31 gru 2020

“Miłość nigdy nie zawodzi”

Międzynarodowe zgromadzenie w RPA, w którym miałam przywilej wziąć udział, było naprawdę wyjątkowym doświadczeniem w moim życiu i koniecznie zasłużyło na swoje specjalne miejsce na moim blogu. Miłość, słońce, muzyka, taniec, zwierzęta — to tak w skrócie, ale wiem, że tym się nie zadowolicie wiec przygotujcie się na niezłą lekturę!

Miesiąc w RPA dostarczył mi wielu cudownych wrażeń, ale tym które szczególnie ujęło mnie za serce to unosząca się wszędzie w powietrzu atmosfera braterskiej miłości. Nasza organizacja i należący do niej ludzie to prawdziwy duchowy raj i skarb, który nie ma sobie równych.

Włączam na YouTubie fajne Afrykańskie rytmy i znowu myślami przenoszę się do wrześniowej przygody z 2019. Do wyjątkowego miesiąca spędzonego w RPA. Myślę, że teraz, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebuje tych wspomnień. Będąc fizycznie odizolowaną od mojej ogólno-ziemskiej rodziny, napełnia moje serce ogromna radość, gdy wspominam te wszystkie wspólne chwile. Dosłownie przed samym rozpoczęciem się pandemii mogłam się nimi pozytywnie ‘nachapać’ aby teraz nimi żyć i pozytywnie się ładować. Te cudowne afrykańskie doświadczenie naprawdę ciężko ubrać w słowa, ale choć troszkę postaram się wam przybliżyć to poprzez tego posta, zdjęcia i filmiki. 

To będzie Afryka moimi oczami

Weź ze sobą kapelusz, plecak i trochę afrykańskich randów, bo ruszamy do Republiki Południowej Afryki.


Możliwość bycia delegatem na międzynarodowym kongresie w 2019 jest dla mnie najcudowniejszym przeżyciem duchowym, jakie mnie dotychczas spotkało. Gdy latem 2018 w zborach odczytali zaproszenie dla Peru na międzynarodowe zgromadzenia w 2019, to podskoczyłam z radości, bo wreszcie miałam możliwość skorzystać z takiego zaproszenia. Peru zostało zaproszone do 6 różnych krajów, wiec było, z czego przebierać. Miałam mało bliskich znajomych w Peru, którzy mogliby sobie pozwolić na taki wydatek, więc od razu przyszła mi do głowy moja koleżanka Australijka, która usługuje w Cuzco w zborze migowym. Zaproponowałam jej, żebyśmy razem złożyły wniosek na międzynarodowe, a ona chętnie przystała na pomysł, bo sama nigdy jeszcze nie była delegatem. Trochę nam zajęło zdecydowanie, gdzie chcemy się wybrać, ale po pewnych konkretnych argumentach stanęło na Afryce. To też była nasza jedyna opcja zgromadzenia po angielsku, bo wszystkie inne zgromadzenia były w języku hiszpańskim. We wrześniu trzeba było złożyć swój wniosek i czekać do listopada, aby wiedzieć, czy się zostało zaakceptowanym. Z mojego zboru zaaplikowało 6 osób do Afryki, wiec wszyscy niecierpliwie czekaliśmy na odpowiedzi.


Nigdy nie zapomnę zebrania, po którym podszedł starszy i wręczył mi list z zaproszeniem do Afryki, dla mnie i dla Anji. Krzyknęłam ogromnie z radości. Ku wielkiemu zaskoczeniu, wszyscy z mojego zboru, którzy aplikowali do Afryki, właśnie tam zostali zaproszeni. Ruszyły przygotowania na ten wspaniały wyjazd.

Parę tygodni później miałyśmy przywilej z Anją usługiwać przy delegatach w Limie, którzy przyjechali na zgromadzenie specjalne Lima Listopad 2018. Akurat tak się złożyło, że zaproszeni byli delegaci również z RPA. Postanowiłyśmy z Anją się poznać z delegatami z RPA – znajomych nigdy 'za duzo', szczególnie, że wybierałyśmy się do ich kraju już za niecały rok. Poznałyśmy parę sympatycznych osób z biura oddziału w RPA i innych braci rozsianych po całym RPA. Jedną z najfajniejszych niespodzianek było poznanie się w Cuzco z małżeństwem Neeuwfan. Razem z Anją miałyśmy okazje usługiwać jako kelnerki w biurze tłumaczeń w Cusco, gdzie zostały zorganizowane prezentacje i pokazy dla delegatów, którzy wybrali się w odwiedziny do Cusco. Jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że staną się naszymi super ziomkami i że zostaną naszymi przewodnikami po RPA!

