Jeśli chcesz jechać na teren z potrzebami i poczuć prawdziwą Peruwiańską służbę-prowincja to strzał w samo sedno. Masz do wyboru dżunglę, wybrzeże lub góry; a te ostatnie do wyboru na różnych wysokościach.
Pamiętam jak w 2015 przemierzałam w służbie uliczki Cuzco i marzyłam o tak zwanych wyprawach na głoszenie w jakieś oddalone, rzadko opracowywane tereny.
Gdy pod koniec mojej 2-miesiecznej wyprawy do Peru w 2015, poznałam Urubambe, tamten zbór i tereny – wiedziałam, że, to jest to!!! Oddalone tereny zboru Urubamba to jest coś, czego bym nie zamieniała na żaden zbór Limy, czy innego miasta. Reakcja ludzi, którzy mają okazję słyszeć prawdę po raz pierwszy, raz na rok albo rzadziej, spotkanie z naturą, zieleń, góry, wyprawa, plecak, górskie buty, namiot, kąpiel w jeziorze lub gorących źródłach – czy można chcieć czegoś więcej?
Wielu z was od jakiegoś czasu mnie zagadywało i pytało czemu przestałam pisać na blogu…. Ciężkie pytanie i sama nie wiem co na to dopowiedzieć. Uwielbiam pisać dla was i to chyba jedyny jakiś taki skryty mój ‘talent’ – jeśli tak to można nazwać…. Śpiewać czy malować nie umiem i na niczym grac… chyba że na nerwach. Choć całe życie dorastałam przy wybitnym śpiewaku i grajku – moim tacie. Gra niesamowicie na gitarze, a takie to ze mnie ‘niemądre’ żeby nie powiedzieć ‘głupkowate’ młodociane było, że nie wykorzystałam możliwości nauczenia się gry na gitarze – która w gościnnym zawsze zajmowała poczesne miejsce i w ruchu była non stop….
Wracając do pisania….
Wiele razy się zabierałam za pisanie i mam wiele rozpoczętych postów…. Jakoś życie i różne jego bolączki (wiem - wiekszość myśli że mieszkam prawie jak w raju i usługuję na ciekawym terenie.. co prawda, to prawda, ale tu też życiowych wybojów nie brak…), wiec tak oto spychałam ten blog na dalszy plan, ale właśnie skończyłam jeden z moich postów. Mam nadzieje ze się wam spodoba
No to zaczynamy……
Coś co kocham odnośnie miejsca i zboru gdzie jestem to służba
na terenach oddalonych, w której regularnie biorę udział. Mój zbór w Urubambie
ma ponad 80 terenów oddalonych, które jeśli to możliwe, powinny być
opracowywane chociaż raz na rok. A jak jest w rzeczywistości? Wiele z tych
terenów są tak słabo dostępne lub niewiele osób ze zboru może się wybrać w te
miejsca – że co rok lub półtora są odwiedzane.... A te ekstrymalnie niedostępne
raz na 2-4 lata…. Coś, co mnie najbardziej porusza, gdy jestem na takiej
wyprawie to ludzi docenianie, że dotarłeś na ich oddalony, często totalnie
odcięty od świata teren. Nie wspominając o cudownych okolicach, które po drodze
mijasz. Będąc otoczonym taką przyrodą - czujesz, że jesteś bliżej Boga. To
naprawdę niesamowite uczucie drałować po takim zapomnianym przez świat miejscu,
gdzie nie ma prądu, kanalizacji, często drogi przejazdowej, a najbliższe sklepy
są oddalone o jakieś 3hrs drogi lub dłużej. Niektóre z tych terenów można
ogarnąć w jeden dzień, a na inne potrzeba 2 lub więcej dni, często z noclegiem
w koczowniczych warunkach tam na miejscu.
Już jakiś czas się zabieram do opisania wypraw na oddalone,
rzadko opracowywane tereny Urubamby. Najwyższy czas zabrać was ze sobą w tą
podróż. Będzie więcej zdjęć niż czytania — przeto one warte więcej niż tysiąc
słów. Także miłego oglądania
Pierwsze tereny oddalone, na które ruszyliśmy małą grupką to była oddalona
o ponad godzinę wioseczka Rumira; przy rzece i torach, po których jeździ pociąg
do Machu Picchu. W 8-osobowej grupie ruszylismy, żeby ogarnąć ten teren, który
nie był opracowywany ponad 6 miesięcy. Fajne są reakcje ludzi na dobra nowinę,
w miejscach, gdzie Świadkowie nie bywają za często. Chętnie słuchają i oglądają
filmiki. Częste rozmowy przy drzwiach to 10-25 minut i później szukamy siebie
nawzajem po wiosce, żeby dołączyć do grupy, która jest gdzieś na przedzie.
Opracowywaliśmy wtedy na zmianę — domek za domkiem, po jednej stronie ulicy i
wracaliśmy do punktu wyjścia opracowywując drugą stronę. W takich maluteńkich
wioseczkach domy najczęściej są skupione przy ‘głównej’ drodze rzadko
asfaltowej. Ludzie są zaciekawieni intruzami, zawsze mili i grzeczni, witając
się po drodze z przybyszami. Mieliśmy parę bardzo dobrze rokujących rozmów i
ludzie chętnie reagowali na zaproszenie na zebrania! Nie mieszkają aż tak
daleko od Urubamby, wiec jest szansa, że mogą nas odwiedzić. Jedyny problem to,
że to miejsce jest dość słabo dostepne — rzadko jeżdżą tam autobusy czy inne
środki transportu, także nie za późną godziną musieliśmy się zawijać, aby mieć
w ogóle możliwość wrócić.
Sara głosi w drodze na teren
ludzie chętnie słuchają i dziękują za wizytę
nasza grupka
Wielu ludzi nie było w domach, tylko w polu, więc do takich docieraliśmy podczas ich pracy
Nikogo nie omijamy
Jesus głosi dziewczynce, która wraca do domu ze szkoły
odpoczywamy po długiej drodze
czas wracać do domu
**************************************************************
Moją pierwszą dłuższą wyprawą to było w
11-osobowej grupie na dwa dni na tereny Lares.
