1 paź 2017

Taka moja Urubambaaa


No i w końcu jestem ! Dojechałam do mojej upragnionej Urubamby...

od kwietnia jestem na moim wyczekiwanym terenie.... ale

Czy wszystko przebiegło bez problemów i kolorowo z moją aklimatyzacja w Uru???
Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy ..................Nie…


Moje perypetie w Peru zaczynają nabierać ciekawych kształtów i kolorów


Nie żeby wcześniej (w Limie) było beznadziejnie czy nieciekawie, służba więzienna dodawała mi skrzydeł i była cudownym 
doświadczeniem,
ale jednak byłam w takiej jakby tereno-prozni – wisiałam w powietrzu – niby już w Peru, ale nie na moim upragnionym terenie, wiec, kiedy tam w końcu dojadę ?!…… Tęskniłam za Cusco i Urubambą – górami, zielenią, śpiewem ptaków i spokojem wszędzie obecnym

 na początku kwietnia wsiadłam z Keren na samolot do Cuzco. Podekscytowane i pełne pozytywnych emocji i energii rozpoczęłyśmy nasza terenowa przygodę


wyladowalysmy 

pierwsza coca mate - ratuje cie gdy masz problem z wysokoscia

Wszystko super i jak zaplanowałam??? yyy.....chyba ogólnie nigdy tak nie jest, gdy sie wybierasz na nowy teren

Nieżadko może byc pod górke... jedno czego już się nauczyłam, to ze gdy juz jesteś na tej górce to zawsze przecież potem 
jest w dół, no nie? – łatwiej i lżej

Często jak zobaczysz tą górkę/góre to trochę se myślisz: ‘ludzie, jak ja tam wejdę?! Sam nie wejdę.... no tak, ale z Jehowa to na pewno mi się uda i wejdę’. Jak nie zapomnimy ze w tym z nami siedzi tez Najwyższy i Najpotężniejszy nad ziemia – a co tam dla Niego jakaś górka?! To damy rade! Na pewno!

A jak już w końcu uda cię się wejść na ta górkę, czujesz się bliżej ‘nieba’ i tez jaki widok! Z góry widzisz wszystko z lepszej perspektywy  




tak tez było i w moim wypadku

Myślałam, ze skoro znam Cuzco (byłam w nim przez 2 miesiące w 2015) i poznałam Urubambe (kiedy wpadłam tu na weekend w 2015) to już wszystko wiem i znam tutaj teren! Nic bardziej mylnego.... Wpaść do Peru na chwile, a zamieszkać tu, to całkiem dwie różne sprawy

„Plaska ziemia pająków”

Będąc w Limie, cos mnie tknęło, żeby poczytać o Urubambie na necie i pierwsze co sie ukazało moim oczom to znaczenie nazwy Urubamba w języku keczua: „Plaska ziemia pająków” !!!!!!!!!!!!!! ci, co mnie znają i moja ‘araknofobie’ (nieudokumentowana) mogą sobie tylko wyobrazić moja minę! Przełknęłam ciężko ślinę i sama do siebie szepnęłam: ja z moja fobią na pająki jadę do wioski, która ma w nazwie ‘pająka’! Super! Teraz to juz na pewno sobie poradzę z moja fobia. Dobra, jak mnie pająki zjedzą na terenie, to nawet taka śmierć ‘bohaterska’.......

Tiaaaaaa hmmmmm .... Jednak akurat to nie pająki nas zaatakowały w Urubambie....... ale o tym lekko pózniej 

Gdy zjechałyśmy do Urubamby w kwietniu to nie miałyśmy za bardzo gdzie sie podziać początkowo. Miałyśmy wcześniej opcje przekoczowania u pewnych braci, ale to w ostatniej chwili nie wypaliło. Przez pierwsze 2 tyg kwaterowałyśmy w sypialni Alici (needgrater z USA, z która sie poznałam w 2015), gdy ona właśnie przebywała w USA. Wiec jakoś to wyszło okej i na początek mialysmy gdzie przebywać..... w tym samym czasie szukałyśmy na gwałt jakiegoś lokum.