Dzień poznania się z naszymi afrykańskimi ludkami (listopad 2018)

W momencie poznania się i poinformowania Vuyo i Cabelo, że będziemy za niecały rok u nich w kraju, nastąpiła żywa i szalona wymiana kontaktów, pomysłów i planów. Coś niesamowicie ciepłego co mnie uderzyło w tej parze, to że byli bardzo chętni pomóc zorganizować wszystko odnośnie zwiedzania RPA i wyrażali swoją wielką chęć zaangażowania się, żeby nam wszystko super ogarnąć. Ta para nowych znajomych naprawdę stanęła na wysokości zadania, tym jak się zaangażowali i co dla nas zorganizowali na ostatni tydzień w RPA, który spędzałyśmy z nimi. Nie miałyśmy wtedy jeszcze pojęcia co nas czeka. Gdy dostałyśmy szczegółowy plan naszego pobytu z nimi i wyłuszczone wszelkie atrakcje, które dla nas zaplanowali – włosy stanęły mi dęba. Szczególnie przy jednym punkcie i atrakcji zaplanowanej pode mnie – ‘jazda konno wśród zeberek’. Tak się złożyło, że zdążyli się zapoznać z moją zebro-manią… Wiedziałam, że czeka nas wspaniała przygoda podczas zgromadzenia, ale zapowiadało się też na niesamowite wakacje później razem z naszymi nowymi znajomymi.

Nastał okres wielkich przygotowań, planowania i powiększania zasobów skarbonki. Dostając coraz to więcej informacji od biura z RPA, nasze podekscytowanie wzrastało. Najpierw jak to było wymagane trza było sobie zaklepać hotel, później wykupić lot i na końcu wybrać ‘activities’ podczas tygodnia zgromadzeniowego. Razem z Anją postanowiłyśmy wybrać się na miesiąc do RPA i zwiedzić ile się da, biorąc pod uwagę, że może już tam nigdy nie wrócimy!
Zaplanowałyśmy ponad 10 dni w Johannesburgu (wliczając w to zgromadzenie), tydzień w Cape Town i tydzień w Rustenburg u znajomych, plus safari. Zapowiadał się cudowny miesiąc w Afryce!


O mały włos……….. !!!


Jak przy każdej większej wycieczce nie brak mi przygód i stresu. Nie mogło tego zabraknąć i tym razem.

Siedzę sobie w samolocie, który zaraz będzie startował z Limy do Sao Paulo w Brazylii; tam mamy przesiadkę do Johannesburga. Razem ze mną i Anją na pokładzie jest około 15 innych delegatów do RPA. Akurat się tak złożyło, że za mną siedział razem z żoną brat z komitetu oddziału w Peru, który dobrze się znał z moim kolega Damianem, który usługiwał w Quechua w Ayaqucho. Zrobiłam sobie z nimi zdjęcie, po czym wrzuciłam z pozdrowieniami i dedykacja dla Damiana na status watsapowy. Nagle dostaje wiadomość od koleżanki Jeniffer, która mieszka w Peru i też jest delegatem na zgromadzenie w RPA. Parę dni wcześniej poleciała do Brazylii pozwiedzać. Znajomi się dość dobrze z tym małżeństwem z mojego zdjęcia z whatsupa i pisze do mnie: "Przekaż im, że utknęliśmy w Brazylii i nie wiemy, czy polecimy’. Przed samym startem samolotu zdążyłam do niej zadzwonić na minutkę. Jenny z mężem mieli dzień wcześniej od nas polecieć z Sao Paulo do RPA, ale nie wpuścili jej męża na lot do RPA, bo miał kartę szczepienia na żółtą febrę po hiszpańsku i obsługa Latam jej nie uznała. Stracili swój lot do RPA i od wczoraj siedzieli przed lotniskiem nie wiedząc, czy wejdą na lotnisko i czy w ogóle polecą. Niemiła pani z Latam powiedziała im, że to ich problem i że ich lot przepadł, a Latam nic nie może dla nich zrobić. Jeniffer próbuje od wczoraj skontaktować się z Peruwiańską ambasadą, ale że jest weekend i jakieś narodowe święto, wysłali ją do konsulatu i tam próbuje cos wskórać, bez skutku.

W Event aplikacji na zgromadzenie byliśmy poinformowani o tym ze trzeba mieć szczepionkę na żółtą febrę minimum 10 dni przed wlotem do kraju, ale wielu nie wiedziało że to musi być konkretna żółta książeczka akceptowana przez WHO. Wielu - wliczając w to mnie!  Niestety nic o tym więcej nie było napisane na stronie Event dla delegatów. Ja musiałam sobie zrobić szczepionkę na żółtą febrę już w 2015, gdy jechałam pierwszy raz do Peruwiańskiej dżungli. Zapłaciłam za nią niemało w prywatnej klinice w Cusco, ale nikt mi nie dał żadnego certyfikatu czy książeczki. Także możecie sobie wyobrazić moją przerażoną minę, gdy doszło do mnie, że mnie również mogą nie przepuścić. Już byłam w samolocie do Brazylii, i miałam mieć kolejny lot 2hrs później do SA, ale jeśli tak ostro trzepią z tymi szczepionkami to może oznaczać, że mnie również nie przepuszczą.

