę, żeby zawieźć ją w inne miejsce. Byli jedyną opcją, aby legalnie przejechać po Limie i Eweliny ostatnią sensowną nadzieją. Niestety powiedzieli, że już wyjechali z Limy i się spieszą wracać do Cusco, bo ich zezwolenie na trasę miało konkretne godziny i daty. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Nagle do Carmen oddzwoniła siostra z jej zboru, która nie odbierała telefonu wcześniej. Mieszkała niedaleko Carmen i chętnie zgodziła się pomóc w tej nagłej podbramkowej sytuacji. Ewelina mogła się u niej zatrzymać na jakiś czas. Tylko jak Ewelinę tam prze-teleportować? Carmen zdecydowała się zaryzykować i sama zawieźć Ewelinę do tej dzielnicy, gdzie mieszkała ta siostra. Poszła się przebrać i gdy zjechała, Ewelina zobaczyła Carmen ubraną w swój fartuch doktorski. Jest chemikiem medycznym, pracuje w laboratorium przy lekach i przygotowała się na tą jazdę, aby dać jak najmniej powodów policji na zatrzymanie jej auta. Ewelina schowana na tylnym siedzeniu auta, leżała podczas jazdy, aby nikt jej nie zauważył. Ewelina szczęśliwie dostała się do domu Margaret, a Carmen wróciła bez problemu do siebie. Obyło się bez mandatu na 5 tysięcy soli.


Ewelina na tylnym siedzeniu auta Carmen

W tym samym czasie, po drugiej stronie Peru, daleko na północy pod granicą z Ekwadorem, była sobie para naszych braci usługująca tam już 7 miesięcy – Sylwia i Krzysztof.

Na WhatsAppie mamy założonego czata dla wszystkich usługujących w Peru lub tych, co byli, lub tych co chcą tam wyjechać. Tam się między sobą komunikujemy i informujemy nawzajem o wszystkim związanym z Peru, usługiwaniem tam, sprawami migracyjnymi itd itp. Nierzadko na tym czacie udostępnialiśmy sobie bardzo przydane informacje lub konkretną pomoc. W maju na tym czacie grupowym zrobiło się gorąco od zapytań i informacji co do ewakuowania się z Peru.

Z tego czata odezwała się do mnie i Eweliny para naszych braci – Sylwia i Krzychu, którzy usługiwali w Chachapoyas. Stolica regionu Amazonii, miasteczko położone na górze, spoglądające w dół na lasy deszczowe Amazonii. Nigdy się nie poznaliśmy na żywo, ale na tej grupie wiedziało się mniej więcej kto kim jest i gdzie w Peru usługuje. Zanim zdecydowali się skontaktować z ambasadą, to już wiedzieli, że ich lot powrotny do Europy został po części odwołany. Chcieli tak czy śmak, dostać się do Limy, aby tam czekać na ich lot liniami Iberia, który mieli zaplanowany na 9 czerwca, lub lot ewakuacyjny; zależnie od tego, który by się pierwszy napatoczył. Opowiadali, że ich dojazd do Limy też był niesamowity i widzieli w tym rękę Jehowy. Dostali e-mail z ambasady z pozwoleniami i telefon od policji, która ich eskortowała pół trasy do Limy. Ich podróż trwała 18 godzin. Byli przekazywani z punku do punku, gdzie robiono im zdjęcia i przesyłano do kolejnego punktu kontrolnego, aby dla ich bezpieczeństwa monitorować, na jakim etapie podróży są. W momencie, gdy dostali się do Limy okazało się, że całkowicie odwołano ich oryginalny lot w czerwcu.

