
Był sobie marzec 2020...
Scena świata się zmienia, a szczególnie w ciągu
ostatnich paru miesięcy, czy nawet tygodni. Pamiętam, że jeszcze na początku
marca, spacerowałam sobie po Urubambie nic nie podejrzewając jak moje życie
drastycznie się zmieni w ciągu następnych kilku dni. Jeszcze w sobotę 14 marca
poszłyśmy z Eweliną na mój ulubiony bufet w Cuzco. Życie w tym mieście tętniło
jakby nigdy nic. Spotkałyśmy się tam z Dorotką, która razem z mężem usługuje w
Cuzco, a wieczorem siedziałyśmy sobie w restauracji z koleżanką
(współorganizatorką) omawiając nasz plan wycieczki do Brazylii. Wycieczka,
którą planowałyśmy prawie rok, miała na celu poznać południową część kontynentu.
Wyjątkowa podróż przez Boliwię, Chile i Argentynę do Brazylii, abym tam mogła
obczaić ten kraj jako potencjalny, kolejny teren.
Ponieważ planowałam zjazd do Europy
na jakiś czas, miało to też być takie moje tymczasowe pożegnanie z
Ameryką Południową. Miałyśmy wyjechać na tą wycieczkę za 6 dni. Rok
ogarniania hoteli & transportu, plan zwiedzania & wielu wycieczek, żeby
zobaczyć cudowne miejsca i wyjątkową naturę tych państw. Autokary, loty i
hotele już zaklepane; pozostało nam nic więcej tylko się spakować. Tego 14go
marca, siedziałyśmy sobie w tym Cuzco i zastanawiałyśmy
się na ile to będzie realne, że na tą wycieczkę wyjedziemy
zgodnie z planem, biorąc pod uwagę niepokojące wieści z Europy. Covid-19 coraz
bardziej dawał się we znaki w Europie
– Włochy zamknięte, a po nich wiele innych państw
też się zamyka, nie ma lotów, lotniska zamknięte,
ludzie się boja, a
statystyki zakażeń i śmiertelności niepokojąco rosną. Poważnie
zastanawiałyśmy się, kiedy tak zaawansowana sytuacja będzie w
Peru. Na razie było kilkadziesiąt zarażeń w Limie
i Peru wydawało się dość spokojne. Słyszałyśmy, że w
wielu Europejskich krajach zebrania zostały przeniesione na łącza, służba
wstrzymana, a w Peru wszystko hulało normlanie. Zgodnie we trzy, z Yulisą
zdecydowałyśmy, że jeśli wstrzymają w Peru służbę, albo zebrania na sali, to
będzie to dla nas znak, żeby nie wyruszać w podróż, nawet jeśli granice będą
otwarte. Szybko nadszedł ten znak, bo kilka godzin później dowiedziałyśmy się
od jednego starszego, że jutro będzie oficjalnie ostatnie zebranie i służba w
Peru.
Wieczorem, opuszczając mój ulubiony lokal w Cuzco, schodząc shodami
i patrząc na te ulubione Peruwiańskie miasteczko, miałam jakieś dziwne
przeczucie, że długo tutaj znowu nie zawitam. Kto
by pomyślał, że to był mój ostatni spacer po tym pięknym i
klimatycznym mieście Inków.
![]() |
| W Cuzco z Dorotką na bufecie |
![]() |
| Omawiamy plany na Brazylie |
![]() |
| Pożegnanie z Cuzco |
W tych trudnych okolicznościach przyszło mi się
wyprowadzić z mojej cudownej, drewnianej chatki w Andach, którą wynajmowałam od
moich początków w Urubambie. Już od paru miesięcy byłam ugadana z małżeństwem
znajomych z USA, że wbijają na moją chatkę, przejmują moje meble i sprzęty AGD.
Właśnie, przed samą pandemią, przylecieli do Peru zacząć swoją przygodę na
terenie zagranicznym. Plan był, że oni wskakują na mój gotowy, urządzony domek,
ja odzyskuję trochę kaski i spakowana do dwóch walizek jestem gotowa na przeprowadzkę
do Europy. A tu nagle taka sytuacja. Trochę trudna sytuacja, ale trzeba było
udostępnić domek nowym najemcom zgodnie z wcześniejszą umową. Same nie mając
się, gdzie do końca podziać z Eweliną, wyruszyłyśmy na poszukiwania jakiegoś
lokum na kilka tygodni, aż sytuacja się wyklaruje. W mgnieniu oka znalazłyśmy z
Eweliną, odpowiednie i niedrogie lokum – przestronne i ładne pokoje z
łazienkami w pobliskim hostelu z ogrodem, który ze względu na Covid był
totalnie pusty i wolny do naszej dyspozycji.
Niektórzy z naszych znajomych na samym początku
kwarantanny zawinęli się z Peru do Europy, więc czasem nie byłyśmy pewne z
Eweliną czy to dobre, że jeszcze jesteśmy w Peru. Natomiast już w kwietniu,
podczas kwarantanny czułyśmy z Eweliną, że dobrze wyszło, że zostałyśmy na
razie w Peru. Sytuacja w Europie się zaogniała i nie chciałyśmy wracać w
epicentrum korony, bardziej martwiąc się o zdrowie innych, których mogłybyśmy
zarazić po drodze. Na tamten moment wydawało nam się dobre zostać tu, gdzie na
razie jesteśmy. Jednak z czasem, obserwując sytuację w Peru i Europie, plus
biorąc pod uwagę brak widoków na wznowienie lotów komercyjnych w najbliższych
miesiącach, zaczęłyśmy się grubo zastanawiać nad powrotem do Europy z pomocą
ambasady.
Jednak w maju sytuacja trochę się zmieniła. Kluczowym
punktem zwrotnym w postanowieniu, żeby się zawijać z Peru, było ogłoszenie
bankructwa przez największe linie lotnicze kontynentu – Avianca. To
właśnie z nimi miałam lot wykupiony na 12go maja 2020 do Londynu – mój wielki
powrót do Europy…. . Wcześniej
mnie zapewniali o zmianie lotu na czerwiec, później na lipiec, aż nagle
powiedzieli, że niewiedzą na kiedy. Po czym parę dni później, oficjalnie
ogłosili bankructwo. Nagle stało się to dość realne, że pieniędzy, które
wydałam na ten bilet mogę już nie zobaczyć, a wtedy kto wie za ile będą nowe
bilety, gdy już będzie można opuścić kontynent. Wcześniej się nie
kontaktowałyśmy z ambasadą PL, myśląc, że niezbyt coś nam może pomóc, bo jedyny
lot organizowany przez PL ambasadę był w marcu. My utknęłyśmy w Urubambie,
daleko od Limy, plus zakaz poruszania się po kraju, a to właśnie ze stolicy odbywały
się loty repatriacyjne. Przemyślałyśmy porządnie sprawę z Eweliną i
postanowiłyśmy, że poszukamy kierownictwa Jah w tej sprawie. Nie byłyśmy dalej
pewne czy lepiej zostać tu na miejscu i na spokojnie wrócić później do Europy,
czy może jednak wracać już do Europy.
Aczkolwiek, fakty takie jak: linie Avianca ogłosiły
bankructwo, nieznana była data najbliższych wylotów z kraju i myśl, że Europa
znowu się może zamknąć na jesień, sprawiły, że porządnie zaczęłyśmy się z
Ewelina zastanawiać nad sensem dalszego siedzenia w Peru. Nie ma zebrań,
głoszenia, spotkań z braćmi i widoków na to
do września, lub być może i końca roku.