Były to mega stresujące godziny mojego życia — wyobrażałam sobie siebie, która utknęła w Brazylii i obmyśla plan innego nalotu, z innej strony do RPA. Opcja nagłego zaaplikowania sobie nowej szczepionki nie wchodziła w grę, bo musiałabym 10 dni przeczekać, a wtedy ominie mnie całe zgromadzenie. Także idea stracenia całego tego doświadczenia – zgromadzenie, bracia, Afryka, safari, zebry; było mega przerażające i czasem czułam, że dosłownie zemdleje z tego stresu. Mega zestresowana i załamana przekazałam wiadomość małżeństwie z Betel siedzącym za mną a ten brat do mnie powiedział: ‘Nie martw sie Sara, wszyscy dolecimy spokojnie na zgromadzenie, ty, Jenny i Saul też. Módl sie do Jehowy i ‘Don’t worry, be happy’. Powtarzał mi ten angielski zwrot co jakiś czas. Fakt, że był betelczykiem z Limy, wcale mnie nie uspokajał, ale jak sie później okazało – on jednak wiedział swoje ;D

Gdy wylądowaliśmy w Sao Paulo zadzwoniłam do Jenny. Powiedziała, że jakimś cudem konsulat przetłumaczył im książeczkę Saula na angielski, a jakaś miła pani z linii Latam wrzuciła ich za darmo na najbliższy lot do RPA, który sie opóźnia o godzinę. Okazało się, że to ten sam lot co my. Szok jak sprawy się nagle potoczyły. Ciężko było nie doszukiwać się tu pomocy Jah. Ten brat z Betel z uśmieszkiem podszedł do mnie i powiedział: “Mówiłem ci ‘don’t worry be happy”. Było to bardzo emocjonujące i wzruszające spotkanie; zobaczyć się wszyscy razem na lotnisku w Sao Paulo, czekając na lot do RPA. Jenny nam opowiedziała całą historię i przez co musieli przechodzić. Mówiła że przepłakał całą noc główkując co tu zrobić. Gdy w RPA dział od zgromadzeń zaczął grzebać więcej w wymaganiach wjazdu do RPA, okazało się, że nie wystarczy mieć po angielsku książeczki, tylko raczej musi to być żółta książeczka akceptowana przez WHO, inaczej mogą nam odmówić wylotu z Brazylii. Okazało się, że tak naprawdę to już w Limie powinni mi odmówić wylotu widząc miejsce docelowe. Ja miałam zieloną książeczkę z Anglii, którą dostałam, gdy sobie robiłam szczepionki u lekarza w 2015. Dała mi ją pielęgniarka, która mi te szczepionki aplikowała. Gdy sobie dorobiłam szczepionkę w Cusco na żółtą febrę, dostałam tylko kwitek potwierdzający zapłatę i sobie go doczepiłam do ost strony tej książeczki, a pielęgniarka odręcznie dopisała w tej zielonej książeczce tę kolejną szczepionkę.

Stanie w kolejce do ‘check in’ na wylot do RPA, było kolejnym mega mega stresującym przeżyciem dla mnie tego dnia. To była ta ostatnia przeszkoda na drodze do mojego celu. Wielu nam mówiło, że jeśli jesteśmy na lotnisku oczekując lotu to nic już nam nie grozi. Pare pierwszych osób przepuścili na luzie sprawdzając tylko paszporty. Nagle przepuszczając na pokład zaczęli pytać wszystkich o kartę szczepień. Doszły do nas słuchy też, że nie przepuścili właśnie pewne siostry, które stały w kolejce przed nami, bo ich szczepionka miała mniej niz 10 dni. Stres sięgał zenitu, bo kolejne osoby proszono na bok odmawiając im wejścia na pokład ze względu na szczepienie. Jenny i Saul poszli na lewo a ja i Anja na prawo. Anja i Jenny miały żółte WHO certyfikaty, więc przeszły bez przeszkód. Saula trochę dłużej maglowali, ale w końcu przepuścili. Stoją zaraz przy wejściu na schody i czekają na mnie pokazując, że się modlą. Przyszła kolej na mnie. Pani wzięła mój paszport i nagle pyta o żółtą febrę. Podaję jej moją zieloną książeczkę, którą ona obraca na wszystkie strony i po portugalsku coś mówi i kreci głową. Pyta na lewo swoją koleżankę, która też kiwa na 'Nie' i kręci głową. Robi mi się gorąco i słabo. We dwie nie wiedząc co ze mną począć, idą do kolegi na lewo i pytają go o coś. W końcu we trójkę idą do jakiegoś głównego menadżera, który akurat stał i pilnował kolejek do ‘check in’. Tak oto ruch i prawie wszystkie stanowiska wstrzymane, bo jakaś blondynka z Polski na lotnisku w Brazylii, lecąc z Peru wręczyła Angielska książeczkę szczepionek. Myślałam, że z tych emocji zemdleje tam. Ten menadżer patrzy na mnie, na książeczkę, ogląda ją i tylko słyszałam coś, że powiedział: ‘To z Anglii’. Modliłam się, żeby nie przewrócił na ostatnia stronę gdzie był doczepiony mały świstek po hiszpańsku na żółtą febrę. Uśmiechnął sie w moją stronę i kazał im przepuścić mnie na pokład. Odchodząc udawałam, że jestem na luzie, i dopóki w ich zasięgu wzroku szłam spokojnie w stronę pokładu, ale w głowie dudniło 'Run Forest! Run!". Jak tylko zniknęliśmy im z oczu idąc na pokład, rzuciliśmy się sobie wszyscy w ramiona, nie wierząc, że udało się nam. Naprawdę lecimy do RPA. Przepuścili nas, choć mogło się to skończyć inaczej. A ten braciszek z betel znowu, już do nas wszystkich na pokładzie do RPA mówi: “A nie mówiłem wam ‘Don’t worry, be happy’, wiedziałem, że wszyscy dolecimy na zgromadzenie”. Miałam ochotę go wyściskać ze szczęścia.