Tydzień wcześniej, gdy planowałyśmy z Eweliną nasza podróż do Limy, zaczęła pisać do mnie Anita, siostra, która usługiwała w Peru w górzystym mieście Huanuco, oddalone o kilka godzin od Limy na północny-wschód. Wcześniej, z Anitą, miałyśmy tylko wspólnych znajomych z Niemiec i w końcu poznałyśmy się w 2018 w Limie na zgromadzeniu specjalnym i od tego czasu byłyśmy w kontakcie. Ona też chciała tak jak my wydostać się z Peru, najlepiej jak najszybciej. Jej sytuacja była też dość skomplikowana. Anita mieszkała już w Peru prawie dwa lata i właśnie, gdy osiągnęła coś bardzo ważnego w Peru, znowu musiała swoje życie przewrócić do góry nogami. Dosłownie tydzień przed ogłoszeniem kwarantanny w środku marca, była w Limie, w migracyjnym urzędzie pozałatwiać sobie ostatnie sprawy o zezwolenie na wizę pracowniczą. Miała dostać tą wizę pracowniczą jako rezydent na rok z możliwością przedłużania co rok. Znalazła sobie pracę w szkole, gdzie była asystentką nauczyciela. Gdy ogłosili kwarantannę, która później była przedłużana o kolejne tygodnie, naukę przeniesiono na wirtualne łącza, a ona będąc tylko asystentką, a nie nauczycielką – straciła tą posadę, bo nie było już dla niej etatu. Po wielu modlitwach i rozmowach z przyjaciółmi postanowiła ewakuować się z Peru. Opowiadała mi, że brała pod uwagę rosnącą liczbę zachorowań, słabą opiekę zdrowotną i niestabilną sytuację w Peru do końca roku. Wtedy już było wiadome, że jeszcze długo zebrania i służba będą tylko przez Zoom. Postanowiła wtedy, że lepiej wracać na ten moment do PL, a stamtąd też na Zoomie może się udzielać dalej w Keczua zborze w Peru, do którego należała. Powiedziała, że w PL ma ubezpieczenie, jest rodzina i człowiek tak jakoś czuje się bezpieczniej podczas takiej krytycznej sytuacji na świecie.

Też miała sporo komplikacji z dotarciem do Limy podczas kwarantanny, aby z nami załapać się na jakiś lot do Europy. Tak samo, jak nam, jej też było ciężko się wydostać z Huanuco. Mówi, że liczyła się z tym, że to będzie niebezpieczne dla niej samej – kobiety, podróżować do Limy. Biorąc pod uwagę ciężką sytuację ekonomiczną w Peru - potencjalnym rabusiom biały człowiek kojarzy się z pieniędzmi i łatwym łupem. Do tego kierowcy, którzy mieli zezwolenia na ta 8-godzinna trasę do Limy, krzyknęli jej 1000 soli (ponad 1100 zł). Kwota niemała. Parę tygodni wcześniej jej przyjaciel ze zboru, który był z Limy, ale usługiwał jako starszy w jej zborze, zakomunikował jej, że stara się o pozwolenie, aby wrócić do domu w Limie, ale nie udawało mu się otrzymać owego. Nagle w zaplanowany dzień wyjazdu Anity do Limy, ten przyjaciel dzwoni do niej i mówi, że dostał właśnie zezwolenie i może jechać razem z nią do Limy, żeby nie jechała sama. Koszty dojazdu też się zmniejszyły i Anita już się nie bala trasy i podróży, bo jechała z bratem ze swojego zboru. Mówi, że ewidentnie widziała rękę Jehowy w tym, jak we wtorek rano dostała się do Limy.

Dzisiaj mi się nagrała i mówi, że jej się udaje być cały czas w kontakcie ze swoim zborem z Peru, że się udziela tam dalej w służbie i prowadzi swoje fajne studia w Keczua z zainteresowanymi przez Skypa lub Whatsup.

Wyjeżdżając z Cusco, Bartek nas poinformował, że nie możemy się załapać na lot linii Tureckich do Niemiec, bo jest dużo chętnych, więc tylko zabierają Turków, Niemców i osoby, które mieszkają w Niemczech. Nagle jednak wyłoniła się możliwość zapisania się na lot do Paryża. Parę dni wcześniej był lot repatriacyjny do Francji, ale przed samym dosłownie wylotem został on uziemiony w Limie i połowę pasażerów musiało wysiąść z samolotu i nie mogło polecieć. Francja dzień wcześniej zmieniła prawo i pozwoliła na lądowanie samolotów, tylko jeśli samolot przyleci z połową pasażerów, tak żeby w samolocie zachować odpowiedni dystans. Bartek nam mówił, że ponad połowę pasażerów nie wpuścili na ten lot i zostali oni w Limie. Tydzień później Francja wysłała kolejny lot, aby zabrać tych pasażerów i przy okazji innych Europejczyków. Według zaleceń PL ambasady złożyliśmy wniosek i na ten lot, który odbywał się tego samego tygodnia co lot do Niemiec, ale szanse były małe, że się na niego załapiemy ze względu na nagłe restrykcje w samolotach do Francji. W poniedziałek wieczorem dostałam e-mail, że nie załapaliśmy się na lot do Francji, ze względu na liczbę chętnych i ograniczenia.