Ostra kwarantanna, która się przedłużała,
liczba zarażonych która drastycznie się zwiększała trochę nas stawiały w
kozim rogu. Urubamba była bardzo bezpiecznym miejscem na kwarantannę,
daleko od wielkich miast, a pierwsze potwierdzone przypadki
dopiero ogłosili parę dni przed
naszą ‘ucieczką’ stamtąd. Nie wiadomo co robić i jaka decyzja lepsza…
W maju miała być moja pożegnalna impreza w zborze, pakowanko, wyprowadzka
z Urubamby, kilka dni w Limie i wielki powrót do Europy - a tu
taka sytuacja….
Ewelina miała też dość pogmatwaną sytuację.
Przyjechała do Peru w lutym na kampanie do dżungli, później pogłosić w
moich okolicach, po czym miałyśmy razem jechać na wycieczkę po Ameryce Południowej.
Aby przyjechać do Peru i udzielać się w służbie, zwolniła się z pracy i po
dwóch miesiącach miała plan wrócić do Anglii (gdzie mieszka) i sobie poszukać
nowej pracy. Zostawiła w Derby mieszkanie, które musiała opłacać podczas
swojego pobytu w Peru. Miała lot powrotny pod koniec kwietnia, który straciła,
a linie lotnicze cały czas zmieniały datę jej zastępczego lotu. Ogólnie w
Anglii rząd się zaoferował pomóc ludziom w kosztach utrzymania mieszkań podczas
kwarantanny, ale jej robili problem i odmawiali udzielenia pomocy z kosztami,
mówiąc, że nie ma jej w Anglii i jest sobie na wakacjach, więc nic nie
mogą dla niej zrobić. Nie miała pracy, oszczędności mają swój limit, nie
wiadomo na ile utknęła w Peru, gdzie i tak nie można głosić, a za życie i
mieszkanie w Anglii trzeba bulić. W Peru jej się bardzo podobało i hostel,
gdzie mieszkałyśmy był niedrogi, bardzo ładny i przyjemnie się w nim nam
mieszkało. Jednak tak jak w moim przypadku, wielka niewiadoma z tym, co będzie
później w Peru, i na świecie, skłaniała ją też do jak najszybszej
ewakuacji.
W piątek, nie wiadomo skąd (albo wiadomo 😊) wpadłam na pomysł napisania e-mails do ambasad europejskich, żeby zobaczyć, jaki będzie odzew. Myślałam sobie, że jeśli nie PL ambasada nam pomoże, to może jakaś inna Europejska będzie przychylna wyciągnąć nas z Uru. Ten pomysł zaczął nabierać coraz większego sensu i w sobotę poprosiłam wszystkich moich znajomych z Europy, mówiących różnymi językami, aby przetłumaczyli email, którego w weekend planowałyśmy wysłać do różnych Europejskich ambasad w Peru. Stwierdziłyśmy z Eweliną, że zadziałamy z naszej strony z ambasadami, i jeśli Jah uzna to za dobry pomysł, to nam pobłogosławi tą akcję i będzie jakiś pozytywny odzew. Czułyśmy, że będzie to wtedy też dla nas jednoznaczne, z tym, że pomysł powrotu teraz do Europy to dobry plan i cieszy się poparciem Jah. A jeśli lepiej na razie tutaj to przeczekać, to brak jakiejkolwiek reakcji ze strony ambasad, będzie też dla nas konkretną wskazówką co robić dalej. Czułyśmy, że chcemy wracać, ale ostateczną decyzję postanowiłyśmy zostawić w rękach Jehowy. Modliłyśmy się dużo w tej sprawie i też prosiłyśmy Jah, aby, jakakolwiek by nie była odpowiedź na te e-mails, żeby to było Jego bezpośrednie działanie, a nie przypadek lub np. działanie Jego wroga. Wspaniała porada odnośnie bardzo konkretnych modlitw udzielona mi kiedyś przez gorliwą i kochaną pionierkę z Anglii.
Nie spodziewając się żadnego większego odzewu, w
niedziele wieczorem wysłałyśmy e-mails do wszystkich ambasad europejskich w
Peru, włącznie z Polską. Dużo się modliłyśmy z Eweliną tego dnia i
poprzednich, wyraźnie prosząc Jah o Jego kierownictwo w tej sprawie - aby nam
wskazał dobre rozwiązanie w tej sytuacji. Też naszych kilku przyjaciół modliło
się za nas, znając sprawę i sytuację. Odpowiedź przyszła w tempie
natychmiastowym. Już na drugi dzień z rana dostałam telefon z PL ambasady od
pana Bartka pytającego o sytuację i powód, tego, dlaczego wcześniej się do
niego nie odezwałyśmy. Zapewnił nas, że pomógł już wielu Polakom wrócić do
Europy repatriacyjnymi lotami innych ambasad i tak samo postara się pomóc
nam. Na koniec ze śmiechem już dodał: 'Do ilu ambasad panie napisały tego e-mail?
Ja tu dostaję telefony i e-mails od kolegów z Rumunii i innych Europejskich
ambasad, z wyrzutami, że jakieś dwie Polki utknęły mi w Urubambie'...
Oczywiście nie obeszło się bez ‘afery’,
bo co dwie blondynki to nie jedna :))))))) Pan Bartek wziął od nas
wszelkie potrzebne dane i namawiał nas na jak najszybsze dostanie się do Limy,
gdzie będzie miał większe możliwości i swobodę wrzucenia nas, na jakikolwiek
lot, który pojawi się do Europy. Razem z Eweliną obmyśliłyśmy plan spakowania
się i wyruszenia do Limy za jakieś 10-12 dni. Nasi PL znajomi z wioski obok,
też się z nami skontaktowali w poniedziałek i oznajmili, że postanowili również
się przenieść do Limy, tyle że w szybszym tempie - w ciągu tygodnia.
Zastanawiałyśmy się z Eweliną co zrobić, bo nie chciałyśmy podejmować
pochopnych decyzji. Znowu się intensywnie modliłyśmy, żeby zobaczyć co Jehowa
na to. Wtedy nagle, na drugi dzień, we wtorek rano znowu dzwonią do nas z
ambasady i informują, że za tydzień będzie lot do Niemiec z Limy i jest szansa,
że możemy się na niego dostać. Ponagleni tak przez ambasadę i znajomych z
wioski obok, postanowiłyśmy, że w ten weekend udamy się do Limy. Nagle
z dziesięciu dni na przygotowanie się na wyjazd, zmieniło się w
zaledwie kilka dni.
We wtorek wieczorem zadzwoniłam do Dorotki i Julka,
ziomków, z którymi się znam już wiele lat, a którzy od 8 miesięcy mieszkali w
Cuzco. Znałam ich wcześniejsze plany związane z Peru – chcieli tu zostać jakiś
dłuższy czas. Wiedziałam, jednak, że u nich dużo zależy też od możliwości pracy
tu na miejscu i możliwości utrzymania się. Biorąc pod uwagę sytuację i fakty, a
dużo biznesów się pozamykało i wielu ludzi straciło pracę, nie byłam pewna jak
teraz wyglądają ich plany na życie w Peru.