Przez cały rok naszego kontaktu internetowego z Keren, przeglądałyśmy różne oferty wynajmu chat w Urubmabie i upatrzyłyśmy sobie wspólnie fajna chatkę, która juz wstępnie miałyśmy zaklepana i dogadana na nasz przyjazd. Nagle, gdy wylądowałyśmy w Uru, okazało sie, ze ta chata może będzie wolna za dwa miesiące, a jeśli nawet to cena dwa razy większa i wynajem na max 6 miesięcy, bo jest tak oblegana ta chatka przez turystów....... chociaż na wtedy wydawało sie nam, ze właśnie przepadła nam idealna opcja, załamane wiedziałyśmy, ze trzeba będzie szukać cos innego

W tym samym czasie w Urubambie od ponad miesiąca, mieszkali Sara i Marek, moje ziomki jeszcze za starych czasów w Londynie. Kiedyś byliśmy wszyscy w jednym zborze w Debden, zanim cala ekipa sie rozjechała na inne tereny w UK, i w końcu ja az do Peru. I tak oto jak opisałam we wcześniejszym poście, znaleźliśmy sie wszyscy razem w Urubambie. Gdy musiałyśmy sie z Keren wyprowadzić od Alici, a nie miałyśmy jeszcze nic wynajętego, Sara z Mareczkiem nas przyjęli do siebie na trochę, abyśmy miały czas znaleźć jakieś lokum


przeprowadzamy mnie do Markow



Początkowo, żeby było łatwiej na terenie zamierzałyśmy mieszkać z Keren w jednym domku i tak właśnie szukałyśmy. Jednak spędzając więcej czasu razem i mieszkając w Limie zauważyłyśmy, ze trochu sie różnimy, np kulturowo i w naszych upodobaniach. Mamy dobre relacje i sie dogadujemy, ale jednak fajnie byloby, gdyby każda miała swój własny kat, nie wspominając o tym ze ja spodziewam sie wielu gości z Europy, którzy na pewno zostawaliby u mnie na dłużej, i to by mogło Keren zacząć przeszkadzać, gdyby jej prywatność była cały czas ograniczona...... Takze gdy sie okazało, ze nie możemy mieć naszej ‘upatrzonej’ chatki wtedy zaczęłyśmy rozpatrywać możliwość mieszkania tylko jakiś okres razem, a później, każda idzie na swoje. 

Babka z agencji pokazywała nam różne domy, ale zawsze było cos nie tak z tymi domami. Nagle wzięła nas na tyły domu Markow i pokazała nam ładny duży dom, którego budowa miała być skończona za 2 tyg...... miałyśmy mieszane uczucia odnośnie tego, czy czekać, wtedy nagle przechodząc przez ten ogród zwrócił moja uwagę drugi dom, który był w stanie surowym, i naszła mnie mysl - idealne warunki, razem, jeden ogordsasiadki, ale jednak kazda ma swoje miejsce i może sie czuć swobodnie u siebie w domu. Wtedy to postanowiłyśmy, ze jesteśmy zainteresowane wziąsć oba domki, każdy dla jednej. Wieczorem miałyśmy sie spotkać z wlascicielem, żeby dogadać sprawę dwóch chat. Siedzimy u Markow i dogadujemy to czy możemy zostać u nich kolejne 2 tygodnie, az skończą pierwszy dom. Siedzimy w ich kuchni, której okno jest skierowane na ‘mój przyszły dom’. Nagle patrze a podjeżdża pod ten dom jakaś babeczka z dzieckiem, spotyka sie z wlascicielem, ogląda dom, po czym patrze przez okno jak podają sobie ręce. Krzyczę do Keren „O nie, jakaś babka nas uprzedziła i właśnie dobili deal i straciłyśmy chatę”. Nie wierzyli mi, mówiąc, ze pewnie mi sie przewidziało. Jednak moja pewna postawa zmusiła ją żebyśmy szybko po tym spotkały sie z tym wlascicielem. Modliłam się, żeby nam się udało te chatki wynająć, ale sprawa wyglądała beznadziejnie..... 

Wytłumaczyłyśmy mu, ze jesteśmy zainteresowane wynajmem obu, ale niestety, tak jak myślałam, właśnie dobił deal z ta kobieta i powiedział, ze jest człowiekiem honoru i słowa, i nie może teraz zmienić zdania ze względu na nas. Chciał nam pomoc, wiec zaproponował, ze da tej kobiecie kontrakt na max 6 miesięcy, wynajmie mi inny swój dom i po 6 miesiącach będę mogla przejść na ta chatkę, co chce. Byłyśmy załamane, ze tak ‘idealny’ plan, a nie wypalił. Nie miałyśmy wyboru, wiec zapłaciłam depozyt za ta inna chatę wlasciciela, gdy nagle po tygodniu dzwoni on do Keren i mówi, ze ta kobiet zrobiła jakaś aferę w tym domu, przyjechał jej mąz i zaczął się zle odzywac do wlasciciela, wiec on oddal im pieniądze i kazał się zabierać z tej chatki. Od razu podpisał kontrakt ze mną i takim oto sposobem ta chatka przypadła jednak mnie.