Już się przygotowywałam na siedzenie parę tygodni w Limie. Nawet nie przeszkadzało mi to tak bardzo wiedząc, że sobie spędzę miło czas z moją kochaną Krysią i jej rodzinką. Mieszkają w bardzo fajnej i bezpiecznej dzielnicy Limy, ich mieszkanie jest sympatyczne i przestronne, balkon, widok na drzewa i park, także nie miałam na co narzekać. Nagle we wtorek patrzę, że mam nieodebrane połączenia z PL ambasady. Oddzwaniam i Bartek mnie informuje, że będzie teraz wysyłał do nas wszystkich e-mail z informacjami o nowym locie do Amsterdamu. Lot miał być za niecały tydzień, a że tylko kilkadziesiąt Holendrów na niego się zgłosiło, to jest szansa, że będzie nawet 200 miejsc dla Europejczyków. Musieliśmy w ciągu kolejnych paru godzin wypełnić wniosek na ten lot i odesłać go do PL ambasady. Każdy z naszej dziewiątki, która już znajdowała się w Limie złożył wniosek na ten lot i mieliśmy się dowiedzieć na dniach czy się załapaliśmy na samolot do Amsterdamu. Bartek z ambasady miał bardzo dobre przeczucia co do wsadzenia nas na ten lot, ale ja szczerze mówiąc byłam dość sceptycznie do tego nastawiona i nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei. Dopiero co dostałam się z przygodami do Limy a tu już nagle byłby lot do Europy ?! 

Od kwietnia, gdy siedziałam na kwarantannie byłam pogodzona już trochę z faktem, że tak szybko do Europy nie wrócę, i że jeszcze trochę czasu minie zanim zobaczę moją rodzinę. Czasem mi było z tym bardzo ciężko i smutno. Myśli jak ciemne chmury nachodziły, że w tak beznadziejnej sytuacji siedzę sama, tak daleko od rodziny, od wszystkich, nie wiedząc, kiedy co i jak. Kocham teren w Peru i szczęśliwie mieszkałam tam prawie 4 lata, ale w tamtym momencie czułam się trochę jakbym była na zesłaniu. Tak dobrze wszystko zaplanowałam - koniec mojej przygody z terenem w Urubambie, właśnie miałam zjeżdżać, zdałam chatę, wszystko wyprzedałam, spakowałam się do kilku walizek. Człowiek się nastawił, że wyjeżdża a tu nagle utknęłam w Peru, i nie wiem na ile. Co prawda podczas kwarantanny nie nudziłam się i miałam ręce pełne roboty z pomaganiem w zborze lub prowadzeniem studiów. Wielu moich studentów chciało studiować dwa razy lub więcej na tydzień. Wcale nie doskwierała mi samotność, a kwarantannę przesiedziałąm w bardzo ładnych miejscach, wśród zieleni z widokami na góry.  Jednak, gdybym mogła się teleportować do Europy do rodziny, to bym tak zrobiła bez wahania. Także, siedząc sobie już spokojnie w Limie, idea tak szybkiego powrotu do domu, do rodziny była dla mnie trochę nierealna.



W czwartek dostaliśmy pozytywny e-mail od Bartka, potwierdzający, że Holenderska ambasada zdeklarowała się przyjąć wszystkich 18 Polskich obywateli, w tym dziewięciu nas usługujących w Peru. Później się dowiedzieliśmy od niego, że różne ambasady europejskie mogły zapisać na ten lot do 20tu swoich obywateli. W piątek do każdego kolejno dzwoniła obsługa linii KLM sprzedająca bilety na ten lot osobom zapisanym na liście ambasady Holenderskiej. Od rana czekałyśmy z Eweliną na ten telefon jak na zbawienie, które nadeszło około 3pm. Bilet w jedną stronę był za ‘jedyne’ $800. Stracony lot do Londynu & bankructwo Avianca, a teraz trza wyskoczyć z dolców na kolejny lot. Niby była to dość okej cena w porównaniu z Francją, która swoje bilety oferowała za jakieś $1200 i USA, które organizuje repatriacyjne loty z Peru za $2000 i wzwyż. Gdy karta przeszła i dostałyśmy e-mail z biletami, czułam się jakbym wygrała na loterii. Mając jednak w pamięci akcję z Francuskim lotem z zeszłego tygodnia, cały czas brałam pod uwagę, że jeszcze wszystko się może wydarzyć.