Postanowiłam zadzwonić do nich i opowiedzieć o
sprawie naszego wyjazdu i podzielić się innymi, ważnymi informacjami, które
wpłynęły na nasza nagłą decyzję. Każdy sam musi podjąć dobrą dla siebie
decyzję, ale przynajmniej będą wiedzieć o sytuacji tyle, co my i sami sobie
zdecydują co dla nich najlepsze. Opowiedziałam im o kontakcie z PL ambasadą i
decyzji naszej czwórki z okolic, na wyjazd do Limy w tą sobotę. Julek z Dorotką
sami nie byli pewni co robić, więc powiedziałam im ze jutro (w środę) wysyłamy
nasz wniosek do ambasady PL, aby się postarała o pozwolenie na przejazd z Cuzco
do Limy. Otrzymanie zezwolenia od policji i odpowiednich organów zajmuje dwa
dni, więc Bartek potrzebował mnóstwo informacji i detali naszej podróży
najpóźniej w środę wieczorem, aby złożyć podanie o zezwolenia. Po wysłuchaniu
wszystkiego Julki powiedzieli, że to wszystko przemyślą i dadzą nam znać do
jutra do 12pm, czy dołączają do naszej grupy ‘uciekinierów’.
Na drugi dzień rano poinformowali nas, że także zdecydowali
się wyjechać teraz z Peru i dołączają do naszej ekipy, żeby dostać się do Limy.
Później się dowiedziałam, że Julki całą noc nie spali tylko spędzili na
modlitwie, analizując razem pewien artykuł o podejmowaniu decyzji. Na podstawie
tego artykułu i wersetów, które poszukali w Biblii, udało im się podjąć
odpowiednią dla nich decyzję. Jestem pełna podziwu, jeśli chodzi o nich i parę
z wioski obok, bo to nie lada wyczyn w parę dni spakować cały swój dobytek i
ogarnąć wyprowadzkę tak nagle i to podczas kwarantanny i stanu wyjątkowego.
Obie pary wynajmowały urządzone przez siebie mieszkania, a tu nagle w parę dni,
trzeba się pozbyć wszystkiego, wysprzedać lub oddać, spakować i opuścić nie
tylko dom, ale i kraj. Ja się stresowałam spakowaniem mojej sypialni w hostelu,
ale oni to dopiero mieli wyzwanie. Jeśli chodzi o mnie, to już miesiąc
wcześniej, pozbyłam się sporego domu, który wynajmowałam. Choć muszę przyznać,
że nigdy spakowanie życia do dwóch walizek nie jest szybkie i łatwe. Nikt z nas
nie wracał sobie z wakacji do cieplutkiego, gotowego domu w Europie. Czekało
nas rozpoczęcie swojego życia na nowo — praca, mieszkanie, zbór, służba; i to
właśnie wtedy, gdy sytuacja na świecie jest tak niepewna i powiewa grozą. Z
drugiej strony jak robi się coś z Jehową, to czym się tu na zapas zamartwiać?
Nancy, Brytyjka mieszkająca z nami w hostelu, też
postanowiła udać się z nami do Limy, skąd byłoby jej łatwiej zadecydować co
dalej. Ciekawa historia tego jak na siebie wpadłyśmy znajduje się na końcu tego
postu. Tak oto, było już nas 7 chętnych osób z tych okolic, aby się udać do
Limy. Ponieważ Peru jest w kwarantannie i stanie wyjątkowym (plus godzina
policyjna), PL ambasada poinformowała nas, że nam pozałatwia wszelkie
pozwolenia na przejazd do Limy. Było nas 7 chętnych, więc postanowiliśmy się
podzielić na dwa auta. W jednym miałyśmy jechać ja, Ewelina i Nancy. W drugim
aucie miały być dwie pary – Julki i znajomi z wioski obok. Udało nam się nagrać
transport od znajomych braci i właśnie, gdy mieliśmy załatwiać dane od
kierowców, do pozwolenia na podróż, dostaliśmy informacje od pewnego brata, że
weszło nowe prawo w Peru. Okazało się, że w pojazdach może być tylko 70%
pasażerów na miejsca, plus na taką trasę musi być dwóch kierowców, co oznacza, że
dwa załatwione auta i dwóch kierowców, to za mało na naszą grupę. Zanim Bartek
nam to sprawdził i potwierdził na 100%, to już nasi bracia ze zboru pomogli nam
znaleźć oficjalną firmę transportową, która miała uprawnienia i certyfikaty,
takie jak wysterylizowany transport, dwóch kierowców etc. Później okazało się,
że weszło także nowe prawo, które zabrania przewozić rzeczy na bagażniku na
dachu, tylko w środku, więc wszelkie bagaże musiały być w środku w aucie razem
z pasażerami. Załatwiliśmy większego wana, co oznaczało o wiele większe koszty,
ale było pewne, że wszystko zmieścimy do środka, plus jest wystarczająco
miejsca, aby zachować odstęp między pasażerami, co było też wymagane przez
prawo. Transport nas kosztował 5,500 zł, co i tak było podobno tanio, jak na tak
duże auto, dwóch kierowców i taką trasę.
Wieczorem Bartek z ambasady zadzwonił ze ‘złymi
wieściami’ potwierdzając, że rzeczywiście jako wymóg potrzeba dwóch kierowców i
że można tylko wypełnić 70% miejsca w aucie. Był nieźle zaskoczony słysząc, że ten
problem już mamy zażegnany i transport ogarnięty. Wszyscy widzieliśmy w tym
rękę Jehowy. Mogliśmy bez problemów, zacząć działać w sprawie pozwolenia na
jazdę – był ogarnięty porządny i wystarczająco wielki transport z firmy, dwóch
kierowców, data i trasa na jazdę do Limy. Bartek z ambasady już w środę
wieczorem zaczął działać i załatwiać niezbędne pozwolenia. Planowany wyjazd był
na sobotę popołudnie. Pozwolenie miało przyjść w piątek i musiało być
zatwierdzone również przez policję drogówkę, która nas przepuści na blokadach
przy wielkich miastach po drodze do Limy. Jakby było mało stresu, to nagle w
czwartek firma transportowa zaczęła się kontaktować z nami i poinformowała, że
aby wyjechać z Cuzco będzie potrzebne nam badanie na Covid-19, które nie jest
tanie i musimy opłacić też badania kierowców. Ponieważ była to nowa dla nas informacja
od razu poinformowaliśmy Bartka z ambasady, który zaczął weryfikować tą nowość.
Sami zaczęliśmy grzebać w temacie, aby poszukać opcji tego badania, jeśli się
okaże niezbędne. Nie było łatwo coś znaleźć, bo większość oficjalnych
szpitali lub klinik tylko w poważnych przypadkach udzielało takich testów. Julki
z Cuzco wybadali tam sprawę i znaleźli jedyną chętną klinikę, a badanie –
szybki test na Covid-19 będzie nas kosztować 350 soli na osobę (ponad 400 zł).
W piątek ambasada Brytyjska udzieliła Nancy niezbędnych zezwoleń i dostała
dokument, który kierowcy potrzebowali wystawić na swojej szybie, a wyglądał
tak::
Nagle późnym wieczorem w piątek ambasada Brytyjska
zadzwoniła do Nancy i poinformowała ją, że rzeczywiście policja lokalna w Cuzco
wymaga badań, aby wydać pozwolenie na wyjazd z Cuzco. Okazało się, że
potrzebujemy dwóch zezwoleń. Jedno na jazdę po Peru do Limy (które Brytyjka już
dostała, a my dalej czekaliśmy), a drugie od lokalnej policji w Cuzco na wyjazd
z prowincji. Pani z Brytyjskiej ambasady zaczęła coś działać w temacie
załatwiania nam tego badania w Cuzco, ze względu na Brytyjkę, która była z nami
w transporcie do Limy. Po jakiejś godzinie otrzymaliśmy e-mail od Bartka
potwierdzający, że badania są potrzebne, ale nie jest to na Covid, tylko
symptomy wirusa. Powiedział także, że zajmie się nam zorganizowaniem tego
badania na jutro w Cuzco. Jest piątek w nocy, a my dalej nie mamy pozwolenia na
wyjazd i załatwionych badań. Spakowałam się w większym zakresie, ale widząc jak
się przedstawia sytuacja, małą miałam nadzieję, że się wydostaniemy jutro w
sobotę z Cuzco do Limy. Brytyjka dostała pozwolenie ze swojej ambasady na
jazdę do Limy, ale dalej żadnych informacji co do badania i naszego zezwolenia.