Narazie mieszkamy razem z Keren na mojej chatce, az skończą remontować jej i wtedy będziemy sasiadkami. 

mi casa 



robimy meble ze skrzynek 

odnawiam stoły, które dostałam




Zew natury 


Mamy ładny duży ogródek, który trzeba zasiać trawka i kwiatkami, a zewsząd otaczają nas piękne góry i drzewa. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszych okolic na mieszkanie i do życia. Nie chciałyśmy mieszkać w centrum Uru, bo niby mała wioseczka, ale jednak głośna i pełna życia. Obiecałam sobie, ze jeśli się przeprowadzam na Peruwiańska prowincje i do wioski zabitej dechami, to koniecznie musze być otoczona natura, górami i zwierzętami. Nie wyobrażałam sobie, ze się przeprowadzę do Peru na prowincje, a znowu miałabym być otoczona betonem i ulicami. Zdecydowane NIE – zmęczone Londynem sumienie mi na to nie pozwalało. Ogólnie to mieszkamy wszyscy Polacy po sąsiedzku – Beatka mieszka z Markami, a my z Keren za ich domem. Nazywają nas ‘Polska kolonia’ w Urubambie.



Kolejny raz czuje, ze Jehowa wiedział najlepiej co będzie lepszym rozwiązaniem jeśli chodzi o kwestie zamieszkania. 


widok z mojej sypialni





tą drogą do domu

Codziennie rano budzi mnie trzepotanie skrzydełek koliberków i słońce które zagląda przez wszystkie okna w sypialni. Siadam na łóżku i widze wszędzie góry i drzewa, nasłuchuje śpiewu ptaków, czasem ryczenie krów lub osła i se myślę „Boże, jak ja ci dziękuje, ze tu jestem”. Gdy ide spać to przez okna obserwuje miriady gwiazd i do snu usypia mnie droga mleczna, której łuk majestatycznie rozpościera się nad moim domem. Nigdy tak wyraźnie nie widziałam drogi mlecznej i nie miałam możliwości obserwować gwiazd, tak widocznych z mojego balkonu i okien. Gołym okiem podziwiać drogę mleczna...... Cudowny widok i kolejny raz do siebie mowie: „Ale jestem szczesciara, ze tu się znalazłam i mogę się tym cieszyć!” To naprawdę niesamowite jak normalnego człowieka cieszą rzeczy, za które nie trzeba płacić i które istnieją od dni pradawnych: niebo, słońce, drzewa, zwierzęta, góry, gwiazdy, księżyc..... Natura zawsze zbliżała ludzi do Boga.....nie trudno sobie wyobrazić, kogo pomysłem było stworzenie miast, gdzie ludzie sa otoczeni betonem, tłumami, sztucznym tworem ludzkich rak, które zamyka ich na nature i cieszenie się małymi rzeczami.....

Natura, za która tęskniłam niemiłosiernie, wreszcie otacza mnie zewsząd i wręcz wchodzi mi z butami do domu – a ja jej na to pozwalam...... Siedzę sobie na balkonie i patrze w góry lub niebo i w kolko wciąż powtarzam: „Kocham to gdzie jestem i co robie”..... Nawet nie wiedziałam, kiedyś ze można takie zycie wieść, bo sama się zamknęłam w tym Londynie i tak sobie egzystowałam; zapomniałam ze można żyć tak, aby cieszyć się służba dla Jah i jednocześnie życiem. Wcześniej myślałam, ze albo wybieram jedno albo drugie. Nareszcie żyje, a nie egzystuje.



zakupiony materac trza dowiesc do domu

targi w Uru na ktorych robimy zakupy

kocham otoczenie natury w Uru

Inwazja w Urubambie 

Jak tylko zajechalam do Urubamby, nie  tylko mialam ze soba Markow i Betty, ale do Beci przyjechaly jej 3 przyjaciolki z UK: Martusia, Amandka i Darcia. Marta byla z nami na 2 miesiace, a dziewczynki na miesiac. Super razem spedzilismy czas dzialajac na terenach Urubamby! Darcia zdąrzyla sie na tyle zakochac w sluzbie peruwianskiej, ze postanowila sie tu przeniesc na teren w Peru i dobija do grona Peruwianskich needgreaters w pazdzierniku !!!


W dzien,  w ktorym Marta wylatywala z Cusco, Tom i Arek przylecieli, i spedzili z nami 2 miesiace. W tym czasie zdazyli pokochac sluzbe i Urubambe, wiec czy wroca ..... ?







 z Darcia i Betty








spotkanie pionierow z obwodu w Cusco





 jednodniowe zgromadzenie w Cusco





















 Polacka kolonia w Uru




zegnamy Amande i Darie










jemy z ulicy

Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma...?