Zdjęcie, na które odpisała mi Jenny

 Z Jenny i Saulem w Sao Paulo czekamy na lot do Johannesburga

Napotkani w Sao Paulo delegaci z różnych stron Ameryki Południowej

Wylądowani w RPA 

Afrykańskie słońce, miłość, muzyka i taniec

Po wylądowaniu w Johannesburgu nie mogliśmy opanować radości i szczęścia. Od samego wyjścia z security strefy witali nas bracia muzyką, śpiewem i prezentami. Ściskali nas i okazywali ogromna radość i gościnność. Byłam oszołomiona tym wszystkim, a mój mózg ledwo co to ogarniał. Zmęczenie kilkunastogodzinną przeprawą do RPA i stresem szczepionką znikło jak ręką odjąć. Teraz jedyne czym się martwiłam to, że będę mało spać przez kolejny miesiąc, żeby tylko nacieszyć się tym wszystkim. Moje marzenie Afryki, zgromadzenia i safari zaczęło przybierać realnych wymiarów.
Z lotniska zorganizowano nam przejazd do naszego hotelu i tam spotkaliśmy się ze wspaniałym przywitaniem ze strony osób, które miały pod opieka nasz hotel i delegatów. Miałyśmy niecałe dwa dni wolnego, zanim się zaczną zaplanowane dla nas przez komitet atrakcje. W sobotę ruszyłyśmy na miasto a w niedziele, po porządnym wyspaniu się poszłyśmy do lokalnego zboru na zebranie. Tam milo spędziłyśmy czas z braćmi i poznałyśmy okolice. W niedzielę wieczorem nasi afrykańscy znajomi Vuyo i Cabelo przyjechali z oddalonego o dwie godziny Rustenburg, aby nas wyściskać na przywitanie w Afryce i wręczyć prezenty. Razem z Anją otrzymałyśmy cudowne afrykańskie suknie z turbanem i ja dodatkowo piękną wieczorową kreację – suknie w zeberkę. Czułyśmy się bardzo wzruszone z Anją ich gościnnością i miłością nam okazaną już na samych początkach naszej Afryki. Zapowiadał się niesamowity afrykański miesiąc, a program, który otrzymałyśmy tylko to potwierdził.

Wspaniała, troskliwa obsługa naszego hotelu

Napotykani wszędzie delegaci






Cudowny prezent od Vuyo i Cabelo

Nasi wspaniali 'opiekunowie' w hotelu

Wspanialy wieczor z super nimi

Już od razu w poniedziałek miały nas spotkać niesamowite zajęcia przygotowane przez komitet zgromadzeń. Razem z grupą innych delegatów z rana ruszyliśmy do lokalnego zboru, z którym miałyśmy zaplanowaną służbę a później lunch wspólny na ich sali. Rozdzielili nas na różne grupki i razem mogliśmy spróbować lokalnej służby z braćmi. Później był dla nas zorganizowany lunch wspólny na sali i show muzyczny. Śpiew braci afrykańskich był dla mnie niesamowity. Całym swoim ciałem tańcząc i śpiewając, różne odgłosy z siebie wydobywając, bracia okazywali nam swoją gościnność i braterską miłość.

To było naprawdę cudowne przeżycie. Wiedziałam, że moi afrykańscy bracia mnie niesamowicie zaskoczą, ale ich spontaniczne okazywanie radości i gościnności przeszło moje najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia. Oni byli naprawdę cudowni. Wszyscy nawzajem się ściskali i zadawali pytania, aby się więcej dowiedzieć o sobie nawzajem. Jedzeniem nie szło się najeść, było mnóstwo pysznych lokalnych przysmaków. Anja zapoznała się z paroma osobami głuchoniemymi, które wspierały tam zbór migowy. Gdy mnie przedstawiła jednemu bratu, do zrobienia zdjęcia pożyczyłam sobie od niego koronę plemienia Zulu, którą miał na sobie. Strasznie mi się podobała i widziałam ja na głowach wielu braci zajmującymi się delegatami i później na Sali Królestwa. Zastanawiałam się skąd mogę sobie taką załatwić albo gdzie kupić. Ku mojemu zaskoczeniu ten brat już nie chciał jej z powrotem i wręczył mi ją jako podarunek. Zdecydowanie było to moje najbardziej udane ‘polowanie’ w Afryce, gdyż zostałam właścicielką Zulu korony ‘Umqhele’, która jest robiona ręcznie z włosia gazeli. Moja pierwsza Afrykańska zdobycz. Było to uwieńczeniem wspaniałego ranka i popołudnia z lokalnymi braćmi. Na koniec zbór każdemu z nas wręczył piękne prezety i razem tańczyliśmy w sali i na dworze.