Z samego rana około 6am
wybraliśmy się busem do wioski oddalonej o jakieś 30 minut i stamtąd w 3-godzinną
podróż do Lares. Podróż do Lares to wspinaczka samochodem na wysokość ponad
4000m npm, krętą drogą górską, mijanie lasów i dolin, aż w końcu zajeżdżasz do
miasteczka Lares na wysokości 3150. My zjechaliśmy poniżej miasteczka, do
wioski, na wynajętą kwaterę, przy gorących źródłach. Zostawiliśmy nasze wielkie
plecaki, przepakowaliśmy się do mniejszych, a kierowca busa, za wcześniejszą
oplata, zawiózł nas w górę do zabitej dechami malutkiej wioseczki, o której
świat chyba zapomniał. Była oddalona o jakieś 30-45 min drogi autem i należała
do terenów Lares, które słynną z naturalnych gorących źródeł. Ta malutka
miejscowość – Wakawasi, na wysokości 3900m npm, to raptem 20-30 domków
rozsianych po wielkim terenie w dolinie i po górach. Nie jeżdżą tam żadne autobusy
ani zbytnio jakiekolwiek auta, wiec na kwaterę, czekała nas przeprawa z
powrotem na piechotę . Na tej wysokości było dość zimno i brak słońca, wiec
ciepły płaszcz i buty były jak znalazł. Najazd 11-osobowej grupy, składającej
się z paru białych twarzy i blond głów, na wioskę gdzie nie pojawiają się
turyści ani przypadkowi goście – od razu wywołał ciekawe poruszenie. Zbiegła
się grupka dzieci, która od razu oglądnęła serie filmików o Piotrusiu i Zosi.
Pierwsze co w tej scenerii mnie urzekło to wolno pasące się stada alpaczków.
Uwielbiam te zwierzątka, wiec automatycznie mnie ciągnęło w ich stronę i
biegłam za nimi próbując je dogonić, żeby choć przez sekundkę pogłaskać.
Dogonić je nie było szans — bały się mnie i uciekały, a że szybkie i zwinne po
tych górach hasały sobie. Ekipa tylko ubaw ze mnie miała obserwując goniącą
blondynkę za alpakami. Nie mogłam się powstrzymać. Pasły się ich setki tam w
Wakawasi. Choć było to wysoko w górach, przez co zimno i często padał deszcz –
grube, ciepłe futro tych zwierzątek idealnie się sprawdzało na tej wysokości.
Parę domków, które były rozsiane w dolinie zostało podzielone
na pary. W tej wiosce mało ludzi mówiło po hiszpańsku większość po Keczua,
także byliśmy zazwyczaj w parach z kimś, kto, choć w minimalnym stopniu posługuje
się tym językiem. Cel naszej wizyty to było pokazać filmy w języku Keczua,
zostawić publikacje i powiedzieć, że najbliższe zebrania odbywają się w
Urubambie, i gdyby kiedyś się zdarzyło im tam być to zapraszamy na zebranie w
języku Keczua. Ludzie żyją tam w niezwykle skromnych warunkach, mają lepiony z
gliny domek, najczęściej jedna izba, w której śpią i gotują, a na zewnątrz
kibelek – dziura w podłodze, i zlew, w którym się myją i piorą ubrania. Raczej
łazienek z prysznicem tam nie ma (o wannie w Peru na prowincji w ogóle
zapomnij) i ludzie się tam raczej nie myją. Widać to było po nich: brudne
ubrania i stopy, które były odkryte, bo wszyscy noszą tam słynne sandały z
opon, które są bardzo tanie, a trwałe, bo noszą je ludzie nawet latami. Także nieważne
czy zimno, czy ciepło, śnieg czy słońce – lokalna moda to te właśnie
niezniszczalne sandały. Temperatura była może +5*C, a dzieci ubrane tylko w
sweterek, często z brzuszkami wystającymi spod sweterka, i tylko te sandałki.
Wszystkie miały czerwone, popękane policzki i większości kapało z noska.
Zapytałam czemu te dzieciaczki mają takie buzie czerwone. Powiedziano mi, że te
dzieci w górach są bardzo zaniedbane, nie mają wystarczająco ubranek, kurtek i
marzną tam. Jak świeci słońce to pali im te buzie, a jak
temperatura spada wieczorem lub w nocy, to marznie im skora i pęka. W Peru, w
górach, w takich odciętych od świata wioskach bardzo dużo małych dzieci umiera
na zwykle przeziębienie, kaszel lub grypę, które są nieleczone i w końcu te
dzieciaczki umierają na zapalenie oskrzeli lub opon mózgowych. Rząd peruwiański
zapewnia, że pomaga tej ludności w górach i wysyła tam pomoc humanitarną w
postaci ciuchów i leków, ale znając peruwiańską korupcję, wątpię, że coś
dociera tam do tych najbardziej potrzebujących.....
Misael, który rozdzielał nas na terenie, wybrał cztery z nas,
które miały więcej siły i poprosił, aby razem z nim udać się w górę, do daleko
oddalonych domków. Było ich tam może ze 3, ale z oddali nie było dobrze widać.
Reszta została opracowywać dolinę. Idąc po zboczach gór, natknęliśmy się na
Mario Emanuel - 12letni chłopczyk, który wyprzedzał nas i szedł w stronę gdzie
się właśnie udawaliśmy. Ku naszemu zdziwieniu super mówił po hiszpańsku,
którego się nauczył w szkole. Wydaliśmy mu świadectwo i zapytaliśmy go ile
domów jest tam schowanych w górze. Powiedział, że 4 – jego, ciotki, i 2
sąsiadów. Szedł odprowadzić konia do zagrody i powiedział, że zaprowadzi nas
skrótami i że chciałby, abyśmy odwiedzili jego dom i rodziców. Przesympatyczny
chłopczyk, z którym całą drogę rozmawialiśmy o prawdzie i Bogu. W pewnym
momencie Misael rozdzielił nas na dwie pary i kazał jednym iść w jedną stronę,
a drugiej parze dotrzeć do innych domków. Wspinaliśmy się ponad 40minut na
wysokość ponad 4000m npm, żeby dotrzeć do tych zaledwie kilku domków. Złapał
nas deszcz i było zimno, plus zadyszka i szybkie bicie serca – ciśnienie się
podnosi, gdy na tej wysokości wspinasz się i szybko pokonujesz kolejne metry
npm. Zrobiłyśmy sobie przerwę z Keren na ciepłą herbatę. Patrzyłam z góry na
wioskę w dole doliny i odstęp, który jeszcze nas dzielił do tych domków.