Jak to juz wcześniej wspominałam, jednak początki na terenie dla każdego to trochę zderzenie się z ‘nowa’ rzeczywistością. Inna i jakże różna.... Tak tez było w moim przypadku. Największym problemem na początku okazała się dla nas inwazja pcheł..... Pewnego pięknego dnia, dziewczyny, które wróciły z obiadu od braci, przyniosły do domu Markow pchły. W ciągu 2 dni z kilku pcheł zrobiła się spora inwazja i każdy z nas był nieźle pogryziony, co niektóre dziewczyny miały nawet po kilkadziesiąt ugryzień.... Każdy kto walczył z inwazją pcheł wie, ze pozbyć się tego dziadostwa to niełatwa sprawa..... ciągłe sprzątanie domu, pryskanie i zamiatanie.... można naprawdę mieć wszystkiego serdecznie dość..... Sara tez była juz tym zmęczona.... walczyła w swoim domu z plagą pcheł przez parę dobrych tygodni...... A pozbycie się pcheł w miejscu gdzie są one czymś powszednim i nie ma na to super działających środków.... Razem wszyscy to chyba przeczytaliśmy juz cały internet na temat pozbycia się pcheł – eksperci...




Tyle, ze sprawa nie rozgrywała się tylko o to, żeby pozbyć się pcheł z domu...... Cos co nam na głowie siedziało to: jak nie przynieść pcheł do domu po każdym wyjściu na miasto/zebranie/do służby. Nieraz siedzimy na zebraniu i wychodzimy pogryzieni przez pchły, bo kogoś sweter wisiał na poręczy obok, albo ktoś usiadł obok i z niego pchły skoczyły na nas....... takie były realia wychodzenia z domu do służby, na targ czy zebranie. Wszechobecne psy i brudek to był dzień powszedni w Urubambie..... Trochę się przeraziłam ta plaga i zaczęłam nawet rozmyślać jak to będzie, jeśli już zawsze mam być pogryziona przez pchły i drapać się wszędzie na ciele. Nie wspominając o tym, ze można się uczulić od tak częstych pogryzień i dostać alergii.... trochę byłam przerażona spotykać się z braćmi, którzy wiedziałam, ze mogą mieć pchły w domu, ze tam na pewno będę pogryziona i sprowadzę je do domu...... Nie lubiłam samej siebie za takie myślenie, ale tak rzeczywiście się przedstawiały fakty..... Wypytywałam znajomych z Cusco, o to czy tez zderzyli się z takim problemem, ale mówili, ze nie bo mieszkają wyżej (3300m npm) i tam jest zimniej, temperatura schodzi nawet do 0 lub mniej w nocy, wiec nie mają plagi pcheł.... Nie chcieliśmy rozmawiać o tym z braćmi w zborze, żeby nie było im przykro, czy się źle poczuli, ale z jednymi dobrymi znajomymi, którzy sa z Limy, podzieliliśmy sie tym problemem — nie wierzyli nam, ze to pchły i wymyślali, ze może pluskwy albo komary....... Wtedy zrozumiałam, ze nikt nas tu nie zrozumie w tej kwestii i modliliśmy się żeby to się skończyło, i nie zepsuło nam pobytu na terenie......



Pamiętam jak zadzwoniłam do mojego zioma T i mowie mu o tym, jaki mamy problem, ze nie jest wesoło i podważam wogóle idee pobytu na tym terenie jeśli sytuacja się nie uspokoi. Wtedy nagle T do mnie mówi: „Sara! Ja czasem jak bylem na nowym terenie to jadłem 2 tygodnie parówki z chlebem i spałem 3 miesiące na kanapie w pokoju z psem, a ty chcesz się poddac, bo zaatakowały cie chwilowo pchły? Oszalałaś? Tyle juz osiągnęłaś żeby tam być, masz gdzie mieszkać, i to w fajnych warunkach, masz prace, znajomych tam ze sobą, a dasz się przegonić z terenu pchłom?! Nie z takimi rzeczami wojowali ci, co na teren wyjeżdżali. Pamiętaj, ze zawsze pierwszy rok na terenie jest ciężki, cokolwiek miałoby to byc, czy finansowo czy emocjonalnie, czy jeszcze cos innego! Nastaw się na to, ze nie będzie łatwo, ale ze mimo wszystko dasz rade! Ty z twoim charakterem i nastawieniem nie dasz się tym pchłom!”. Tez z tata rozmawiałam o tym wszystkim i fajnie mi tez powiedział, żebym sprobowała jakiś czas to przeczekać, a jeśli stwierdzę, ze jednak to teren nie dla mnie, to tak naprawde terenem z potrzebami jest caly swiat. Poradził mi, żebym w głowie nie układała sobie planu ‘już na stale, na zawsze, nie ma powrotu’ bo takie nastawienie może czasem załamać psychikę; ze lepiej sobie mówić: jestem tu na trochę na jakiś czas, a jeśli zostanę to pójdzie wszystko swoim biegiem, nic na sile. Nie ma to, jak dobre porady