 W weekend pakowałam ostatecznie swoje 3 walizki. Zadanie, którego nie cierpię, w porównaniu z rozpakowywaniem. Jeszcze raz rozważałam co tak naprawdę potrzebuje do PL na już, a co w razie ‘W’ mogę zostawić albo się w ogóle tego pozbyć. Jeszcze w niedzielę wieczorem, w moim umyśle cały czas świtała myśl, że wszystko może się jeszcze wydarzyć, więc nie zakładałam, że na 100% jutro polecę do Europy. Sceptyczna?! Może po prostu twardo stąpająca po ziemi….  Z tego względu bardzo mała liczba osób wiedziała, co się ma jutro wydarzyć. Wiedzieli o tym tylko niektórzy z mojej najbliższej rodziny i starszy z żoną z mojego zboru, z którymi się przyjaźnię. Postanowiłam, że cokolwiek wrzucę na mój status dla znajomych, to będzie to dopiero przed samym wylotem, jak zamkną drzwi samolotu i zacznie kołować, bo wtedy wiem, że na pewno wylatuję z Peru.



Krysia z rodzinką, u których bylam w Limie


Nocne pożegnanie z Lima

Kartka zrobiona przez utalentowaną Sylwie
W weekend Bartek z ambasady napisał nam, że się bardzo cieszy, że wszyscy Polacy z jego listy zakupili bilet na lot z KLM i że sam zamierza się wybrać na miejsce spotkania, aby się z nami spotkać i upewnić, że wszyscy jego rodacy wsiądą na ten lot. Cała nasza ekipa była bardzo wdzięczna Bartkowi za pomoc. Mega się starał sprowadzić nas wszystkich razem w jednym czasie do Limy, a później wsadzić na jakiś lot do Europy. Podczas stresujących dni, poprzedzających wyjazd z Cuzco i jazdę do Limy, Bartek zapewniał, że będzie brał po pracy swój laptop z biura, aby mieć z nami łączność i być w stanie pomóc w razie potrzeby. Po godzinach pracy dalej nam ogarniał papiery i ważne sprawy, aby załatwić niezbędne pozwolenia. Odkąd zdecydowałyśmy się z Eweliną skontaktować z PL ambasada w Limie, non stop dostawałyśmy telefony od Bartka i wszelkie potrzebne informacje odnośnie ewakuacji z Peru. Tak samo było w przypadku reszty osób z naszej dziewiątki. Było jego żywe i szczere zaangażowanie było nieocenione. Słyszałam od innych znajomych, że ich ambasady były niechętne się wysilić i załatwić potrzebne zezwolenia, albo odbywało się to w bardzo powolnym tempie. Postanowiliśmy wszyscy zrzucić się na prezent dla Bartka, aby pokazać jak bardzo doceniamy okazaną nam pomoc i jego zaangażowanie w naszą repatriację. Lokalne kawy z miejsc, gdzie mieszkaliśmy, pisco, czekolada i kartka napisana od nas wszystkich, plus wizytówka JW.org znalazły się w torbie dla niego. Wcześniej zastanawiałyśmy się z Eweliną jak dostarczyć dla niego paczkę z podziękowaniami, a tu nadarzyła się super okazja, bo sam napisał, że się spotkamy na żywo przed naszym odlotem.







W poniedziałek z rana, zapakowana w 3 walizki pojechałam taksówką na miejsce spotkania. Był to deptak przy oceanie w dzielnicy Miraflores, gdzie ambasada Holandii kazała się zebrać wszystkim pasażerom. Kolejka, w której trzeba było stanąć, każdy w sporej odległości od siebie, była tak długa, że końca jej nie było widać. Na miejscu spotkaliśmy się już wszyscy w pełnym składzie – było nas dziewięciu, którzy usługiwali w Peru i teraz chcieli wrócić do Europy. Wtedy też z Eweliną na żywo poznałyśmy Sylwie i Krzycha – sympatyczne ludki z Krakowa. Razem stanęliśmy w kolejce i opowiadaliśmy sobie nasze przygody podczas podróży do Limy. Gdy tak sobie staliśmy naszą dużą grupą, podszedł do nas Bartek z ambasady i jego nowy współpracownik. Wyłoniła się sympatyczna rozmowa w maskach na zasadzie ‘Poznajmy się w 5 minut’ i mogliśmy troszkę pogadać z sympatycznym pracownikiem PL ambasady w Peru. Trochę się czaiłam z tym, żeby zapytać o wspólne zdjęcie, aż nagle sam Bartek to zaproponował i na drugi dzień mi to zdjęcie wysłał. Na fotce brakuje jednej pary naszych znajomych, która akurat stała gdzie indziej w kolejce. 