Pomyślałam sobie, że to niesamowite jak Jehowie zależy na każdym człowieczku,
żeby miał możliwość poznać prawdę. Nawet w tak oddalonym miejscu, domek skryty
w górach za skałą, ledwo widoczny z dołu. Tutaj też docieramy!
Skręciłyśmy z Keren w stronę domku, który ledwo wystawał zza
płotu zrobionego z kamieni. Wyglądało to nam na zagrodę dla alpaków, ale ku
zdziwieniu, był tak skryty mały domek, ale zero ludzi. Krzyczałyśmy ‘dzień
dobry’, żeby zwrócić uwagę na siebie i oto nagle wyszło 3 mężczyzn, którzy
najpierw stali w oddali przyglądając się nam dziwnie, w stylu ‘co tu robią te
kobiety i biała twarz?’ Po chwili doszedł jeszcze czwarty. Trochę poczułam się
nieswojo otoczona czterema mężczyznami i tylko my dwie z Keren. Gdyby tak było
w Europie albo znanym mi świecie zachodnim, pewnie dawno bym sobie dała spokój
i zawinęła się, żeby nie zostać napadnięta albo jeszcze cos innego. Ale nie
tu..... ci mężczyźni bardziej się mnie bali i wstydzili i Keren długo z nimi
rozmawiała przez płot, zanim dali się namówić na podejść bliżej i oglądniecie
filmików. Keren otworzyła broszurę w tablecie i w Keczua omawiała z nimi
akapity z rozdziału ‘, jakie zamierzenie ma Bóg co do ziemi’. Zadawała
chłopakom na zmianę pytania i jeden przez drugiego rwał się do odpowiedzi.
Pokazałam im parę filmików, które chętnie oglądali i komentowali. Było zimno,
mokro i padająco, ale to nie zniechęciło tych mężczyzn do uczenia się o Bogu.
Chętnie przyjęli literaturę i podziękowali za wizytę. Sobie pomyślałam ‘Wow,
ale fajny odbiór był, a bałam się zbliżyć do nich...’
Głosiliśmy po drodze sąsiadce i po jakimś czasie dotarłyśmy
do dziewczyn, które właśnie były na posesji Mario-Emanuela. Misael był
zaproszony do środka, aby w języku Keczua rozmawiać z kobietami w środku –
matka i ciotka Mario. Żegnaliśmy się z Mario, który bardzo dziękował za wizytę,
schodzimy, gdy nagle za nami Mario krzyczy ‘Stójcie, moja ciotka chce wam coś
dać’. Ta pobiegła za nami i dała nam z miski kilkanaście ciepłych ziemniaków,
które właśnie ugotowali w ognisku. Powiedziała: ‘Na drogę, żeby wam nie było
zimno’. Sympatyczni ludzie, którzy na wszelkie sposoby chcieli nam okazać
wdzięczność za wizytę. Tak wyposażeni w cieple ziemniaki, zaczęliśmy schodzić z
góry w dol do doliny, aby dołączyć do naszej ekipy na lunch. Rozpogodziło się
wiec mogliśmy cieszyć się wspaniałymi widokami okolicy.
Po lunchu zostało nam kilka domków w okolicy. Udając się do
początków wioski, spotkać się z reszta grupy natknęłyśmy się z Keren na malutką
dziewczynkę, która siedziała przed domem. Powiedziała nam, że czeka już długo
na rodziców, aż wrócą z pracy. Miała może 4-latka. Pokazałyśmy jej filmiki o
Zosi i Piotrusiu i wręczyłyśmy literaturę dla niej i rodziców. Na początku
wioski spotkaliśmy się z cala reszta grupy i zaczęliśmy udawać się w ponad
2-godzinna drogę na pieszo, do kwatery. Do tej wioski totalnie nic nie jeździ,
wiec czekał nas długaśny spacer późnym popołudniem, na szczęście w dól, a nie w
górę. Po drodze mijaliśmy jakieś rozsiane totalnie domki, gdzie głosiliśmy, a
także ludzi, którzy wracali do domów. Prawdopodobnie to ich nie zastaliśmy tam
w Wakawasi, wiec nie omieszkaliśmy wydać im świadectwa teraz łapiąc ich na
drodze. Droga do domu to był wspaniały spacer górski, między laskami i górami.
Gdy dotarliśmy na kwaterę, która graniczyła z płotem gorących źródeł Lares,
przebranie się i wskoczenie do gorących basenów – było kwestią chwili. Cudowne
rozluźnienie i odpoczynek mięśni w gorącej wodzie to było to, czego nam trzeba.
Tym bardziej, ze na drugi dzień czekała nas kolejna przechadzka i głoszenie w
kolejnej malutkiej wioseczce. Po rozgrzaniu się w gorących basenach dostało się
nam energii i cala ekipa pograliśmy piłką w wielkim basenie z chłodną wodą.
Co
za genialnie zakończony dzień wspaniałego głoszenia w Wakawasi!!!
tak dobrze widzisz.... tak wygląda toaleta wielu Peruwiańczków, nawet w Świętej Dolinie gdzie mieszkam - dwie stopy odlane w betonie i dziura
Alpaczki - uwielbiam te zwierzątka
za Betty ta budowla to nie stodoła tylko dom
to jest dom Mario
ciepłe ziemniaki w tą zimnice mniaaaaaam
Chłopczyk zagania alpaki
Na drugi dzień z rana, znowu opłaconym vanem, pojechaliśmy do wioseczki – Kunkani. Jeśli poprzedniego dni byliśmy w wiosce odciętej od świata, to co tu powiedzieć o tej! Równie zabita dechami, urocza wioseczka, gdzie nic nie jeździ, a ludzie żyją w swojej zamkniętej społeczności. Zostaliśmy podzieleni na pary i grupy, jedna obchodziła jedną stronę wioski, a druga przeciwna. Dziewczyny zaczęły od szkoły gdzie dostały pozwolenie na wyświetlenie kilku filmów o Piotrusiu w klasie, która się właśnie tam odbywała. Reszta grupy ruszyliśmy w gore wioseczki – kilkanaście domów rozrzuconych w stronę lodowca. Przedzieraliśmy się przez pola i laki, czasem domy ludzi, bo nie było żadnej innej konkretnej dróżki czy ścieżki, lub strumień/rzeka była przeszkoda. Co za cudowne widoki były wszędzie dookoła, a przed nami cały czas roztaczał się widok na ogromny lodowiec.