Zbór wita delegatów


Zbór śpiewa dla nas





Brat który mi sprezentował swoją koronę Zulu















Zbór żegna nas tańcem i śpiewem


Ten dzień rzeczywiście zaczął się wspaniale, ale to nie wszystko, co było dla nas przygotowane tego dnia. Po południu czekał nas wyjazd do wielkiej sali zgromadzeń, gdzie czekało na nas wiele kulinarnych niespodzianek, a wieczorem najbardziej oczekiwany moment – evening gathering. Jest to wieczór pełen pokazów i muzycznych spektakli dla delegatów, specjalnie przygotowywanych przez prawie/ponad rok. W listopadzie 2018 byłam zaproszona na taki wieczór zorganizowany w Betel w Limie, podczas zgromadzenia specjalnego w tamtym roku. Wspaniałe wystawy biblijne, lokalne jedzenie, występy i Broadway show wtedy zorganizowany były tak niesamowite, że mój zachwyt dla organizacji i zaangażowania braci sięgał zenitu. Wiedziałam więc mniej więcej czego się spodziewać i byłam nastawiona na szał w afrykańskich klimatach.


Wyszykowane i gotowe na wieczór 



Wejście na salę zgromadzeń gdzie był wieczór dla delegatów

Nie było inaczej. Już samo wchodzenie na ten obiekt było niesamowitym doświadczeniem. Z obu stron drogi prowadzącej do wejścia było mnóstwo Afrykańskich braci tańczących, śpiewających i krzyczących ‘We love you’ (‘Kochamy was’). Okazując swoja radość i miłość wręczali nam spontanicznie jakieś małe upominki, swoje dane kontaktowe i ściskali mocno. Widząc mnie całą ubraną w zebrę jedna siostra podbiegła i wręczyła mi coś mówiąc “Do twojej kolekcji”. Była to urocza przypinka z zebrą i hasłem zgromadzenia. Moja szalona suknia razem z Zulu koroną na głowie, aż sama się prosiła o zebrową uwagę. Na tym obiekcie czekało nas mnóstwo atrakcji jak np. nauka robienia tradycyjnej biżuterii z koralików, malowanie twarzy, plecenie włosów, degustowanie Afrykańskiej kawy, jedzenia i innych tradycyjnych przysmaków jak słynne suszone robaki-larwy. Cały obiekt był przystrojony elementami Afrykańskiego safari: zwierzęta, chatki, pojazdy itp. itd. Wieczór pokazów zaczął się od tańców i śpiewania na dworze przed halą, po czym zaproszono nas do sali na siedzenia, aby cieszyć się dwugodzinnym przedstawieniem. Show opowiadał historie brata z betel, który razem ze swoimi rodzicami misjonarzami głosił na terenach RPA i ich różne, ciekawe historie ze służby w tym kraju. Różne scenki, muzyka, zwierzęta, śpiew i taniec przeplatały się przez tę ciekawą historię. Tak oto wspaniale spędziłam pierwszy dzień zajęć dla delegatów.






Zajadam się suszonymi robakami Mopane









W nocy w hotelu pełni wrażeń nie mogliśmy spać

Następnego dnia czekało nas kolejne wspaniałe doświadczenie – wizyta w biurze oddziału. Pamiętam jak poprzedniego roku miałam możliwość zobaczyć Betel w Limie totalnie przemienione na potrzeby zgromadzenia specjalnego Lima 2018. Cudowne wystawy biblijne, różne pokazy tradycyjnych, peruwiańskich wyrobów ręcznych, ciekawe stoiska z jedzeniem itp. Znałam Betel w Limie takim na co dzień, bo wiele razy je odwiedzałam z różnymi gośćmi nawiedzającymi Peru. Ale zobaczyć je po tej cudownej odmianie, przygotowanym na tip-top dla delegatów, było mega przyjemnością i niesamowitym doświadczeniem. Wiedziałam więc, czego mniej więcej mogę się spodziewać w Afryce, ale to, co dla nas było przygotowane przeszło moje wszelkie oczekiwania. Rodzina Betel i pomocnicy przygotowali dla nas cudowny dzień pełen niespodzianek i ciekawostek. Gdy tylko dotarłyśmy z Anją do Betel od razu nas przywitano torbą pełną prezentów i wysłano do recepcji na pyszną afrykańską kawę i ciasteczka. Zamiast takich zorganizowanych grup z przewodnikiem, biuro oddziału zostało przygotowane tak, że delegaci sobie je samodzielnie zwiedzali, w takiej grupce, w jakiej chcieli. Praktycznie całe Betel zostało otworzone dla delegatów i przygotowane na wycieczki zapoznawcze. Przy każdym budynku było paru Betelczyków i pomocników, którzy byli do naszej dyspozycji, jeśli chodzi o oprowadzenie nas po tym konkretnym budynku i udzielenie informacji odnośnie prac tam wykonywanych. Wszystkie budynki i działy były otwarte i odwiedzający mogli sobie wejść w każdy zakątek Biura Oddziału czy też pięknych ogrodów otaczających budynki. Tak zwana free-tour. To było bardzo ciekawe doświadczenie i fajnie zaplanowane, bo mogłam sobie sama spacerować po całym biurze oddziału, wejść w każde miejsce, które mnie ciekawiło i zdecydować ile sobie tam będę przebywać i ile czasu poświecę na każdą z wystaw lub działów.