W koncu po długiej walce udało nam się wyplenić pchły i na razie nie wracają.... Nie wiemy, czy to był akurat okres inwazji pcheł na Urubambe, czy może dały nam spokój i się nas nie czepiają, bo juz jesteśmy z tad, a nie ciało obce.... Słyszałam, tez ze pchły atakują nowych na takich terenach, bo nasza krew i ciało pachną inaczej niz tubylców, wiec pchły to wyczuwają.... Nie wiem ile w tym prawdy, ale jeśli rzeczywiście tak było, to uznały nas za swoich! Wiec, nie jestesmy pewni jak to się stalo, ale po jakimś miesiącu lub więcej udało nam się znaleźć spokój w tej kwestii...... i na razie nie powraca i nic nas nie gryzie


Bez pracy nie ma kolaczy




Wtedy to wyłonił się kolejny problem.... Internet... albo raczej dostęp do niego w Urubambie. Internet dla mnie i Keren (i Markow) oznacza albo prace, albo jej brak. Bez pracy nie mamy pieniędzy na zycie tu, a bez nich nie możemy tu mieszkać..... Ścisła zależność.... niestety....Ponieważ nie mieszkamy w centrum Urubamby, poinformowano nas, ze posiadanie internetu na obrzeżach Uru graniczy z cudem. Najpierw okazało się, ze nie możemy założyć własnej nowej linii, bo nie ma na to już możliwości w Urubambie. Za duży popyt i nie wystarczająco sieci....... Prosiliśmy wlasciciela, żeby otworzył dla nas swoja linie, która wcześniej zamknął.... Proces otwierania tej linii, która już istniała i trzeba było po prostu technika, który przyjedzie i założy modem i otworzy linie – trwał prawie 2 miesiące.... po drodze różne myśli przechodziły nam przez myśl..... martwiłam się, ze jeśli nie będę mogla mieć tu internetu to oznacza to być może, ze będę się musiała przeprowadzić do Cuzco, czego bardzo nie chciałam.... Moim upragnionym terenem była Urubamba – czyżby brak Internetu postawił cały ten plan pod znakiem zapytania? Byłam trochę tym zdołowana, ale cały czas się modliłam „Jehowo wiesz jak bardzo chce tutaj byc, już się pogodziłam z pchłami, ale jeśli nie będziemy mieć tu internetu do pracy, to nici z całego planu. Wiem, że jeśli chcesz to możesz nam pomoc”. W tym czasie ja i Keren przebywałyśmy około 2 tygodnie na miesiąc w Cuzco u znajomych, u których mieszkałyśmy trochę ze wzgledu na Internet i pracowałyśmy tam, żeby choć trochę zarobić na zycie.... Cały czas nie ustawałyśmy w modlitwach o możliwość zostania w Urubambie. Zapłaciłyśmy depozyt za dom, nie będąc w ogóle pewne czy będzie tam internet... musiałyśmy tak zrobić, bo wlasciciel miał innych chętnych na dom.....wiec wprowadziłyśmy się do niego nie wiedząc czy będziemy mogły tam zostać ze względu na internet...... nagle pewnego pięknego dnia, po 2 miesiącach dzwonienia, upominania się i proszenia, przybył technik, który w godzinę wszystko nam założył i uruchomił i tak oto mieliśmy internet wystarczający, do tego żebyśmy wszystkie mogły pracować i się utrzymać. Wtedy sobie pomyślałam: „Jehowa naprawdę widzi nas właśnie tu w Urubambie”. Tak oto wszystko super się poukładało i mamy możliwość zostać w Urubambie i usługiwać na terenie, o którym marzyłyśmy.


moj office - w pracy 😁😂👍




„Czy widziałaś wielkie pająki?”