Ponieważ dane z pozwolenia dla Brytyjki zgadzały się z naszymi – dane auta i
kierowców – bo to ten sam transport, byliśmy pewni, że nasze
zezwolenie też już jest w drodze.
Sobota rano. Wstałyśmy z Eweliną wcześnie sobie
przygotować jedzenie na drogę. Nie byłam pewna czy dziś wyjedziemy, ale w razie
'W' właśnie na to się przygotowywałyśmy. O 7:30am Nancy dostaje telefon ze
swojej ambasady, że zorganizowali dla nas wszystkich to badanie na symptomy,
ale jest na lotnisku wojskowym w Cuzco i to za 30minut. Jakieś mega
niedopatrzenie tej ambasady, bo my mieszkamy w Świętej Dolinie, jakieś półtora
godziny od Cuzco. Także wyszła z tym klapa, a Brytyjska ambasada już się więcej
nie odezwała w tym temacie. Próbuje się do końca spakować, wypisać pożegnalne
kartki i przygotować małe paczuszki z prezencikiem na szybko dla niektórych
przyjaciół. Z ambasady dalej żadnej odpowiedzi. Julki znaleźli jakąś opcję
prywatnej kliniki, gdzie można zrobić to badanie na symptomy za 150 soli.
Dzwoni Bartek z ambasady i mówi, że stara się od wczoraj nam załatwić badania w
Cuzco lub pozwolenie na wyjazd bez tego badania. Informuje nas, że dostał od
policji krajowej zezwolenie na przejazd do Limy, ale ze względu na to badanie
nie dostał jeszcze od lokalnej policji pozwolenia na wyjazd naszego wana z
prowincji Cusco. Nikt nie wiedział co zadecydować i czy wyruszyć, bo wszystko mega
niepewne i brakuje nam pozwoleń. Para z wioski obok (które jako pierwsza była
na trasie transportu) zdecydowała za grupę, że trzeba wyruszyć w trasę tak czy
śmak, bo załatwiony transport czeka. Stwierdzili, że czasem zdarza się, że
pozwolenia dochodzą w trasie. Zapakowali się na wana i przyjechali po mnie,
Ewelinę i Brytyjkę. Dopakowaliśmy wana i ruszyliśmy do Cuzco po Julka i
Dorotkę. Przyjechaliśmy do Cuzco, załadowaliśmy ich do auta, siedzimy wszyscy
jak na szpilkach, stres unosi się grubo w powietrzu, a my zastanawiamy się co
teraz robić. Wyruszyć w trasę bez pozwoleń, czy nie ?!?!
Jest czwarta popołudniu. Kierowcy nas
ponaglają, że już trzeba wyjechać z Cuzco, bo jeśli nie przekroczymy tej
najważniejszej blokady, na granicy prowincji Cuzco przed rozpoczęciem się
godziny policyjnej, to utkniemy tam w aucie do 4am rano. Taka zabawa
kosztowałaby nas dużo więcej kasy i ograbiła nas z cennego czasu. Nie
wspominając o tym, że kierowcy mieli pozwolenie na konkretną godziny jazdy,
konkretną trasę, godzinę wyjazdu z Cuzco, dojazdu do Limy i później powrotu z
Limy. Zmiany kosztowałyby nas koleje dwa dni, więc opóźnienie wyjazdu było
opcją ostateczną, jak już wszystkie inne nam się wyczerpią. Także wszystko
dopięte na ostatni guzik, tylko nie mamy pozwolenia na opuszczenie Cuzco. To
wymyślone nagle przez policję w Cuzco pozwolenie było dość niedorzeczne i nie
miało sensu, bo Cuzco było słabo zainfekowanym miastem w Peru, a jechaliśmy do
stolicy - epicentrum zarażeń w Peru. Sens byłoby wymagać tego w odwrotnej
sytuacji, że wyjeżdżając z Limy trzeba takie badanie zrobić, a nie ze
spokojnego Cuzco jadąc do Limy, gdzie jest największa szansa zarażenia w Peru. Na
tamten moment to jedyna prowincja w Peru, która sobie takie coś wymyśliła. Czy
chodziło o wyciśnięcie jeszcze jakiejś kasy od ‘uciekających’ z kraju
obcokrajowców? Kto wie, ale prowincja Cusco będąca stolicą obcokrajowców w Peru
— wcale bym się nie zdziwiła. Także siedzimy jak na szpilkach, bo wszystko pod
wielkim znakiem zapytania.
Nagle dzwoni do nas Bartek z ambasady i mówi, że ma złe wieści. Policja z Cuzco, mimo jego próśb, nie zgadza się na opuszczenie przez nas prowincji bez tego badania. A jedyne miejsce na te badania, uznawane i akceptowane przez nich to szpital w Cuzco, który jest zamknięty i dopiero w poniedziałek otwarty na te badania. Bartek sam zrezygnowany, zakomunikował, że mu już opadają ręce, bo lokalna policja w Cusco nie chce iść na żadną ugodę i powiedziała mu, że nas nie wypuści bez certyfikatów tego badania. Mówimy Bartkowi, że my już zapakowani w Cusco i gotowi wyjechać. Sytuacja mega napięta i stresująca, bo sami nie wiemy już co robić. Braliśmy pod uwagę pojechać do tej prywatnej kliniki, ale nie było pewności, że policja zaakceptuje te badania, skoro dla nich nie jest to odpowiednia placówka. Nagle nasi kierowcy, nic nam nie mówiąc zapalili silnik i ruszyli w drogę. Zaczęli jechać do wyjazdu z Cusco, przeciwna trasa do kliniki, w której myśleliśmy zrobić te badania. Zdezorientowani pytamy ich czemu jedziemy w odwrotną stronę, a oni na to: ‘Ya no mas, estamos saliendo de Cusco’. Co oznacza „Już nie jedziemy tam, wyjeżdżamy z Cusco’. Kierowcy, martwiąc się, że możemy nie zdążyć przekroczyć granicy prowincji przed 8 pm, po prostu wzięli decyzję natychmiastowego wyjazdu na siebie. Gdybyśmy utknęli tam na granicy prowincji, to musielibyśmy spać w aucie do 4am. A to nie uśmiechało się nikomu. Nie mieliśmy za dużo opcji, więc przystaliśmy na już podjętą przez kierowców decyzję i po prostu wyjechaliśmy z miasta. Bartek nie chciał nam mówić co powinniśmy zrobić, ale szczerze się martwił, że nasz wyjazd z prowincji spotka się z niepowodzeniem. Dodatkowo wysłał nam wstępne wnioski, które złożył z prośbą o wypuszczenie nas z Cusco prowincji. Pocieszał nas mówiąc, że być może policja nas przepuści, zanim się skapnie, że wniosek jest niekompletny, czyli ostatecznie niezatwierdzony. Mówił, że ta cała szopka, którą odstawiają w Cusco w ogóle nie ma sensu i że policja w ogóle nie chce być ugodowa i nawet z nim rozmawiać zbytnio. Czułam, że Bartek zrobił co mógł i my też, a reszta jest w rękach Jehowy. Jeśli mamy wyjechać to wyjedziemy.