Prawie cała nasza ekipa z Bartkiem na tyłach

Po chwili nas wpakowali na autokary i eskortowani przez policję i wojsko, byliśmy w drodze do bazy wojskowej, skąd miał odbyć się lot do Amsterdamu. Cała ta atmosfera sprawiała, że się czułam jakbym była uchodźcą szmuglowanym podczas wojny za granicę. Jakby to były czasy komuny albo wojenne, o których tyle słyszałam od rodziców i dziadków. W sumie godzina policyjna, stan wyjątkowy, wojsko i policja się zgadzało, jeśli chodzi o porównanie. Cały ten czas wysadzania nas z autokarów, ustawiania w odpowiedniej strefie, sprawdzenia biletów, odebrania bagażów i zapakowania na samolot się dłużył i był męczący. Jeszcze wtedy będąc już tak blisko wylotu z Peru, zakładałam, że wszystko się jeszcze może wydarzyć, więc dopiero dosłownie wchodząc na samolot wrzuciłam na status fotki i zdjęcia, aby znajomi i przyjaciele wiedzieli co się dzieje i że jednak się udało — opuszczam Peru. Było to o 4pm po południu, 25go maja 2020 roku. Niezwykle pamiętny dla mnie dzień, pełen mieszanych uczuć, obaw i nadziei.

Ewelina, ja i Anita w autokarze na wojskowe lotnisko 
Pożegnanie z Pacyfikiem
Wjazd do bazy wojskowej



Check-in na lotnisku wojskowym






Czego mnie uczy to doświadczenie? Chociażby tego, że Jehowa nas zawsze słucha i odpowiada na modlitwy, a jeśli uzna za odpowiednie, to nawet od razu. Jehowa bez problemu załatwia nam wszystko, co potrzebne, aby nam pomóc, nawet gdy wydaje się to prawie niemożliwe. Kolejny raz zobaczyłam praktyczną stronę tego, aby najpierw pytać Jehowę o Jego zdanie w jakiejś sprawie, i to nie raz czy dwa, ale aż dostanę konkretną odpowiedź. A wtedy, gdy ją otrzymam to mogę działać i Go prosić o pobłogosławienie moich starań. A On to robi. Przypomniało mi to też, że Jehowa błogosławi nasze starania i konkretne działania. Ze swojej strony robiliśmy wszystko co było w naszej mocy, aby udało nam się wylecieć z Peru, a to, co nie było możliwe dla nas, załatwił nam Jehowa. Zamiast siedzieć i czekać biernie na ‘ocalenie’ daliśmy coś Jehowie, co On mógł pobłogosławić. To jak się zaopiekował każdym z nas, abyśmy mogli bezpiecznie dotrzeć do Limy, a później do swojego domu w Europie jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem i dowodem, że na Nim zawsze można polegać i zaufać Mu w 100%. Nie dało się nie odczuć Jego kierownictwa i pomocy. 

Od dziecka znam bardzo dobrze historię przejścia Izraela przez Morze Czerwone i że jeden anioł zabił aż 185 tys. wojowników asyryjskich jednej nocy. Nigdy nie podważałam mocy Jah i tego, że używa jej dla dobra swoich sług. Wiedziałam, że jeden papierek dla Niego lub 'ogłupienie' policjanta na blokadzie to nie problem. Jednak też nie oczekiwałam, że Jah w tej sytuacji na pewno coś zrobi, bo nie mogę oczekiwać, że zaingeruje w każdy aspekt mojego życia, i że zawsze mnie wyratuje z każdej opresji. Zawsze nam da siły, szczególnie duchowe, żeby dać sobie radę z problemem lub sytuacją.