Nie wszystkich udało nam się zastać w domach, ale udało nam się dotrzeć do wielu ludzi w ich pracy – na polu, lub przy zaganianiu alpaczków. To było niesamowite patrzeć jak 3 lub 4 osoby biegają wokoło alpaków, wręcz skaczą jak łanie po tych górach w sandałkach z opon i zaganiają wielkie stada alpaków. Często udało nam się złapać jednego lub dwóch zaganiaczy i im pogłosić choć chwilkę. Później schodząc z góry z powrotem do ‘centrum’ wioski, mijaliśmy wielu ludzi, którzy wracali do domów i mieliśmy okazje im pogłosić, pokazać filmy i pozostawić literaturę. Gdy się spotkaliśmy z całą ekipą, zjedliśmy sobie lunch i ruszyliśmy w drogę powrotną na kwaterę.
Czekała nas ponad hr wędrówka z góry do miejsca, gdzie kwaterowaliśmy i była to wąska ścieżka górą, na której, raczej były słabe szanse spotkać ludzi, a tu ku naszemu zaskoczeniu, albo to pan pilnujący owiec, albo mała dziewczynka wracającą ze szkoły do domu, i tak co jakiś czas spotykaliśmy kogoś na tej krętej małej dróżce. Tak odcięte od świata miejsce, a może tu ktoś usłyszał o prawdzie po raz pierwszy. Dzień znowu zakończyliśmy w genialny sposób – odpoczynek w gorących źródłach.
To była wspaniała kampania.
*****************************************************************
Kolejna nasza wyprawa była na jeden
dzień do Chillca. Bardzo, bardzo wcześnie rano wzięliśmy najpierw jeden bus, a
później drugi, aby dotrzeć do sporo oddalonej wioski ukrytej między górami,
lasami i lakami. Jak tylko zobaczyłam to niesamowite miejsce wiedziałam, że to
będzie cudowny dzień! Nie mogłam się bardziej mylić! Właśnie w tym miejscu
została uchwycona moja ulubiona Peruwiańska fotka, która pięknie dekoruje ten
blog! W tym miejscu ostatnim razem głoszono ponad rok lub więcej temu, także
reakcje ludzi odzwierciedlały ich duchowy głód. Podzieliliśmy się na małe
grupki po 2 pary i razem ruszyliśmy przez wioskę. Na koniec tej wioseczki
przedzieraliśmy się przez posiadłości ludzi między laskami i polami. Przepiękne
okolice – chcesz usiąść na chwile i się rozglądać dokoła i podziwiać piękno
natury! Zawsze w takich miejscach czuję się bliżej Jehowy. Nie da się nie
zauważyć Go w tym wszystkim, co wspaniałego stworzył. Ze też człowiek śmie
podważać Jego istnienie.... lub Jego miłość do ludzi..... W Chillca
był super odzew i ludzie byli bardzo zainteresowani. Przy każdych drzwiach,
jeśli tylko ktoś był, przeprowadzało się owocną rozmowę, puszczało filmik i
odpowiadało na pytania zaciekawionych i głodnych prawdy ludzi. Z wieloma z nich
można by założyć studia..... ale niestety nie jest to możliwe. Na tych
oddalonych terenach zapoznajemy tych ludzi z wolą Jehowy, pokrzepiamy dobra
nowina i obietnicami na lepszy świat. Zostawiamy publikacje, pokazujemy stron
internetową i zapraszamy na zebrania do Urubamby. Ponieważ Urubamba jest
stolica Świętej Doliny – większość ją zna i co jakiś czas wpada tam, także
opcja odwiedzenia naszej Sali Królestwa nie jest opcja totalnie niemożliwą.
Niestety na tych dalekich terenach nie zakładamy studiów.... Idea prowadzenia
studium przez internet (Skype itp.) często odpada z możliwości, ponieważ oprócz
młodszego pokolenia, ludzie nie mają tam internetu czy nawet telefonu, żeby się
z nimi skontaktować. Natomiast możliwość powrócenia tam, żeby z kimś prowadzić
studium – wybiega poza ramy możliwości – jest to bardzo daleko i kosztuje, a
braci lokalnych często nie stać żeby na takie kampanie pojechać... Dlatego te
tereny są ‘oddalonymi terenami’ rzadko opracowywanymi.
Zawsze sobie wtedy myślę ‘Jehowa bada ich serca i zdecyduje
co się z tymi osobami stanie. Ja mam tu do nich dotrzeć i dać możliwość Jehowie
wglądnąć w ich serca!’. Zdaje sobie sprawę, ze być może nigdy nie zobaczę na
własne oczy rezultatów naszej służby na oddalonych terenach – no bo jakie są
realne szanse, ze ten ktoś w ogóle chciałby przyjeżdżać tak daleko na zebrania?
Mieć studium? Niesamowite jest to ze Jehowa jest ponad to wszystko i wtedy
przestaje się martwic o te zainteresowane osoby – Jehowa nad tym czuwa, a my
jesteśmy tylko narzędziami w Jego rekach. Robimy to, co możemy, a Jehowa się
zajmie reszta. Ta myśl wielce uspokaja i pomaga mieć pozytywne nastawianie do
tej całej pracy, wysiłku wkładanego, całej tej dalekiej podróży, trudu,
odcisków na stopach, czasem przemarznięcia, bolących mięśni czy w moim wypadku
przypalonej od słońca twarzy lub rak. To naprawdę nic, totalne nic w porównaniu
z satysfakcja tego, co się robi dla Jehowy i tych ludzi. Kolejny wspaniały
dzień wypełniony po brzegi służbą i tym, co najfajniejsze – czas z przyjaciółmi
w pięknych górskich okolicach !
cudowne miejsce !