![]() |
| Ostatnie
zerknięcie na moje ukochane Cuzco Przejeżdżając przez różne większe wioski,
zatrzymywali nas co jakiś czas policjanci prosząc o papiery na przejazd.
Wiedzieliśmy, że za około 3 godziny zbliżymy się do głównej blokady wyjeżdżając
z prowincji Cusco i że tam będzie największa przeprawa i może być, że
jakimś cudem nas przepuszczą. Ale może też być, że nas cofną i wrócimy do Cusco
na niedzielę, żeby w poniedziałek rano dopiero zrobić badania i wyjechać znowu
wtedy. Cofnięcie się było dość realnym zagrożeniem naszej wyprawy, i
szczerze mówiąc dość się z tym liczyłam, że właśnie to się wydarzy, skoro
policja zapewniała Bartka, że nas nie wypuści i nie udzieliła nam tego zezwolenia.
Wytłumaczyliśmy sytuację Brytyjce Nancy, która jechała z nami, na co ona do
mnie: „Ja też będę się modlić do waszego Boga Jehowy, bo widać, że On odpowiada
na wasze modlitwy. To chyba jedyny Bóg, który widzę, że działa i odpowiada na
rzecz swoich ludzi. Dobrze, że jadę ze Świadkami Jehowy. Na pewno nic nam nie
będzie i dotrzemy do Limy”. To było niesamowite usłyszeć to z ust osoby, która
od roku należy do jakiegoś zgrupowania Buddystów, a wcześniej ponad 30 lat
miała awersję do jakiejkolwiek religii. Ciekawa jestem, ile to modlitw Jehowa
usłyszał wtedy podczas tej jazdy z prośbą o Jego pomoc wydostania się z Cusco. No więc jedziemy sobie, jedziemy i nagle kierowcy
nas ostrzegają, że za jakieś 10 minut dojedziemy do granicy prowincji.
Przygotowali wszelkie papiery, a z naszej strony modlitw nie było końca. Na
blokadzie było mnóstwo policji, rogatki jak na przejeździe kolejowym, sporo
namiotów i medyków. Taka porządna kontrola i bramki. Policjant podszedł do
kierowcy i zaczął wypytywać o powód podróży, skąd jesteśmy itp. itd. Kierowcy
zachowali zimną krew i na spokojnie podawali różne dokumenty policjantowi.
Właśnie wtedy zadzwonił do mnie Bartek z ambasady zmartwiony i pytający o
przebieg wydarzeń. Gdy się dowiedział, że właśnie stoimy na tym najgorszym
odcinku naszej trasy, to poprosił o oddzwonienie i się rozłączył. Pewnie
też się trochę stresował – w aucie miał sześciu Polaków, których od paru
dni starał się sprowadzić do Limy. Policjant parę minut popatrzył na papiery,
zapytał o coś jeszcze i życzył nam szczęśliwej drogi. Nie zapytał o żadne
badania i zezwolenie opuszczenia Cusco. Bramki się otworzyły i ruszyliśmy pędem
w trasę na Limę. To była dla mnie piękna chwila. O krok bliżej do domu i
rodziny. Możecie sobie tylko wyobrazić ulgę całej załogi i Bartka, który
od razu został poinformowany o sukcesie wydostania się z Cusco. |
W niedzielę rano, ekipa z naszego auta, bez żadnych problemów znalazła się w Limie. Każdy z nas musiał być zawieziony na inną kwaterę w różnych strefach Limy. Pierwsze trafiło na mój adres. Ja wylądowałam u mojej PL studentki Krysi i jej rodzinki. Dzięki ich wspaniałej gościnności, zresztą jak zawsze, miałam gdzie się zatrzymać na jakiś nieokreślony czas, aż będę mogła polecieć do Europy. Wszyscy spokojnie dostali się na swoje kwatery, tylko biedna Ewelina miała poważny problem. Miała się zatrzymać u moich przyjaciół z Limy – Carmen i Pawła. Za każdym razem, gdy jestem z kimś w Limie i potrzebuję kwatery, to zawsze mogę liczyć na ich gościnność. Ewelina jako przedostatnia z ekipy, została odstawiona ze swoimi bagażami pod wysoki wieżowiec Carmen i Pawła. Zaciągnęła swoją ciężką, wielką torbę pod wejście do budynku. Zdezynfekowała swoje buty, ciuchy i zapukała w szybę. Portier wieżowca podszedł do szyby i zapytał Ewelinę o numer mieszkania. Nie wpuścił jej do lobby i poszedł zadzwonić na podany numer mieszkania. Po dłuższym czasie Carmen zeszła do lobby i zaczęła żywo rozmawiać z portierem, po czym dzwonić do administratora budynku. Okazało się, że parę dni wcześniej było jakieś spotkanie administratorów i było zadecydowane, że nikt niemieszkający w budynku nie może do niego wejść jako gość. Chodziło o zmniejszenie ryzyka zarażeń, które łatwo mogą być przyniesione przez gości i ludzi spoza budynku. Ta decyzja została narzucona wszystkim mieszkańcom, ale Carmen nic o tym nie wiedziała, aż do momentu, gdy przyjechała Ewelina. Nie było szans, że portier wpuści Ewelinę do budynku. Po dłuższej chwili Carmen wyszła do Eweliny siedzącej na murku przy wieżowcu i próbowały coś razem ogarnąć.
Ewelina miała jeszcze dwie inne opcje kwatery, ale
bardzo daleko od miejsca, gdzie właśnie była. Od początku kwarantanny, w
niedziele, w całym Peru jest zakaz wychodzenia z domów. Totalny lock down. Należało
mieć specjalne zezwolenia na wyjście z domu lub poruszanie się autem, inaczej
groziła kara 5 tysięcy soli (jakieś 5500 zł). Carmen, powiedziała, że to będzie
bardzo niebezpieczne, żeby Ewelinę zawieźć teraz tak daleko w Limie i bardzo
prawdopodobne, że policja zatrzyma jej auto i wlepią mandat. Ewelina
nie mogła sobie zamówić żadnej taksówki, żeby podjechać do jakiegoś hotelu lub
hostelu, bo po godzinie 4pm taksówki nie miały już zezwolenia na jazdę po
Limie. Nie mogła też ze sobą wziąć bagażu w rękę i iść gdzieś na piechotę, bo
nie była to walizka na kółkach, tylko bardzo ciężka torba podróżna. Nie mogła
też bagażu wstawić do budynku na przetrzymanie, bo nie zgadzał się na to
portier. Ewelina już się przygotowywała, że rozłoży swoja karimatę i śpiwór i
noc przenocuje pod blokiem. Dzisiaj mi to opowiada ze śmiechem, ale wtedy nie
było jej wesoło.