O wyznaczonej godzinie mieliśmy się udać do hali głównej, w której był dla nas przygotowany lunch z innymi delegatami i częścią rodziny Betel. Hala, która była częścią drukarni, i w której przechowywano wielkie bele papieru drukarskiego, została przemieniona w przepiękną i uroczo ozdobioną stołówkę. Syto zastawione bufety i zapachy sprawiały, że ślinka ciekła. Po prawej stronie była scena, na której podczas lunchu odbywały się pokazy i różne tańce ludowe. Przy każdym stole siadał z delegatami jeden pracownik Betel, którego mogliśmy wypytywać o wszystko związane z jego zadaniami lub pracą w biurze oddziału. Były to naprawdę wspaniale spędzone chwile z braćmi z afrykańskiego Betel i innymi delegatami. Później mieliśmy jeszcze trochę czasu na zwiedzanie reszty Biura Oddziału. 

Super spotkać swoich za oceanami, górami, morzami

Witanie delegatów na lunchu




Muzyka jest w nich

Albo oni są muzyką, albo ona nimi

Oczywiście zdecydowanie najbardziej ekscytującym budynkiem była przeogromna drukarnia i różne pomieszczenia związane z drukowaniem i pakowaniem literatury. Odwiedziny w drukarni były jedne z moich ulubionych części tego dnia. Pracownicy pokazali nam jak wygląda ich praca odnośnie dobierania odpowiedniego koloru czcionki, aby wydrukować idealne ilustracje z odpowiednią kolorystyką. Pokazywali jak tylko małe różnice w ustawieniach mogłyby zmienić kolorystykę danych ilustracji na zbyt ostre lub niezbyt wyraźne. W tej drukarni drukuje się 220 000 publikacji na godzinę. Betel w RPA jest największym afrykańskim biurem oddziału i drukuje literaturę dla połowy Afryki; dla wszystkich krajów od Sudanu na południe, aż do RPA. W magazynie, gdzie mieściły się paczki z literatura do różnych krajów, czekała na nas niespodzianka — wesoły występ przez pracujących tam braci. 


Język Xhosa







Drukarnia


W jednym z budynków mieszkalnych, na ostatnim pietrze była wielka biblioteka dla użytku betelczyków. W korytarzu było przygotowane stoisko z kawą i słodkościami, a także korkowa mapka, na której delegaci zaznaczali, z jakich stron przyjechali. Przy stoisku z kawą było wyjście na ogromny taras z widokiem na całą posiadłość Betel i pobliskie pagórki. Można było sobie usiąść z jakąś kawką, ciastkiem i miło spędzić słoneczne popołudnie wyciszając się w tym przyjemnym miejscu. W prawie każdym budynku były bardzo fajne elementy zrobione pod delegatów, które miały umilić całe doświadczenie zwiedzania i poznawania biura oddziału. Bardzo ciekawa była też wystawa przy budynku działu LDC. W Afryce, ze względu na szybko rosnące potrzeby i powstawanie nowych zborów jest ogromne zapotrzebowanie na tysiące nowych sal królestwa. Bracia z tego działu podawali ciekawe informacje co do tego, jak wygląda większość sal na terenie RPA i dla lepszego zrozumienia potrzeb, nie trzeba było sobie tego wyobrażać, bo stała dokładna imitacja takiej biednej afrykańskiej sali, a obok zaraz model sali, którą dział LDC budował na miejscu starej. Różnica była koszmarnie ogromna.

Typowa afrykańska sala przed zmianą

Na każdym kroku na obszarze całej posiadłości Betel były tam wszędzie różne wystawy, które można sobie było pójść i obejrzeć. Pięknie zadbane ogrody, kwiaty i drzewa, ptaki i uśmiechnięci bracia na każdym rogu chętni pomóc. Ze wszystkich zajęć dla delegatów to chyba był dla mnie najbardziej wyjątkowy punkt programu! Niesamowity dzień pełen wrażeń.
Udając się w stronę, czekających już autokarów myślę sobie smutno: ‘Wszystko, co dobre szybko się kończy’, a tu nagle mega niespodzianka mnie czeka. Siostra z Betel, która nas odprowadzała do autokarów już zdążyła usłyszeć o moim zamiłowaniu do zeberek, w końcu byliśmy w Afryce… Tak idziemy sobie i ona nagle z daleka dostrzegła kolegę, który woził małym samochodzikiem starszych wiekiem delegatów po Betel. Zawołała po niego z oczywistych przyczyn. Jego autko było całe zeberkowe. Resztę się domyślacie — musiałam się nim przejechać. Także na pożegnanie jeszcze spotkała mnie możliwość przejechania się po Betel samochodzikiem w zeberkę. To był wyjątkowy dzień w domu Jehowy.



Te wszystkie detale były wspaniałymi dodatkami do całego doświadczenia zwiedzania, jednak czymś najbardziej niezwykłym i zapadającym w pamięć to była miłość i radość wszędzie panująca i wręcz unosząca się w powietrzu. Nasi kochani afrykańscy bracia z Betel nas przytulali na przywitanie i pożegnanie, śpiewali dla nas, tańczyli i wydawali wesołe okrzyki na każdym kroku. Byli po prostu cudowni. Wspaniały lud Jehowy; pełen radości i miłości. Namiastka raju.