Chwila na odpoczynek
"dobrą nowinę rozgłasza ogromna rzesza kobiet"
Cudowne miejsce, do którego powrócimy
****************************************************************
Krótko, po tej wyprawie udaliśmy się w mniejszej ekipie na jednodniową
wyprawę do San Juan – maciupeńka wioska het w górach, do której można się
dostać tylko wspinając się – żadnych dróg, ani dojazdu jakiegokolwiek.
Ze względu na teren, do którego ciężko się dostać, ostatnim
razem był opracowywany jakieś ponad półtora roku temu. Z Urubamby udaliśmy się
do pobliskiego Yukay i stamtąd czekał nas cały dzień na piechotę.... Gdybym
wiedziała, na co się pisze ........ Najpierw był sympatyczny spacer ładna
zielona ścieżka przy strumyku, która wprowadzała w gęsty las, którym były
porośnięte góry, na które zaczęliśmy się wspinać. Czasem cienka droga między
drzewami, stroma gdzieniegdzie. Dowiedziałam się, że czeka nas prawie
4-godzinna wspinaczka pod gore, żeby dostać się do max. 15 domów ukrytych w
lesie na zboczu jakby przełęczy dwóch połączonych gór. Trasa między innymi
oznaczała przedrzeć się jakby przez dolinę położoną na wysokim pułapie i wspiąć
się wyżej. Podczas większego odcinka trasy nie było ani jednego domu, ale jakoś
się tak złożyło, że co jakiś czas mijali nas ludzie z osłami (chyba z tej
wioski). Mieliśmy okazje ogłosić tym ludziom, tym bardziej biorąc pod uwagę, ze
może w domach byśmy ich nie zastali. Muszę przyznać, że wspinać się z wysokości
3000m npm na ponad 4000m npm to nie lada wyczyn. Czujesz, że nawet lekki plecak
to ładunek prędzej dla osła niż ciebie na tej wysokości. Nie wspominając o tym,
że miałam źle, śliskie obuwie na taką trasę/wspinaczkę, nie mając pojęcia gdzie
będę głosić.
Chłopaki pomogli mi z plecakiem, bo na tej wysokości zwykłe ‘iść’
to naprawdę było coś dla mnie. W takim momencie uśmiecha się kondycja i odzywa
brak regularnego ćwiczenia. Myślisz sobie – biorę się za siebie, nie będę sobie
siary robić, ze nie wejdę pod tą górkę. Gdy minęliśmy dolinę i wspinaliśmy się
wyżej, było trochę domów porozrzucanych po zboczu góry. Idąc ta trasa, do na
maksa odciętej od świata mieścinki, zastanawiałam się jak to jest, że ci ludzie
sobie tam normalnie żyją, żadnego sklepu, drogi, lekarza, nic. Żeby dostać
cokolwiek z miasta to muszą iść tą trasą co my na dół i wracać, chyba cały
dzień na to muszą poświęcić. W ogóle, ze ktoś odkrył, ze tam hen w gorze, na
zboczu gór mieszkają ludzie. Są na naszym terenie, co oznacza, że Jah o nich
nie zapomniał i wysyła nas tam. Gdy dotarliśmy do tego miejsca, podzieliliśmy
się na pary i poszliśmy do tych kilku rozsianych domków, schowanych w zboczu
gór, w lesie, za pagórkiem. Niestety mało ludzi zastaliśmy w domach, także
wszędzie pozostawiliśmy w furtkach i bramach nasze czasopisma i traktaty dla
mieszkańców. Gdy udało nam się spotkać kogoś w domu, to chętnie słuchał i był
zainteresowany, dlaczego ktoś zechciał przyjść z daleka.
Ludzie są tam wierzący
i chętnie słuchają informacji z Biblii. Przed powrotem zrobiliśmy sobie
przerwę, żeby cos zjeść. Usiedliśmy na lace między drzewami i podziwialiśmy to
odcięte od świata miejsce. Spokój i totalna cisza. W tej wioseczce spędziliśmy
może godzina max. 2 i trza było zawijać się ze stamtąd, żeby zmierzch nas nie
złapał po drodze, bo mogłoby być niebezpiecznie schodzić jak się robi ciemno.
Po drodze, gdy schodziliśmy mijaliśmy ludzi, którzy wracali być może z Urubamby
do swoich domostw, wiec nikt nam nie ‘uciekł’ i nie był ‘oszczędzony’.
Zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do Uru. Kolejny na maksa wykorzystany dzień
w służbie. Nie był to łatwy teren, ale poczułam jak Jah patrzy na nas i mówi:
„Dobra robota moji współpracownicy. Odhaczam ten teren z listy”!
Kolejna wyprawa pobiła wszystkie inne i
nie miała na razie sobie równych. Wybierając się na nią nie mieliśmy pojęcia co
za prawdziwa wędrówka przez góry/doliny nas czeka. Na ta 3-dniowa wycieczkę
trzeba było przygotować się szczególnie. Czekały nas 2 dni konkretnej
dolino-górskiej wędrówki miedzy 8-12 hrs na dzień. Ze względu na miejsce
totalnie odcięte od świata, żadnej gospody, gdzie się można przespać — dwie
noce były zaplanowane na namioty, także ekwipunek, który zawierał jedzenie na
dwa dni & śpiwory, namioty itp. itd. — trza przyznać sporo ważył. Ze
względu na teren dostaliśmy wszyscy instrukcje na ubranie się tylko i wyłącznie
w wygodna i ciepła odzież – zero spódnic.
O 5 rano spotkaliśmy się 17-osobowa
grupa na terminalu i udaliśmy w stronę Ollantaytambo, skąd wynajętym vanem
wyruszyliśmy w prawie 5-godzinna podróż do naszego punktu wyjścia. Jechaliśmy
przez totalne odludzie, gdzie czasem się ukazał jakiś dom lub gospodarstwo.