Często dostaje to pytanie od wszystkich, którzy znają mój problem z araknofobią, na którą na razie nie mam papierów. Hmmmm za dużo ich nie widziałam, ale dziewczyny raz wracając wieczorem do domu, zobaczyły jakieś 100 metrow przed domem, w świetle lampy, idącego sobie po ulicy wielkiego pająka, prawdopodobnie ptasznika albo cos w tym stylu! Na szczescie, niedane mnie to było, choć tez nie ominęło i mnie, poradzenie sobie z tymi potworami. Moja pierwsza noc na chacie. Zaprosiłam Betty, żeby się nie bac spac samej pierwszej nocy w domku. Jest po 1:30am, właśnie mamy zgasić swiatlo, gdy nagle po prawej stronie wysoko na ścianie widze jakąś czarna plamę. Nie mogłam dowidzieć co to bo ściągnęłam już soczewki, ale wiedziałam, ze to cos sporego. Zadałam Betty tylko jedno pytanie: ‘To czarne tam u góry, błagam powiedz mi ze to wielka ćma!’ (naprawdę ogromne ćmy tutaj są, wiec miałam cichą nadzieje, ze tak właśnie będzie .....) mina Betty i wszystko było jasne. Szkoda, ze nie nagrałam tego, jak doszło do uśmiercenia tego pająka, bo naprawdę mogło to się stać hitem YouTuba. Nie wiedząc jak to bydle zatrzymać w rogu podłogi (gdy już sam spadł na nia od krzyków Betty) spryskałyśmy go odświeżaczem do powietrza, co go na chwile unieruchomiło i dało nam szanse zabić go moja grubą okładką do służby. Betty mówiła, ze był olbrzymi, włochaty i widać mu było paszcze........ chyba na cale szczęście, ze nie miałam soczewek i nie mogłam go dobrze zobaczyć. Podczas remontu chaty, cały czas okna były otwarte i musiał się schować na półce między oknem a sufitem. Już więcej takich nie spotkałam. Co jakiś czas (raptem 3 razy od mojego zamieszkania) napatoczy się większy pająk i nie mając nikogo obok, jestem zmuszona sama sobie z nim poradzić. Na początku najpierw ogarnia mnie panika i strach i stoję w miejscu główkując jak go tu dorwać, jak zabić, żeby mi nie zwiał, bo wtedy nie pójdę spać w tym domu. No i w końcu po naradzie z sama sobą, znajduje najlepsza opcje, i radze sobie z problemem. Zaczynam mieć wprawę, bo już sama sobie radze z zabiciem takiego okazu. Wcześniej byłby krzyk o pomoc... A wiec - Czy widziałam wielkie pająki? No wlasnie niezbyt bardzo mialam okazje, oprocz wtargniecia tego kolosa, ktory niestety nie byl ćmą. Jesli mnie tu nie dopadly, to was zapewne tez nie 😀


Także i pod tym względem, mieszkając w Uru zmierzam się z sama sobą. Z moimi lekami i fobiami. Kolejnej, której nawet nie wiem, kiedy się nabawiłam, to lek na bezpańskie psy, lub ogólnie obce mi, duże psy. I wyobraźcie sobie, ze właśnie tu gdzie mieszkam są ich setki, mnóstwo psów włóczących się po ulicach za dnia i w nocy. Obraz i realia Peru, którego strasznie nie lubie. Ludzie nie traktują tu psów jako zwierzęta domowe, którymi się człowiek opiekuje i dba o nie, ale jako obrońców ulic i dzielnic, które same się zajmą sobą. Żyją sobie na ulicy, są bezpańskie, brudne, wygłodzone, kalekie, chore i zaniedbane. Czasem potrafią być groźne i zaatakować. Nie mam tu na myśli jakichś kundli małych, tylko chodzą po ulicach wielkie rotvajlery, boksery, dobermany i wilczury. Bracia w zborze nam mówili, ze zdarzyło się ze któregoś pies czasem pogryzł! Czy możliwe, ze te psy są tu szczepione przeciw wściekliźnie?! Tak, jasne.... – te psy są niczyje, wiec nikt o to nie dba i tego nie sprawdza. Dziesiątki psów na ulicy to problem powszechny w Peru, wszędzie – jedynie w lepszych dzielnicach miast, jest to jakoś kontrolowane, ale normalnie to jest ich mnóstwo i nikt o nie nie dba. Słyszałam już od paru osób, ze czasem, rząd (wojsko/policja) robią z samego rana najazd na jakaś dzielnice i masowo wybijają psy (20 albo więcej), które akurat były na ulicy. Zostawiają je tak, żeby lokalna społeczność sama sobie je pochowała czy spaliła. Tak oto rząd sobie radzi z tym. Tyle, ze problem leży w braku edukacji i skrajnie ubogich warunkach w jakich wielu ludzi tu żyje. Sami mieszkaja w warunkach, które czasem przypominają komórkę czy stodole, wiec nie będą się przejmować jakimś tam psem, ze nie ma gdzie spać czy co jeść.... Jak widzisz psa, który ma lśniąca sierść, jest wyczesany i nie widać mu żeber od głodu, to od razu se myślisz ‘Pewnie pies jakichś obcokrajowców, albo Peruwiańskich bogaczy’, bo tak to zadko znajdzie się Peruwiańczyk, który dba o psy; raczej tylko ludzie na poziomie, mieszkający w drogich dzielnicach....