Odczuć, po raz kolejny na własnej skórze, konkretne działanie Jah, jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem i motorem do dalszego wysilania się. Chyba to jest najbardziej niezwykłą stroną usługiwania na terenie lub bycia 'needgreater’. Szczególnie wtedy, gdy jesteś daleko od tego, co ci znane, od rodziny, przyjaciół, wyjechałeś tam na potrzeby. Gdy wychodzisz po za swoją strefę komfortu - właśnie wtedy musisz totalnie w 100% zdać się na Jehowę. Wiesz, że tylko Jehowa widzi wszystko z czym się zmagasz, i nie zostawia cię samego. Właśnie wtedy Jehowa raz po raz udowadnia ci, że Jego ręka nigdy nie jest za krótka i trzyma cię mocno swoją silną ręką. 

Nie wierzę, że za 2hrs ląduję w Europie
Wylądowana w Amsterdamie

Ewelina też ma fajne przemyślenia po tym doświadczeniu i ‘przygodzie’, którymi podzieliła się ze mną i wami:

” Zdecydowanie to była ręka Jehowy, że zebraliśmy się w takiej ekipie, w tak krótkim czasie. Ten transport do Limy był zorganizowany w tak niezwykły sposób, że mimo, iż nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie, jakie są restrykcje i wymagania, to już było działanie, które tak jakby uprzedzało te wszystkie problemy, które możemy gdzieś tam spotkać na naszej drodze. To jest niesamowite jak Jehowa nam pomógł wtedy w tym momencie, bo nikt z nas tak naprawdę nie był pewny co do tego, czy dobrze zrobimy wyjeżdżając z Cuzco i wszystko było tak nagle na ostatnią chwilą. Praktycznie wszystko było zadecydowane w ostatnie parę godzin, czy nawet 30 minut – do końca nie wiedzieliśmy, czy wjedziemy z Cuzco. To, że wyjechaliśmy z Cuzco, na zasadzie, że albo przejedziemy, albo nie – poddaliśmy się w 100% pod kierownictwo Jah, bo sami nie wiedzieliśmy, czy wyjedziemy, czy nie. W niektórych momentach stres sięgał zenitu.

W Limie, większość z nas, przyjęli na kwaterę bracia, którzy nas totalnie nie znali, a przecież mogli się obawiać o swoje zdrowie, że przyjeżdżamy skądś tam, możemy mieć tego wirusa. Nie obawiali się nam zaoferować swoją opiekę, nie wiedząc na jak długi czas. Otworzyli swoje domy, nie stawiali żadnych pytań i wymogów. Była potrzeba i zareagowali natychmiast. Okazali niesamowita miłość do nieznanej osoby, która przyjeżdża skądś tam w momencie, kiedy jest pandemia i nikt nikogo nie odwiedza, lub wręcz jest to zakazane. Nagle, gdy jest potrzeba pomóc braciom to te osoby otwierają swoje domy i serca na obcych sobie braci i oferują opiekę i dach nad głową, nie wiedząc nawet na jak długo. To jest niesamowite. Mogliśmy poznać wspaniałych braci, a oni na pewno byli pobudzeni właśnie przez Jah, żeby okazać nam miłość. To dużo mi mówi o nich i ich duchowej osobowości. Nie martwili się o siebie, a wręcz ryzykowali swoje zdrowie czy też dobro, a nawet byli gotowi ponieść koszty. Na przykład Carmen nie zostawiła mnie samą z problemem, tylko zaryzykowała; mogła dostać mandat, a i tak mnie zawiozła. Dla mnie jest też ewidentne, że Jah się posłużył trzecimi osobami, które nie były Jego sługami, abyśmy zdołali stamtąd wyjechać i wrócić do Europy. Patrząc teraz na obrót spraw w Peru, widać, że opuściliśmy ten kraj w takim ostatnim, dobrym momencie na ewakuacje. Teraz się tam robi coraz gorzej. Nie wiadomo jak to będzie z tymi lotami, czy byłaby kolejna szansa na powrót. Loty, które organizują Europejskie ambasady jest ich coraz mniej i można się na nie dostać, albo i nie. To, że nas wszystkich razem zaakceptowali na ten jeden lot, że mogliśmy razem opuścić ten kraj, to jest ręka Jehowy. Mimo że ta podróż np. z Cuzco do Limy była bardzo ciężka i długa, to ja mimo wszystko czułam, że były jeszcze te siły.  W momencie, kiedy wynikł jakiś nowy problem, to człowiek dał rade i wyszedł z tego cało. Choć spodziewałam się, że ta podróż mnie wymęczy całkowicie. Z pomocą Jah się wszystko udało, inaczej nie byłoby to możliwe. Mnie też to uczy, żeby samemu być gotowym okazać taką miłość naszym braciom, żeby pomagać, a nie szukać wymówek lub być podejrzliwym: "Po co oni tutaj jadą?’. Bracia w Peru mają wielkie serca, są otwarci, gościnni i opiekuńczy”.