Betel rodzina żegna nas

Kolejnego dnia, wspaniałą atrakcją, do której zostałyśmy z Anją przydzielone to był park słoni. Wielki obszar safari parku, w którym było kilka słoni uratowanych przed kłusownikami. Słonie afrykańskie to największe żyjące zwierzę lądowe. Te kolosy, są o wiele większe od słoni indyjskich (azjatyckich), które są często tam używane do transportu. Długość ciała z trąbą wynosi nawet do 7,5 metra, są wysokie na 3 do 4 metrów i mogą ważyć miedzy 5-7,5 tony. Żyją w stadach – grupach rodzinnych i potrafią dożyć 70 lat. Zebrani w mniejszych grupkach mogliśmy wysłuchać ciekawego przemówienia o słoniach, budowie ich ciała i zachowaniach. Później byliśmy zabrani, aby na żywo poznać się z dwoma kolosami. Były to młode 20-paro letnie słonie. Było to wspaniałe doświadczenie obcować chociaż przez chwile z tymi zwierzętami. Ponieważ słonie afrykańskie są dość agresywne i trudne do oswojenia lub wytresowania, mogliśmy tylko chwile z nimi przebywać, zanim się zdenerwują i staną agresywne. Myślałam sobie wtedy, że w raju będzie cudownie, bo będę sobie mogła z takim słoniem całe dnie siedzieć i się mu przyglądać i poznawać jego ciekawą naturę z bliska. No i bardzo chętnie bym się na takim przejechała hahaha. Po drodze do hotelu zgadałyśmy się z fajową grupą delegatów ze stanów, były to 3 małżeństwa zaprzyjaźnione, które przybyły z różnych rejonów US. Opowiadałyśmy im z Anją o terenie w Peru i pokazywały zdjęcia gdzie usługujemy. Od razu się zakumplowaliśmy i mieliśmy okazję bliżej się poznać podczas momentów w hotelu.









karmienie słoniątka



Słonik daje mi właśnie buziaka
Obśliniona przez słoniątko, ale jaka szczęśliwa






‘Miłość nigdy nie zawodzi’

Po wspaniałych atrakcjach dla delegatów, czekała nas najważniejsza część naszego przyjazdu do Afryki – odebranie wspaniałego programu duchowego podczas 3-dniowego zgromadzenia pod hasłem: Miłość nigdy nie zawodzi’ zaczerpniętego z 1 Koryntian 13:8.
Czekały nas cudowne 3 dni programu z naszymi kochanymi braćmi z Afryki i 'wujkiem' z Ciała Kierowniczego. Program miał być przedstawiony w 3 językach: Zulu, Xhosa i Angielski. Od autokarów na stadion ciągnął się sznur naszych kochanych lokalnych braci witających delegatów. Tak jak i przy innych sytuacjach śpiewali, krzyczeli i nas przytulali. Przy stadionie każdy delegat stawał w kolejce, aby dostać paczkę ze starannie przygotowanym jedzonkiem. Na kartoniku i jedzonku były wersety Biblijne albo hasło zgromadzenia. W każdym z tych detali dało się odczuć miłość troskę i super organizowanie naszych kochanych braci z Afryki. Ostatniego dnia spotkała nas wielka niespodzianka. Dzieci z okolicznych zborów na wszystkich pudełeczkach (mówimy o min 6 tys.) namalowały, narysowały, napisały dla wszystkich delegatów obrazki i wiadomości.


Razem z 6 tys. grupą delegatów, zostałyśmy ostrzeżone przed tym, że wrzesień w RPA to wczesna wiosna i na danym stadionie rok wcześniej podczas zgromadzenia regionalnego było bardzo zimno i wietrzenie. Delegaci zostali poinformowani, że warto się przygotować na bardzo niską temperaturę i wiatr, nawet deszcz, lub ostre słońce – zależy, jak pogoda nas zechce uraczyć. Sprawdzałyśmy temperaturę dzień wcześniej i rzeczywiście zapowiadało się na chłodne 3 dni. Pierwszy dzień żałowałyśmy, że nie zabrałyśmy z hotelu kilka koców do siedzenia i przykrycia się, bo było tak zimno, że nie mogłyśmy się skupić na programie, ani szukać wersetów, bo zimno było wyciągnąć ręce z kieszeń płaszcza. Dobrze, że wcześniej wysłuchałam tego zgromadzenia po hiszpańsku na moim zgromadzeniu w Cuzco, a później jeszcze streaming po PL. Dzięki temu mogłam skupić się wtedy bardziej na doświadczaniu tego, co się działo, niż robieniu notatek. Afrykańscy bracia przygotowani na to po poprzednim roku, byli poubierani w zimowe kurtki, czapki, rękawiczki i siedzieli pozawijani w kocach. Nagle jakoś po 10am słońce wbijało się ostrymi promieniami na stadion, najpierw ocieplając dolne sektory angielskiej sekcji. Wtedy nagle oczom ukazywały się przepiękne, kolorowe, uciapane wspaniałymi wzorami stroje braci z całego świata. W ruch szły okulary słoneczne, parasolki, zimna woda i kremy ochronne na słońce. Natomiast pod koniec drugiej sesji, słońce uciekało i robiło się znowu zimno na sekcji angielskiej i w ruch szły znowu koce itp. Za to w sekcji Zulu i Xhosa słońce ostro świeciło aż do końca programu. I tak to wyglądało codziennie. Na sekcji Zulu i Xhosa było więcej obecnych każdego dnia niż na sekcji angielskiej. Nasza wspaniała braterska społeczność, podzielona na 3 języki, ale zjednoczona jak jedna wielka rodzina.