Sobie myślałam: „wow, naprawdę w tych czasach głosimy aż do najodleglejszego
miejsca na ziemi”. Kierowca dotarł na szczyt pewnej góry i poinstruował, że
może nas zawieźć w dol do doliny, gdzie jest ciupeńka wioseczka, ale nie będzie
na nas czekał, aż skończymy głosić, tylko nas tam wysadzi i zostawi.
Problem polegał na tym, ze później z tej
wioski musimy wrócić na ta gore, wspinając się 2-3 hrs, z powrotem do punktu
wyjścia, bo później ruszamy w dół góry, w odwrotną stronę od wioski, gdzie
mieliśmy zacząć głoszenie. Sama wspinaczka pod gore nie jest problemem, ale z
ładunkiem 3-dniowym, namiotami itp. – na sama myśl robisz się już zmęczony
hehehe. Brat, który miał w swojej pieczy cala grupę, zadecydował, że dwie osoby
zostaną na gorze za całym ekwipunkiem ekipy, a reszta pojedzie z kierowca do
wioski, opracuje wioskę i wróci do punktu spotkania, na gorze. Było to rozsądne
rozporządzenie i tak właśnie zrobiliśmy. Opracowanie wioski zajęło nam może 30
minut.
Nie zastaliśmy za dużo osób w domach;
wielu było gdzieś na polach w pracy lub dużo domów tez było opuszczonych i
niezamieszkanych. Gdy skończyliśmy czekała nas spora wędrówka pod gore kreta
droga, nieraz udawaliśmy się na skróty w poprzek góry. I wtedy nagle wydarzyło
się cos niesamowitego! Przez tą odciętą od świata, na totalnym odludzi wioskę
właśnie przejeżdżał autokar. Od paru godzin nie widzieliśmy żadnego totalnie
auta, ponieważ tamtędy totalnie nic nie przejeżdża, jest to kompletne odludzie,
a tu nagle autokar. Oczywiście z prędkością światła zbiegliśmy z góry na drogę,
aby zatrzymać autokar. Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu kierowca zgodził się
za małą opłatę za każdą osobę, żebyśmy weszli do autokaru i zabrali się z nimi
na gorę. Autokar jechał z jungli do Cuzco i już parę dobrych godzin był w
trasie. Cały był załadowany ludźmi i dziećmi. Jedyne miejsce dla nas to było stać
na środku autokaru między rzędami siedzeń, także cała nasza grupa stała w linii
pomiędzy siedzeniami. Ludzie się nam przyglądali z zainteresowaniem – biorąc
pod uwagę, ze nagle tyle białych twarzy w autobusie. Wtedy to wpadliśmy na
pomysł, żeby wykorzystać sytuację i pogłosić wszystkim w autobusie!
Musielibyście zobaczyć co się działo w autokarze!
Ludzie wyciągali do nas ręce po więcej
literatury zadawali pytania, czytali z nami Biblie, tablety i telefony latały w
ta i spowrotem, bo wszyscy chcieli oglądać filmiki z naszej strony. Nieraz parę
rzędów na raz oglądało jakiś filmik! Jeden mężczyzna, któremu głosiła Beatka,
oglądnął filmik, przeczytał werset i zaczął płakać, mówiąc, że już bardzo długo
szuka Boga. To, co się wydarzyło w tym autokarze było niesamowite, ciężko mi
opisać uczucia, które mi wtedy towarzyszyły! To jak nagle na tym totalnym
odludziu znalazł się ten autokar ludzi jadących z kolejnego totalnego odludzia
– dżungli i wszyscy meli otwarte serca na prawdę! Byłam pewna, ze Jah chciał
żebyśmy się znaleźli w tym autokarze. Może ci ludzie właśnie pierwszy raz
słyszeli o prawdzie i my ‘przypadkowo’ znajdując się w tym autokarze możemy ich
zapoznać z dobra nowina! To było niesamowite doświadczenie, które do dziś
sprawia ze mam gęsią skórkę na myśl o tym autokarze! Gdy dojechaliśmy na szczyt
i mieliśmy opuścić autokar ludzie nie chcieli żebyśmy wychodzili, mieli wiele
pytań i chętnie słuchali dobrej nowiny! Długo jeszcze tego dnia rozmyślałam, o
tym, co za wspaniały przywilej jest być narzędziem w Jehowy rekach i znaleźć
się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, żeby ludziom nieść dobra nowinę!
U góry spotkaliśmy się całą grupą i zjedliśmy wspólnie lunch.
Czekała nas teraz długa wędrówka piechotą do miejsca, gdzie mieliśmy się zacząć
wspinać i przejść przez górę aby dojść do laguny, przy której mieliśmy
obozować na noc. Nagle kolo nas przejeżdżało auto, które miało duży bagażnik.
Chłopaki zatrzymali auto i zapytali, czy zabierze część grupy w stronę, która
jechał. Zaoszczędziło by to nam wędrówkę 2/3 hrs po drodze, gdzie nie było
terenu do głoszenia. Kierowca się zgodził nas podwieźć. W tym samym czasie
przejeżdżała w odwrotnym kierunku furgonetka straży drogowej. Ja również
zatrzymaliśmy i strażnicy się zgodzili, że w drodze powrotne, za około 30min,
zabiorą resztę grupy i podwiozą nas w stronę laguny. Część grupy, w której
byłam ja zabrała się autem z dwoma mężczyznami. Widząc taka wielka grupę, w tym
połowa obcokrajowców, na takim bezludziu, nie obyło się bez konkretnych pytań
na temat tego, co tu robimy. Mężczyźni byli bardzo przyjaźni i przychylnie
nastawieni do prawdy, także udało nam się z nimi omówić kilka praw Biblijnych,
które ich interesowały, pokazać stronę JW.ORG i pozostawić kilka publikacji.