Moja nowa rodzina

W Urubambie mamy naprawdę wspaniały i gorliwy zbór. Jest w nim jakieś 70 głosicieli (licząc w tym wiele dzieci, które są głosicielami). Bracia tu mieszkają i znają się od lat; widać, ze żyją jak wielka rodzina. Bardzo często są tu organizowane zabawy i spotkania lub pikniki zborowe, na które przychodzą wszyscy i razem w przemiłej atmosferze spędzamy czas. Bracia tu przyjęli nas niesamowicie ciepło i serdecznie. Bardzo się nami tu cieszą i często dziękują, ze przyjechaliśmy im pomagać z terenem. Wielu z nich się uczy paru slow po polsku i ćwiczą je z nami w służbie lub na zebraniach. Ponieważ wszyscy, którzy tu przyjechaliśmy (lub na krotki okres tu odwiedzili) jesteśmy pionierami, to dziękują nam, ze zasililiśmy szeregi działaczy w Urubambie i często pytają, czy przywieziemy im tu więcej Polaków. Nazywają nas Polska kolonia. Wiedząc także, ze wszyscy znamy się dłużej i z wcześniej, zapraszają nas do siebie cala Polska gromada i bardzo lubia nasze towarzystwo. Często jak organizują taneczne zabawy, to proszą nas abyśmy swoja polska i lubiana przez nas muzykę włączyli i tez do niej się bawią z nami. Gdy, kogoś z nas nie ma na zebraniu, wiele osób podchodzi i pyta, czy wszystko okej, czy zdrowi, czy jakichś leków nam trzeba lub pomocy.


 ziemniaki w kopcach 









 nasz zbor i goscie









W zborze razem z nami jest teraz ponad 20 pionierów stałych, paru pomocniczych na stale; dwóch starszych i kilku sług. W zborze i na terenie naprawdę dużo pracy. Na obszarze Urubamby, jako sama ta wioska, to nie ma ogromnych potrzeb, bo jest bardzo dogłębnie i regularnie opracowywana. Zbiorki są codziennie o 8 rano, oprócz piątku, kiedy to jest o 4pm. Na każda zbiórkę w tygodniu przychodzi miedzy 15-25 osób. Nikt nie ma swojego terenu, wyruszamy zawsze grupowo, a zbiorki w tygodniu i niedziele są dla całego zboru. Gdy przychodzę na zbiórkę brat prowadzący przydziela mi kogoś peruwiańskiego do pary. Prosiłam, żeby zawsze mnie przydzielał z siostra Peruwianka, abym mogla przy niej ćwiczyć swoje wstępy. Zbiorki zawsze są organizowane na terenie, np gdzieś na chodniku lub w bocznej uliczce. Gdy tylko ruszamy do drzwi, od razu ćwiczę mój wstęp z siostra, ona mi pomaga go ulepszyć i często (przy pomocy partnerki) udaje mi się poprowadzić cala rozmowę, z pokazaniem filmiku i umówieniem się na odwiedziny. Ludzie tu bardzo doceniają fakt, ze biały człowiek chciał przyjść do nich z dobra nowina z Biblii, wiec chętnie słuchają i bardzo dziękują za literaturę. Ludzie są tu tak złaknieni dobrych wieści, o poprawie na lepsze, ze aby nawiązać ciekawa rozmowę z człowiekiem na terenie i mieć radość w sluzbie, masz po prostu stanąć przy drzwiach i w nie zapukać. Zdarza się i tu, ze ludzie są zajęci, ale zazwyczaj nie jest to żadna wymówka, tylko otwierają ci drzwi rekami mokrymi lub brudnymi od prania, lub sprzątania, właśnie robili przy ogródku, albo karmią dziecko mając je na rekach. Tak naprawdę kwestia posiadania studiów i jej liczba jest tylko i włącznie zależna od – ciebie... Teren az sam się prosi o te studia







































W soboty i niedziele praktycznie cały zbór wychodzi do służby. Jest to niesamowicie budujący widok, bo tutaj bracia tez mają swoje problemy zdrowotne, rodzinne, lub ciężko pracują. Widać jednak w ich postawie, ze cenią sobie bardzo służbę i lubia do niej wyruszać. W zborze jest dużo studiow — ponad 40, a wiele z nich odbywa się na oddalonych terenach, gdzie bracia dojeżdżają do wiosek oddalonych o godzinę lub dwie, i odwiedzają ludzi spragnionych prawdy i dobrej nowiny.


siostry prowadza z zainteresowana studium 


w dole Uru



 caly zbor w sluzbie


typowy dom na prowincji

glosimy pani z  tego domu

kuchnia w ktorej glosilismy jej

dom w Urubambie










 z kochana Gladis w sluzbie






 glosimy pani od sokow, jej syn zaczal studiowac i ona po jakims czasie tez










glosimy na naszej ulicy Chahuar

 Na zebrania przychodzi mnóstwo zainteresowanych; często ponad 20, a czasem nawet ponad 30 osób na zebraniach to zainteresowani lub studenci. Brakuje miejsc, są dostawiane plastikowe krzesła do rzędów i na tylach. Często porządkowi podczas zebrania, proszą braci o ustąpienie miejsc dla dochodzących, i wtedy stoi rząd braci na tylach sali. Nasza sala trochę już mała się zaczyna robić, wiec słyszałam o rozmowach o powiększeniu sali, żeby każdy mógł wygodnie usiąść. 