Carmen zadzwoniła do naszych kierowców, prosząc ich, aby cofnęli się po Ewelinę, żeby zawieźć ją w inne miejsce. Byli jedyną opcją, aby legalnie przejechać po Limie i Eweliny ostatnią sensowną nadzieją. Niestety powiedzieli, że już wyjechali z Limy i się spieszą wracać do Cusco, bo ich zezwolenie na trasę miało konkretne godziny i daty. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Nagle do Carmen oddzwoniła siostra z jej zboru, która nie odbierała telefonu wcześniej. Mieszkała niedaleko Carmen i chętnie zgodziła się pomóc w tej nagłej podbramkowej sytuacji. Ewelina mogła się u niej zatrzymać na jakiś czas. Tylko jak Ewelinę tam prze-teleportować? Carmen zdecydowała się zaryzykować i sama zawieźć Ewelinę do tej dzielnicy, gdzie mieszkała ta siostra. Poszła się przebrać i gdy zjechała, Ewelina zobaczyła Carmen ubraną w swój fartuch doktorski. Jest chemikiem medycznym, pracuje w laboratorium przy lekach i przygotowała się na tą jazdę, aby dać jak najmniej powodów policji na zatrzymanie jej auta. Ewelina schowana na tylnym siedzeniu auta, leżała podczas jazdy, aby nikt jej nie zauważył. Ewelina szczęśliwie dostała się do domu Margaret, a Carmen wróciła bez problemu do siebie. Obyło się bez mandatu na 5 tysięcy soli.
![]() |
| Ewelina na tylnym siedzeniu auta Carmen |
W tym samym czasie, po drugiej stronie Peru, daleko
na północy pod granicą z Ekwadorem, była sobie para naszych braci
usługująca tam już 7 miesięcy – Sylwia i Krzysztof.
Na WhatsAppie mamy założonego czata dla wszystkich
usługujących w Peru lub tych, co byli, lub tych co chcą tam wyjechać. Tam się między
sobą komunikujemy i informujemy nawzajem o wszystkim związanym z Peru,
usługiwaniem tam, sprawami migracyjnymi itd itp. Nierzadko na tym czacie
udostępnialiśmy sobie bardzo przydane informacje lub konkretną pomoc. W
maju na tym czacie grupowym zrobiło się gorąco od zapytań i informacji co do
ewakuowania się z Peru.
Też miała sporo komplikacji z dotarciem do Limy
podczas kwarantanny, aby z nami załapać się na jakiś lot do Europy. Tak samo,
jak nam, jej też było ciężko się wydostać z Huanuco. Mówi, że liczyła się z
tym, że to będzie niebezpieczne dla niej samej – kobiety, podróżować do Limy.
Biorąc pod uwagę ciężką sytuację ekonomiczną w Peru - potencjalnym rabusiom
biały człowiek kojarzy się z pieniędzmi i łatwym łupem. Do tego kierowcy,
którzy mieli zezwolenia na ta 8-godzinna trasę do Limy, krzyknęli jej 1000
soli (ponad 1100 zł). Kwota niemała. Parę tygodni wcześniej jej przyjaciel ze
zboru, który był z Limy, ale usługiwał jako starszy w jej zborze, zakomunikował
jej, że stara się o pozwolenie, aby wrócić do domu w Limie, ale nie udawało mu
się otrzymać owego. Nagle w zaplanowany dzień wyjazdu Anity do Limy, ten
przyjaciel dzwoni do niej i mówi, że dostał właśnie zezwolenie i może jechać
razem z nią do Limy, żeby nie jechała sama. Koszty dojazdu też się zmniejszyły
i Anita już się nie bala trasy i podróży, bo jechała z bratem ze swojego zboru.
Mówi, że ewidentnie widziała rękę Jehowy w tym, jak we wtorek rano dostała się
do Limy.
Wyjeżdżając z Cusco, Bartek nas poinformował, że nie możemy się załapać na lot linii Tureckich do Niemiec, bo jest dużo chętnych, więc tylko zabierają Turków, Niemców i osoby, które mieszkają w Niemczech. Nagle jednak wyłoniła się możliwość zapisania się na lot do Paryża. Parę dni wcześniej był lot repatriacyjny do Francji, ale przed samym dosłownie wylotem został on uziemiony w Limie i połowę pasażerów musiało wysiąść z samolotu i nie mogło polecieć. Francja dzień wcześniej zmieniła prawo i pozwoliła na lądowanie samolotów, tylko jeśli samolot przyleci z połową pasażerów, tak żeby w samolocie zachować odpowiedni dystans. Bartek nam mówił, że ponad połowę pasażerów nie wpuścili na ten lot i zostali oni w Limie. Tydzień później Francja wysłała kolejny lot, aby zabrać tych pasażerów i przy okazji innych Europejczyków. Według zaleceń PL ambasady złożyliśmy wniosek i na ten lot, który odbywał się tego samego tygodnia co lot do Niemiec, ale szanse były małe, że się na niego załapiemy ze względu na nagłe restrykcje w samolotach do Francji. W poniedziałek wieczorem dostałam e-mail, że nie załapaliśmy się na lot do Francji, ze względu na liczbę chętnych i ograniczenia.
Już się przygotowywałam na siedzenie parę tygodni w
Limie. Nawet nie przeszkadzało mi to tak bardzo wiedząc, że sobie spędzę
miło czas z moją kochaną Krysią i jej rodzinką. Mieszkają w
bardzo fajnej i bezpiecznej dzielnicy Limy, ich mieszkanie jest sympatyczne i
przestronne, balkon, widok na drzewa i park, także nie miałam na co
narzekać. Nagle we wtorek patrzę, że mam nieodebrane połączenia z PL ambasady.
Oddzwaniam i Bartek mnie informuje, że będzie teraz wysyłał do nas wszystkich e-mail
z informacjami o nowym locie do Amsterdamu. Lot miał być za niecały tydzień, a
że tylko kilkadziesiąt Holendrów na niego się zgłosiło, to jest szansa, że będzie
nawet 200 miejsc dla Europejczyków. Musieliśmy w ciągu kolejnych paru godzin
wypełnić wniosek na ten lot i odesłać go do PL ambasady. Każdy z naszej
dziewiątki, która już znajdowała się w Limie złożył wniosek na ten lot i
mieliśmy się dowiedzieć na dniach czy się załapaliśmy na samolot do Amsterdamu.
Bartek z ambasady miał bardzo dobre przeczucia co do wsadzenia nas na ten lot,
ale ja szczerze mówiąc byłam dość sceptycznie do tego nastawiona i nie robiłam
sobie zbyt wielkich nadziei. Dopiero co dostałam się z przygodami do Limy a tu
już nagle byłby lot do Europy ?!
Od kwietnia, gdy siedziałam na kwarantannie byłam pogodzona już trochę z faktem, że tak szybko do Europy nie wrócę, i że jeszcze trochę czasu minie zanim zobaczę moją rodzinę. Czasem mi było z tym bardzo ciężko i smutno. Myśli jak ciemne chmury nachodziły, że w tak beznadziejnej sytuacji siedzę sama, tak daleko od rodziny, od wszystkich, nie wiedząc, kiedy co i jak. Kocham teren w Peru i szczęśliwie mieszkałam tam prawie 4 lata, ale w tamtym momencie czułam się trochę jakbym była na zesłaniu. Tak dobrze wszystko zaplanowałam - koniec mojej przygody z terenem w Urubambie, właśnie miałam zjeżdżać, zdałam chatę, wszystko wyprzedałam, spakowałam się do kilku walizek. Człowiek się nastawił, że wyjeżdża a tu nagle utknęłam w Peru, i nie wiem na ile. Co prawda podczas kwarantanny nie nudziłam się i miałam ręce pełne roboty z pomaganiem w zborze lub prowadzeniem studiów. Wielu moich studentów chciało studiować dwa razy lub więcej na tydzień. Wcale nie doskwierała mi samotność, a kwarantannę przesiedziałąm w bardzo ładnych miejscach, wśród zieleni z widokami na góry. Jednak, gdybym mogła się teleportować do Europy do rodziny, to bym tak zrobiła bez wahania. Także, siedząc sobie już spokojnie w Limie, idea tak szybkiego powrotu do domu, do rodziny była dla mnie trochę nierealna.