Na miejscu trzeba było się przedrzeć
dolina na droga stronę i przy gorze na która mieliśmy się wspinać zatrzymaliśmy
sie aby poczekać na resztę grupy. Były tam dwa rozrzucone domy, gdzie udało nam
się wydać świadectwo i pozostawić publikacje. Gdy tak czekaliśmy na resztę
grupy, zaczęło się robić późno, a czekała nas kolejna 1-2hrs wędrówka pod górę
do laguny! Zaczęliśmy się konkretnie martwic o to, ze reszta grupy nie
nadjeżdża. To było totalne odludzie wiec dało się zauważyć z daleka każde auto,
które przejeżdżało w górze drogą, i mijały nas białe furgonetki, ale żadna się
nie zatrzymała i nie było naszej grupy! Nie było najmniejszych szans na sygnał
w telefonach ani jakakolwiek inna próbę kontaktu z tamta grupa! Po długim
czasie przewodzący nasza grupą zaczął się zastanawiać czy czasem nie do końca
się dogadali z przewodniczącym tamtej grupy gdzie wysiadamy z aut i gdzie dokładnie jest punkt spotkania.
Okazało się ze na ta lagunę jest kilka
wejść i jest szansa, że się druga grupa mogła pomylić z tym, gdzie wysiąść i
którym wejściem się udać. Braliśmy pod uwagę, że tamta grupa przejechała autem
miejsce, gdzie my jesteśmy i będzie się wspinać drugim wejściem na lagunę! Krótkofalówki
ocaliły by sprawę, a tak nie wiedzieliśmy co robić. Większość namiotów i
karimat, czy śpiworów było z tamtą grupą. Za niedługo zapadnie zmierzch, a
wspinać się górą której większość nie zna po ciemku to niezbyt frajda.
Wyglądało na to, że dziś się z tamta grupa nie spotkamy, lub dopiero przy
lagunie, bo wiedzieliśmy, ze za jakąś godzinę będzie już ciemno. Naprawdę dziwnie
się czułam z tym, ze najprawdopodobniej się zgubiliśmy nawzajem. Pomodliłam się
do Jah i poprosiłam Go żeby się zaopiekował tamtą grupą i nami, abyśmy wszyscy
bezpiecznie mogli się spotkać przy lagunie, najlepiej dzisiaj... Przewodzący
naszą grupą, dał nam do zrozumienia, że raczej dopiero jutro się odnajdziemy,
jeśli wszyscy spotkamy się przy lagunie. Szansa na jakikolwiek kontakt
telefoniczny nie wchodziła w rachubę. Było mi przykro i smutno, ze jesteśmy
totalnie bezradni na tym bezludziu i nie wiemy co z reszta naszej ekipy.
Przypomniały mi się filmy o rozbitkach na bezludnej wyspie, ludziach którzy się
pogubili w górach czy lesie. Myślałam sobie wtedy – ‘człowiek w tych czasach
bez możliwości użycia techniki serio jest jak bez nogi, nie wie jak się ruszyć’!
W momencie, w którym zdecydowaliśmy, ze nie możemy czekać już dłużej i
się wspinamy, nagle ujrzeliśmy z daleka kolejną białą furgonetkę, która
zatrzymała się w miejscu, gdzie my wysiedliśmy z naszej. I oto ku
niespodziance, naszym oczom ukazała się reszta naszej ekipy! Serio, ale ciężko
opisać ulge, jaka poczułam, że znowu razem cała ekipa! Spadł mi kamień z serca.
Od razu podziękowałam Jah, że jesteśmy razem i możemy się skoncentrować na
gloszeniu, a nie martwieniu się o siebie nawzajem. Nasza część zaczęła się
wspinać po górze, a reszta nas szybko dogoniła. Razem znowu cala grupa sobie
rozmawialiśmy i pomagaliśmy z ekwipunkiem i wspinaczka. Po jakiejś godzinie
musieliśmy włączyć latarki, ponieważ zapadł zmierzch i totalna ciemność nas
zaskoczyła. Byliśmy już na gorze, ale czekała nas wędrówka, aby znaleźć miejsce
na rozbicie namiotów. Musieliśmy uważać na siebie i innych, bo droga nie była
zbyt szeroka czy równa. Wiedzieliśmy, że gdzie w oddali są rozsiane
po górze domostwa ludzi, ale nie było żadnej szansy wiedzieć gdzie, bo w
tym miejscu nie było żadanej elektryczności, światła, nic – tylko góry i
oświetlona droga przez gwiazdy i księżyc.
Nigdy w życiu nie widziałam tak zagnieżdżonego nieba! Wyglądało
cudownie, niesamowicie i po prostu zapierało dech! Te gwiazdy, miriady
świecidełek otaczały nas zewsząd! Żadne sztuczne światło nie zakłócało tego
wspaniałego widoku. Usiedliśmy wszyscy i zrobiliśmy sobie przerwe aby podziwiać
te cudowne dzieła Stwórcze. Wow – marzyłam o tym aby moc zrobić zdjęcie oczami,
żeby nigdy tego widoku nie zapomnieć. Gdy w górach na tej wysokości zapada
zmiechrz, robi się bardzo zimno. Wędrowaliśmy już bardzo długo, a ani śladu
laguny! Postanowiliśmy poszukać jakiegoś odpowiedniego miejsca na rozbicie
namiotów i odpoczynek, bo było nam bardzo zimo, byliśmy zmęczeni wędrówką,
głodni i w sumie nie byliśmy pewnie jak daleko jeszcze do laguny. Przewodzący
także stwierdzili, ze przy lagunie będzie jeszcze zimniej i ciągło od wody, a i
tak wszędzie gleba była dość mokra, wiec poszukaliśmy miejsca gdzie udało nam
się rozbić namioty na płaskim jeden obok drugiego. W sumie byliśmy tak zmęczeni
wędrówką i całą podróżą, ze odechciało się nam rozpalać ognisko itp. Każdy
zadowolił się kanapką i ciepłą herbatą i zapadł w sen szybko z zimna.
Dla mnie była to jedną z najcięższych nocy pod namiotem. Należę do osób,
które cale życie od małego na biwakach, pod namiotem itp., ale tej nocy nie
mogłam spać. Bardziej ze strachu i zimna niż cos innego. Chłopaki mi nagadali,
że w górach tu wysoko grasują pumy w nocy i czasem atakują ludzi śpiących w
namiotach. Akurat, tu nie żartowali... spalam z brzegu namiotu i każde
sapnięcie, prychnięcie i głębszy oddech, które nasłuchałam z zewnątrz
przywodziło mi tylko jedno na myśl: gdzieś niedaleko czyha na nas puma!