Margaret, która przyjęła Ewelinę na kwaterę

Obiecana krótka wzmianka o poznaniu się z Nancy 

Z Nancy to było naprawdę przypadkowe poznanie się, a może i nie? :) Oryginalnie w marcu miałam zdać mój dom w Uru, ze względu na plany zjazdu na chwilę do Europy. W związku z tym w kwietniu, podczas pandemii, musiałam się z niego wyprowadzić. Ponieważ Covid-19 mega namieszał i w moich planach, musiałam opuścić dom, i się gdzieś przeprowadzić na jakiś czas, aż będę mogła, jak wcześniej zaplanowane, wyjechać z Peru. Parę dni przed wyprowadzką z mojego domu, poszłyśmy z Eweliną szukać jakiegoś tymczasowego zakwaterowania w Urubambie. Nie było to trudnym zadaniem, bo w tamtym momencie w Peru turystyka praktycznie nie istniała i wiele hosteli, hotelów i Airbnb zostało nagle pustych, a widoków na kolejne rezerwacje w najbliższych miesiącach nie było.

Modliłyśmy się z Eweliną do Jehowy, aby nam pobłogosławił nasze poszukiwania i pomógł wybrać odpowiednie miejsce, jeśli chodzi o naszą duchową rutynę, samopoczucie i dobry Internet do mojej pracy. Na Internecie przeglądnęłyśmy kilka opcji i wyruszyłyśmy się przejść po Urubambie na obczajkę, mając nadzieję, że tego samego dnia znajdziemy coś odpowiedniego, a parę dni później się tam przeprowadzimy. Udało nam się zobaczyć kilka ciekawych opcji, z których było co wybrać i wracając już do domu, akurat przechodziłyśmy obok jeszcze jednej Airbnb opcji, która widziałam wcześniej na Internecie. Skoro byłyśmy tuż obok, postanowiłyśmy zajrzeć jeszcze i tam. Przywitały nas dwie Brytyjki z Londynu, mówiąc nam, że utknęły tu od miesiąca, gdy uciekły z Cuzco do Urubamby przed samym rozpoczęciem kwarantanny. Jedna z nich miała wracać repatriacyjnym lotem do UK za parę dni, a Nancy obawiając się tej podróży i Anglii ze względu na Covid-19, postanowiła na razie na dłużej zostać w Peru. Airbnb opcja, gdzie były, miała bardzo słaby Internet i była dość kosztowna, więc opowiedziałyśmy jej o opcjach hosteli, które znalazłyśmy tego dnia. Słabo znając hiszpański i okolice zapytała, czy mogłaby do nas dołączyć na nowy hostel, mówiąc, że w towarzystwie, które mówi po angielsku będzie się czuła pewniej i raźniej. Wydała nam się bardzo sympatyczną osobą, a widząc desperacje na jej twarzy chciałyśmy jej pomóc. Potrafiłyśmy sobie wyobrazić, jak może się czuć obco i samotnie na nieznanej sobie ziemi i to w trakcie kwarantanny Covid-19. Powiedziałyśmy, że zapytamy w hostelu, gdzie same planujemy się przenieść, czy mogą jej wynająć jeden pokój, żeby była blisko nas. Właściciele hostelu się zgodzili, na co Nancy do nas mówi, że spadłyśmy jej z nieba… A może tak właśnie było…; D