![]() |
| Krysia z rodzinką, u których bylam w Limie |

![]() |
| Prawie cała nasza ekipa z Bartkiem na tyłach |
Po chwili nas wpakowali na autokary i eskortowani
przez policję i wojsko, byliśmy w drodze do bazy wojskowej, skąd miał odbyć się
lot do Amsterdamu. Cała ta atmosfera sprawiała, że się czułam jakbym
była uchodźcą szmuglowanym podczas wojny za granicę. Jakby to były
czasy komuny albo wojenne, o których tyle słyszałam od rodziców i dziadków. W
sumie godzina policyjna, stan wyjątkowy, wojsko i policja się zgadzało, jeśli
chodzi o porównanie. Cały ten czas wysadzania nas z autokarów, ustawiania w
odpowiedniej strefie, sprawdzenia biletów, odebrania bagażów i zapakowania na
samolot się dłużył i był męczący. Jeszcze wtedy będąc już tak blisko wylotu z
Peru, zakładałam, że wszystko się jeszcze może wydarzyć, więc dopiero dosłownie
wchodząc na samolot wrzuciłam na status fotki i zdjęcia, aby znajomi i
przyjaciele wiedzieli co się dzieje i że jednak się udało — opuszczam
Peru. Było to o 4pm po południu, 25go maja 2020 roku. Niezwykle pamiętny dla
mnie dzień, pełen mieszanych uczuć, obaw i nadziei.
![]() |
| Ewelina, ja i Anita w autokarze na wojskowe lotnisko |
![]() |
| Pożegnanie z Pacyfikiem |
![]() |
| Wjazd do bazy wojskowej |
![]() |
| Check-in na lotnisku wojskowym |
Czego mnie uczy to doświadczenie? Chociażby tego,
że Jehowa nas zawsze słucha i odpowiada na modlitwy, a jeśli uzna za
odpowiednie, to nawet od razu. Jehowa bez problemu załatwia nam wszystko, co
potrzebne, aby nam pomóc, nawet gdy wydaje się to prawie niemożliwe. Kolejny
raz zobaczyłam praktyczną stronę tego, aby najpierw pytać Jehowę o Jego zdanie
w jakiejś sprawie, i to nie raz czy dwa, ale aż dostanę konkretną odpowiedź.
A wtedy, gdy ją otrzymam to mogę działać i Go prosić o
pobłogosławienie moich starań. A On to robi. Przypomniało mi to też, że Jehowa
błogosławi nasze starania i konkretne działania. Ze swojej strony robiliśmy
wszystko co było w naszej mocy, aby udało nam się wylecieć z Peru, a to, co nie
było możliwe dla nas, załatwił nam Jehowa. Zamiast siedzieć i czekać biernie na
‘ocalenie’ daliśmy coś Jehowie, co On mógł pobłogosławić. To jak się
zaopiekował każdym z nas, abyśmy mogli bezpiecznie dotrzeć do Limy, a później
do swojego domu w Europie jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem i dowodem, że
na Nim zawsze można polegać i zaufać Mu w 100%. Nie dało się nie odczuć Jego
kierownictwa i pomocy.
Od dziecka znam bardzo dobrze historię przejścia Izraela przez Morze Czerwone i że jeden anioł zabił aż 185 tys. wojowników asyryjskich jednej nocy. Nigdy nie podważałam mocy Jah i tego, że używa jej dla dobra swoich sług. Wiedziałam, że jeden papierek dla Niego lub 'ogłupienie' policjanta na blokadzie to nie problem. Jednak też nie oczekiwałam, że Jah w tej sytuacji na pewno coś zrobi, bo nie mogę oczekiwać, że zaingeruje w każdy aspekt mojego życia, i że zawsze mnie wyratuje z każdej opresji. Zawsze nam da siły, szczególnie duchowe, żeby dać sobie radę z problemem lub sytuacją.
Odczuć, po raz kolejny na własnej skórze, konkretne działanie Jah, jest dla mnie niezwykłym doświadczeniem i motorem do dalszego wysilania się. Chyba to jest najbardziej niezwykłą stroną usługiwania na terenie lub bycia 'needgreater’. Szczególnie wtedy, gdy jesteś daleko od tego, co ci znane, od rodziny, przyjaciół, wyjechałeś tam na potrzeby. Gdy wychodzisz po za swoją strefę komfortu - właśnie wtedy musisz totalnie w 100% zdać się na Jehowę. Wiesz, że tylko Jehowa widzi wszystko z czym się zmagasz, i nie zostawia cię samego. Właśnie wtedy Jehowa raz po raz udowadnia ci, że Jego ręka nigdy nie jest za krótka i trzyma cię mocno swoją silną ręką.
![]() |
| Nie wierzę, że za 2hrs ląduję w Europie |
![]() |
| Wylądowana w Amsterdamie |
Ewelina też ma fajne przemyślenia po tym
doświadczeniu i ‘przygodzie’, którymi podzieliła się ze mną i wami:
” Zdecydowanie to była ręka Jehowy, że zebraliśmy
się w takiej ekipie, w tak krótkim czasie. Ten transport do Limy był zorganizowany
w tak niezwykły sposób, że mimo, iż nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie, jakie
są restrykcje i wymagania, to już było działanie, które tak jakby uprzedzało te
wszystkie problemy, które możemy gdzieś tam spotkać na naszej drodze. To jest
niesamowite jak Jehowa nam pomógł wtedy w tym momencie, bo nikt z nas tak
naprawdę nie był pewny co do tego, czy dobrze zrobimy wyjeżdżając z Cuzco i
wszystko było tak nagle na ostatnią chwilą. Praktycznie wszystko było
zadecydowane w ostatnie parę godzin, czy nawet 30 minut – do końca nie
wiedzieliśmy, czy wjedziemy z Cuzco. To, że wyjechaliśmy z Cuzco, na zasadzie,
że albo przejedziemy, albo nie – poddaliśmy się w 100% pod kierownictwo Jah, bo
sami nie wiedzieliśmy, czy wyjedziemy, czy nie. W niektórych momentach stres
sięgał zenitu.
![]() |
| Margaret, która przyjęła Ewelinę na kwaterę |
Obiecana krótka wzmianka o poznaniu się z Nancy
Z Nancy to było naprawdę przypadkowe poznanie się,
a może i nie? :) Oryginalnie w marcu miałam zdać mój dom w Uru, ze względu na
plany zjazdu na chwilę do Europy. W związku z tym w kwietniu, podczas pandemii,
musiałam się z niego wyprowadzić. Ponieważ Covid-19 mega namieszał i w moich
planach, musiałam opuścić dom, i się gdzieś przeprowadzić na jakiś czas, aż
będę mogła, jak wcześniej zaplanowane, wyjechać z Peru. Parę dni przed
wyprowadzką z mojego domu, poszłyśmy z Eweliną szukać jakiegoś tymczasowego
zakwaterowania w Urubambie. Nie było to trudnym zadaniem, bo w tamtym momencie
w Peru turystyka praktycznie nie istniała i wiele hosteli, hotelów i Airbnb
zostało nagle pustych, a widoków na kolejne rezerwacje w najbliższych
miesiącach nie było.