Wiedziałam, że namioty chłopaków są blisko, i to pewnie oni chrapią, ale nic
nie wymazało obrazu pumy z moich myśli, także noc zarwana.
przerwa i relax przed długą wędrowką którą nas czeka
nie marnujemy czasu :)
wszyscy szczęśliwi gdy się znowu spotkaliśmy całą ekipą
a więc, całą grupą ruszamy do laguny rozbić się namiotami
Rano, gdy wstaliśmy słońce ostro
zaglądało w środek namiotów przebijając się przez cienkie ściany narzutki. W
samym namiocie było mega ciepło, w porównaniu z mega zimną nocą i temperaturą
poniżej 0. Gdy wyjrzałam zza namiatou wszytko było jasne, dlaczego miałam noc
nieprzespaną — to prychanie i sapanie dobiegało z rozbitego obok namiotu
chłopaków, a nie grasującej pumy hahah. Co by nie było – widok z rana
otaczających gór zrekompensował zarwaną noc. Dopiero w świetle dnia mogliśmy
zobaczyć tę cudowną okolicę i okazało się ze dokoła nas są porozrzucane
domostwa, które nie było widoczne w nocy. Zero elektryczności i światła.
Wiedzieliśmy, że gdzieś tu mieszkają ludzie, bo w nocy wędrując słyszeliśmy
szczekanie psów, ale zero światła oznaczającej obecność życia! Okazało się, że
rozłożyliśmy obozowisko koło małej górki i za nią już była laguna.
Na samym szczycie góry, na którą się wspinaliśmy, zrobiliśmy sobie przerwę i czekaliśmy na to, jak część grupy do nas dołączy i pokieruje nas gdzie iść dalej. Podziwialiśmy wspaniale widoki, rozmawiali o genialnej służbie i kampanii, w której mamy przyjemność brać udział. To było właśnie to, o czym zawsze marzyłam wyjeżdżając na teren gdzie są większe potrzeby. Na takiej kampanii jak ta, da się to zauważyć. Zaczęliśmy wędrować w dol góry, zdecydowanie przyjemniejsze i łatwiejsze niż wspinaczka pod, na wysokości 4 tys. m npm... Po drodze czekało nas mniej więcej 15/20 rozsianych po okolicy domostw. Gdy dochodziliśmy do tych domów, dołączyła do nas reszta całej grupy, która pozostała w tyle, aby głosić przy lagunie. Schodząc w dół, rozpoznałam wioskę Wakawasi – moja pierwsza dłuższa kampania, która jest opisana bardziej na początku.
W tej wiosce znowu głosiliśmy ludziom po drodze, udając się do Lares, gdzie mieliśmy spędzić kolejna noc. Tym razem mieliśmy ze sobą namioty, także zamiast w pokojach, rozbiliśmy się przy samych gorących źródłach swoje namioty na trawie, i mogliśmy korzystać z basenów ile chcemy i do której chcemy – biorąc pod uwagę, ze nasze ‘łóżka’ są tuż obok basenu. Nietrudno się domyślić, że w gorących zdrowotnych źródłach siedzieliśmy do bardzo późna, ile się dało – miejsce jest otwarte 24/7. Cudownie było wymoczyć obolałe nogi i plecy od targania plecaków z całym dobytkiem, i rozmawiać o ciekawych sytuacjach z tej wyprawy! Taki dzień nie ma sobie równych.
laguna, której w nocy nie znaleźliśmy
chatka pana który nas ugościł herbatą i ziemniakami
z gospodarzem
widok z jego chatki na nasze obozowisko
cała rodzina przyszła posłuchać
czas ruszać w drogę
czekamy na resztę ekipy, która głosi w dolinie
całą ekipą udajemy się w dół do Lares
totalnie odcięta od świata wioska
To tylko niektóre z wypraw na oddalone tereny, które miałam
przyjemność odbyć i z wami się nimi podzielić. Zawsze jak biorę w nich udział
czuje się jakbym przeżywała doświadczenia z roczników. Przedzieranie się przez
jungle i góry, aby dotrzeć do ludzi, którzy być może nigdy o prawdzie nie
słyszeli..... to naprawdę ogromny przywilej brać udział w takim głoszeniu.
Pokazuje prawdziwy ogrom pracy, która jest jeszcze do wykonania a jak widać
pola są gotowe ku zżęciu... Nic nie pozostaje jak zakasać rękawy i iść .....





































































































































































































































































































Sara naprawdę piękną pracę wykonujecie a te wszystkie widoki i ci ludzie którym głosicie to pobudza wyobraźnię Dzięki że dzielisz się tym co robisz dzięki tobie Peru Stało mi się jeszcze bliższe a urubamba wspaniałym domem A to dzięki temu że jesteś tak Gościnna a zbór w którym jesteś to bracia którzy naprawdę są wspaniali Cieszę się że jesteśmy w takiej wspaniałej organizacji buziaki dla ciebie Saruś i pozdrawiaj cieplutko swój zbór w urubamba
OdpowiedzUsuńŚwietna relacja! Niesamowite okolice i niezwykłe doświadczenia. Jehowa błogosławi Waszej pięknej i niełatwej pracy. Jesteście dla nas "mieszczuchów" inspiracją. Dziękuję i pozdrawiam ciepło! Piotr
OdpowiedzUsuń