Mieszkałyśmy razem miesiąc, aż do wspólnej ‘ucieczki’ do Limy. Nancy rzadko zaczynała rozmowę na temat kim jesteśmy lub o naszych wierzeniach. Za to bardzo często udało się nam mieć przypadkową rozmowę z nią na tematy naszej organizacji od strony technicznej: jak działa, skąd środki na jej wspieranie, że na całym świecie zebrania w tylu językach, a uczymy się dosłownie tego samego, jak głosimy itp. W kwietniu była zbiórka pieniążków na jedzenie dla braci z mojego zboru i razem z Eweliną miałyśmy przywilej przy tym pomagać, pakować worki dla braci itp. Przebieg akcji wrzuciłam na mój status na WhatsAppie – zakupy, ogarnianie worków z jedzeniem i szczęśliwi bracia, którzy je otrzymali. Nancy obserwowała zdjęcia i filmiki z tej akcji i pewnego dnia zagadała o tym do mnie. Powiedziała, że się bardzo wzruszyła, gdy zobaczyła jak ludzie w mojej organizacji zareagowali i chętnie udzielili innym swoim braciom w wierze pomoc. Powiedziała, że ona też należy do jakiegoś ugrupowania, ale nie można tam liczyć zbytnio na pomoc. Powiedziała, że pierwszy raz widzi organizację, w której z miłości do innych szybko się reaguje i chętnie pomaga. Wyraziła chęć złożenia datku na nasza organizację mówiąc, że to jedyna, która wydaje się jej, że dobrze te środki wykorzystuje – dla dobra innych, a nie własnych korzyści.

W ostatnią noc w Uru posiedziałyśmy sobie trochę razem i miałyśmy okazję tak dłużej porozmawiać o tym, kim jesteśmy. Wtedy nam się zwierzyła, że od małego była w szkole katolickiej i już od wtedy miała awersję do religii. Przez wiele lat nigdzie nie chciała należeć i dopiero od roku była jakoś tam zaangażowana w grupę Buddystów. Mówiła, że zainteresowała się Buddyzmem, bo sama jest osobą, której zależy na dobru ludzi, zwierząt i planety, a tam w jakimś sensie siebie odnalazła; po różnych przejściach w swoim życiu.

Opowiedziałyśmy jej nasze historie tego, jak zostałyśmy Świadkami Jehowy i co nas do tego pobudziło. Przyznała nam się, że nigdy wcześniej nie poznała Świadków Jehowy i nigdy z nimi nie rozmawiała ani też nie interesowała się tym, co o nas mówią. Wtedy też nam powiedziała coś bardzo miłego: że jeśli my reprezentujemy nasza organizację, to jest bardzo pozytywnie zaskoczona, jakimi ludźmi są Świadkowie i że poczyta sobie na naszej stronie trochę więcej o nas i o naszej działalności. Przyznała się, że wchodziła na różne filmiki i artykuły z mojego statusu, które wrzucałam dla zainteresowanych po ang. i je sobie oglądała lub czytała. Bardzo jej się spodobały, szczególnie te jak nasza organizacja działa na takich terenach jak Peru i tłumaczenie Biblii na Keczua itp. Nancy miała możliwość dowiedzieć się coś o Jehowie i Jego ludzie. Bardzo się cieszyłyśmy z Eweliną, że mimo ostrej kwarantanny w Peru i lock-down, mogłyśmy wydać komuś nowemu świadectwo o naszej organizacji i naszym Bogu. 



4 komentarze:

  1. Czytałam tą relacje jak książkę która wciąga i powiem ci Sara że wzruszylam się ogromnie nawet się popłakałam ,bo rzeczywiście Jehowa chce i może pomagać .wspalniale się ciebie czytało .na pewno ten stres który miałaś ,wy wszyscy trzymało to was w napięciu a jednocześnie zawierzyliście Jehowie naprawdę wspaniałe doświadczenie. mam zamiar przekazać dalej twoją relację żeby też inni bracia mogli się zapoznać z treścią ,żeby poznali jak bardzo można zaufać Jehowie i pomoc otrzymać od niego .dzięki sarunia że mogłam cię poznać że spędziliśmy trochę czasu razem w Peru .ściskam ogromnie mocno nie nie ogromnie mocno bo to nie jest gramatycznie ,strasznie cię ściskam też źle mocno cię ściskam ,tak z całej siły żebyś poczuła .no pozdrowionka

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow
    Przygoda życia. Naprawdę widać w tym kierownictwo Jehowy :-)
    Super że wszyscy wróciliście cali i zdrowi. Oby dalej Jehowa wam błogosławił w kolejnych wyprawach na tereny oddalone. No może już bez covit 19 :-))

    OdpowiedzUsuń
  3. Sarcia dzięki że napisałaś tego posta. Ta przygoda wzmocniła moją To tylko jeden z wielu artykułów na ten temat. Dziękuję, że znalazłaś czas by napisać ten post.

    OdpowiedzUsuń