Gotowi na pierwszy dzień zgromadzenia































Ten chłopczyk podeszdł i zapytał czy poczekam na niego pare lat 😂😍




Przed programem, podczas przerwy, wycieczek do WC itp. można było podziwiać cudowne, kolorowe stroje wszystkich obecnych. Przez całe zgromadzenie moje oczy cieszyły żywe, pełne kolorów i szalonych wzorów afrykańskie stroje. Mają w sobie dużo charakteru i bogactwa kultury afrykańskiej. Już w pierwsze dni pobytu w Johannesburgu wybrałyśmy się z Anją na bazary, żeby zakupić sobie afrykańskie stroje i akcesoria, które z ogromną chęcią nosiłyśmy podczas całego pobytu w Afryce. Większość obecnych włożyła dużo pracy i zaangażowania w dobór swoich strojów, aby cieszyć oczy zebranych, wiec także my z Anją miałyśmy zaplanowane stroje i elementy ukazujące skąd jesteśmy lub gdzie usługujemy. Tak jak zapanowałam już dawno w Peru, w pierwszy dzień reprezentowałam Polską kulturę w tradycyjnym ubraniu góralskim, na tyle jak dalece się dało odtworzyć oryginały. W drugi dzień byłam ubrana w peruwiański strój z Cuzco reprezentując kulturę miejsca, gdzie usługiwałam wtedy na terenie. Ostatni dzień miał być wyjątkowym dla mnie i tak na maxa afrykańskim, bo byłam odziana w przepiękną afrykańską suknię i turban – prezent od moich afrykańskich ziomków. Nie wiem jak to zrobili ale trafili totalnie w sedno ze stylem, wzorami i rozmiarem, jeśli chodzi o ten przepiękny prezent i z ogromną przyjemnością nosiłam tę suknię ostatniego dnia zgromadzenia. Pierwszego dnia siedziałyśmy razem z naszą peruwiańską ekipą znajomych, którzy też z nami z Peru przyjechali. Drugiego dnia usiadłam w wyjątkowym dla mnie gronie – wśród polskiego grona delegatów, który dotarł z Europy. Z większością miałam przyjemność poznać się już dawno w UK i współpracować, gdy odwiedzali mój polski zbór w Londynie. Siedzenie razem z nimi na zgromadzeniu i spędzenie czasu poza zgromadzeniem dało mi możliwość nacieszyć się ich duchowym towarzystwem w języku mego serca, i było bardzo przemiłym detalem mojego pobytu w RPA.

Tak oto 'w skrócie' opisałam połowe moich afrykańskich doznać i doświadczeń, a w kolejnym poście opiszę dalsze przygody 'na delegacji' w RPA.

Te zdjęcia i filmiki tylko po części oddają mój zachwyt i ogromna wdzięczność za przecudowną organizację tych dwóch wspaniałych tygodni! Każdy detal tego przedsięwzięcia sprawił, że czułam się w Afryce cudownie i wyjątkowo. Niesamowity wkład pracy, a w nią serca i miłości braci organizujących, rodziny Betel i lokalnych braci dało się zauważyć w każdym detalu i każdym momencie mojego pobytu tam! Jestem bardzo wdzięczna Jehowie za to niezwykłe doświadczenie. Niejako namacalnie odczułam że „Miłość nigdy nie zawodzi” !!!







Vuyo w swoim wdzianku z plemienia Xhosa












Misjonarze wychodzą na środek















Pozgromadzeniowe wygibasy







Kolacja z ekipa z Limy





5 komentarzy:

  1. Oj Sara Ty i Twoje przygody :) musze chyba przemyśleć czy wyprawy z Tobą są bezpieczne 😂😂😂😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha ktoś ty jest? ps. wyprawy z Jehowa zawsze sa bezpieczne, tylko tzeba sie na nie odwazyc ;D

      Usuń
  2. Dziekuję za nietuzinkowy obraz, oraz subtelnie ukazany przedsmak życia w nowym świecie. Bracia tu ukazani i Ty sama jesteście żywym dowodem na to że w przyszłości dostaniemy od Jehowy szczęście-jako opcję w ‘standardzie’! 😊 {„Kochajcie Jehowę, swojego Boga, słuchajcie Jego głosu i lgnijcie do Niego, bo to od Jehowy zależy wasze życie. To dzięki Niemu będziecie długo żyć w ziemi, którą obiecał wam dać (…)” Powt.Pr.30:20 }.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy byłam w terenie też miałam wciąż przygody i niesamowite zdarzenia - zazwyczaj przyjemne i radosne. Gdybyśmy były razem w teamie to aż strach pomyśleć co by się działo!!! 😅🤩🤣
    Ściskam Cię szalona moja blondyneczko 😍💕🤩😘

    OdpowiedzUsuń
  4. Sarus dziękuje, ze podzieliłaś sie swoimi pięknymi wspomnieniami z Kongresu w RPA.
    Fajnie, ze mogłam się tam też zabrać przez Twoje zdjęcia, komentarze, filmy cudowne -zobaczyć radość braci.

    Dzięki za Twój wysiłek
    Bo

    OdpowiedzUsuń