Modliłyśmy się z Eweliną do Jehowy, aby nam
pobłogosławił nasze poszukiwania i pomógł wybrać odpowiednie miejsce, jeśli
chodzi o naszą duchową rutynę, samopoczucie i dobry Internet do mojej pracy. Na
Internecie przeglądnęłyśmy kilka opcji i wyruszyłyśmy się przejść po Urubambie na
obczajkę, mając nadzieję, że tego samego dnia znajdziemy coś odpowiedniego, a
parę dni później się tam przeprowadzimy. Udało nam się zobaczyć kilka ciekawych
opcji, z których było co wybrać i wracając już do domu, akurat przechodziłyśmy
obok jeszcze jednej Airbnb opcji, która widziałam wcześniej na Internecie.
Skoro byłyśmy tuż obok, postanowiłyśmy zajrzeć jeszcze i tam. Przywitały nas
dwie Brytyjki z Londynu, mówiąc nam, że utknęły tu od miesiąca, gdy uciekły z
Cuzco do Urubamby przed samym rozpoczęciem kwarantanny. Jedna z nich miała
wracać repatriacyjnym lotem do UK za parę dni, a Nancy obawiając się tej
podróży i Anglii ze względu na Covid-19, postanowiła na razie na dłużej zostać w
Peru. Airbnb opcja, gdzie były, miała bardzo słaby Internet i była dość
kosztowna, więc opowiedziałyśmy jej o opcjach hosteli, które znalazłyśmy tego
dnia. Słabo znając hiszpański i okolice zapytała, czy mogłaby do nas dołączyć
na nowy hostel, mówiąc, że w towarzystwie, które mówi po angielsku będzie się
czuła pewniej i raźniej. Wydała nam się bardzo sympatyczną osobą, a widząc
desperacje na jej twarzy chciałyśmy jej pomóc. Potrafiłyśmy sobie wyobrazić,
jak może się czuć obco i samotnie na nieznanej sobie ziemi i to w trakcie kwarantanny
Covid-19. Powiedziałyśmy, że zapytamy w hostelu, gdzie same planujemy się
przenieść, czy mogą jej wynająć jeden pokój, żeby była blisko nas. Właściciele
hostelu się zgodzili, na co Nancy do nas mówi, że spadłyśmy jej z nieba… A może
tak właśnie było…; D
Mieszkałyśmy razem miesiąc, aż do wspólnej
‘ucieczki’ do Limy. Nancy rzadko zaczynała rozmowę na temat kim jesteśmy lub o
naszych wierzeniach. Za to bardzo często udało się nam mieć przypadkową rozmowę
z nią na tematy naszej organizacji od strony technicznej: jak działa, skąd
środki na jej wspieranie, że na całym świecie zebrania w tylu językach, a
uczymy się dosłownie tego samego, jak głosimy itp. W kwietniu była zbiórka
pieniążków na jedzenie dla braci z mojego zboru i razem
z Eweliną miałyśmy przywilej przy tym pomagać, pakować worki dla
braci itp. Przebieg akcji wrzuciłam na mój status na WhatsAppie – zakupy,
ogarnianie worków z jedzeniem i szczęśliwi bracia, którzy je otrzymali. Nancy
obserwowała zdjęcia i filmiki z tej akcji i pewnego dnia zagadała o tym do
mnie. Powiedziała, że się bardzo wzruszyła, gdy zobaczyła jak ludzie w mojej
organizacji zareagowali i chętnie udzielili innym swoim braciom w wierze pomoc.
Powiedziała, że ona też należy do jakiegoś ugrupowania, ale nie można tam
liczyć zbytnio na pomoc. Powiedziała, że pierwszy raz widzi organizację, w
której z miłości do innych szybko się reaguje i chętnie pomaga. Wyraziła chęć
złożenia datku na nasza organizację mówiąc, że to jedyna, która wydaje się jej,
że dobrze te środki wykorzystuje – dla dobra innych, a nie własnych korzyści.
W ostatnią noc w Uru posiedziałyśmy sobie trochę
razem i miałyśmy okazję tak dłużej porozmawiać o tym, kim jesteśmy. Wtedy nam
się zwierzyła, że od małego była w szkole katolickiej i już od wtedy miała
awersję do religii. Przez wiele lat nigdzie nie chciała należeć i dopiero od
roku była jakoś tam zaangażowana w grupę Buddystów. Mówiła, że zainteresowała się
Buddyzmem, bo sama jest osobą, której zależy na dobru ludzi, zwierząt i
planety, a tam w jakimś sensie siebie odnalazła; po różnych przejściach w swoim
życiu.
Opowiedziałyśmy jej nasze historie tego, jak
zostałyśmy Świadkami Jehowy i co nas do tego pobudziło. Przyznała nam się, że
nigdy wcześniej nie poznała Świadków Jehowy i nigdy z nimi nie rozmawiała ani
też nie interesowała się tym, co o nas mówią. Wtedy też nam powiedziała coś
bardzo miłego: że jeśli my reprezentujemy nasza organizację, to jest bardzo
pozytywnie zaskoczona, jakimi ludźmi są Świadkowie i że poczyta sobie na naszej
stronie trochę więcej o nas i o naszej działalności. Przyznała się, że
wchodziła na różne filmiki i artykuły z mojego statusu, które wrzucałam dla
zainteresowanych po ang. i je sobie oglądała lub czytała. Bardzo jej się
spodobały, szczególnie te jak nasza organizacja działa na takich terenach jak
Peru i tłumaczenie Biblii na Keczua itp. Nancy miała możliwość dowiedzieć się coś
o Jehowie i Jego ludzie. Bardzo się cieszyłyśmy z Eweliną, że mimo ostrej
kwarantanny w Peru i lock-down, mogłyśmy wydać komuś nowemu świadectwo o naszej
organizacji i naszym Bogu.






























Czytałam tą relacje jak książkę która wciąga i powiem ci Sara że wzruszylam się ogromnie nawet się popłakałam ,bo rzeczywiście Jehowa chce i może pomagać .wspalniale się ciebie czytało .na pewno ten stres który miałaś ,wy wszyscy trzymało to was w napięciu a jednocześnie zawierzyliście Jehowie naprawdę wspaniałe doświadczenie. mam zamiar przekazać dalej twoją relację żeby też inni bracia mogli się zapoznać z treścią ,żeby poznali jak bardzo można zaufać Jehowie i pomoc otrzymać od niego .dzięki sarunia że mogłam cię poznać że spędziliśmy trochę czasu razem w Peru .ściskam ogromnie mocno nie nie ogromnie mocno bo to nie jest gramatycznie ,strasznie cię ściskam też źle mocno cię ściskam ,tak z całej siły żebyś poczuła .no pozdrowionka
OdpowiedzUsuńWow
OdpowiedzUsuńPrzygoda życia. Naprawdę widać w tym kierownictwo Jehowy :-)
Super że wszyscy wróciliście cali i zdrowi. Oby dalej Jehowa wam błogosławił w kolejnych wyprawach na tereny oddalone. No może już bez covit 19 :-))
Sarcia dzięki że napisałaś tego posta. Ta przygoda wzmocniła moją To tylko jeden z wielu artykułów na ten temat. Dziękuję, że znalazłaś czas by napisać ten post.
OdpowiedzUsuńJakuba 1:12
OdpowiedzUsuń