W zborze mamy dwie grupy: keczua kuskenian i głuchoniemych. Do grupy keczua należy jakieś 40% braci ze zboru, a w niesłyszącej jest około 5 zainteresowanych, 4 siostry prowadzące te grupę i parę osób pomagających i uczących się migowego. Grupa keczua ma swoje oddzielne zebranie strażnicy, przed zebraniem hiszpańskim, ale i tak wszyscy zostają jeszcze na hiszpańskie, żeby skorzystać z wykładu i spędzić czas z całym zborem. Zebranie tygodniowe mamy razem, ale gdy zaczyna sie studium książki, grupa keczua zostaje na sali, a my — hiszpanska część, przenosimy się do domu siostry niedaleko sali i tam kontynuujemy zebranie po hiszpańsku. Zadko się zdarza, ze w ten sposób jest traktowana grupa w zborze — mniejszosc. Zazwyczaj to grupa się przenosi do malej salki itp, a tutaj jednak to keczua zostaje na sali i może skorzystać z zebrania w ‘lepszych warunkach’, a my się przenosimy do innego miejsca – domu siostry, nieopodal sali. Bierzemy ze sobą plastikowe krzesła, spacerujemy 5 minut, i tam mamy cala książkę a także śpiewamy pieśń i mamy modlitwę – po hiszpańsku. Jeśli chodzi o grupę migowego – prowadza ja 4 siostry, 3 młode z Limy, które się przeniosły tu na potrzeby i jedna z Cuzco. Nie ma braci, którzy usługują w grupie migowej, wiec cale zebrania prowadza siostry. Albo puszczają nagrany wyklad w migowym z naszej strony jw.org, albo któraś z sióstr tłumaczy wykład z hiszpańskiego na migowy. Jak są punkty lub pokazy, to dwie siostry staja naprzeciwko siebie i migają te punkty, jakby naprawdę miały pokaz. Czasem tez migają komentarze braci z hiszpańskiego zebrania, podczas udzielania ich. Gdy są punkty z udziałem obecnych wtedy grupka i osoby, które ja wspierają wchodzą na przody rzędów i migają swoje komentarze. Grupa migowa ma swoje miejsce na przedzie sali po lewej i oprócz studium książki, korzystają z całego programu zebrań! Często obserwuje punkty zebrań po migowemu, oswajam się z oba językami (hiszpański i migowy) naraz. Nauczyłam się paru znaków w migowym, aby moc pomigać do zainteresowanych, a takze, gdy spotkam głuchoniemych w służbie.



siostra prowadzi grupe glucho-niemych

 siostra miga swoj komentarz 


w pierwszym rzedzie siedza glucho-niemi zainteresowani

 zborowe studium Biblii po hiszpansku w domu siostry






 Każdy w zborze jest zachęcany do tego, aby wspierać albo jedna, albo druga grupę. Przysłuchiwałam się trochę keczua języku i nauczyłam się tez paru slow, które używałam w służbie na keczua terenach, ale przyznam, że trochę skomplikowany dla mnie język. To język z rodziny indiańskich języków i brzmi bardzo zabawnie dla mnie. Ma mnóstwo długich wyrazów, które dziwnie się odczytuje. Podobno Japończykom i angielsko-jezycznym osobom latwo jest się go nauczyć.


(fragment z Biblii, ten u dolu)

W Peru, w języku keczua są ogromne potrzeby i jak brat z działu terenów nam wspomniał w Limie w Betel – jest to teren z największymi potrzebami teraz w Peru. Dużo braci kierują na ten teren, choć nie jest łatwym, nie wspominając o języku, który jak dla mnie, do niczego znanego podobny. W Peru jest też mnóstwo migowych grup, gdzie prowadza je siostry, bo nie ma wystarczająco usługujących braci. W migowym zborze, w Cuzco, niedaleko nas jest tylko jeden brat starszy i także duże potrzeby na usługujących.
Biorąc to wszystko pod uwagę, to rozmyślam, czy po większym opanowaniu hiszpańskiego, nie pomagać troszeczkę w migowym... chociaż żeby dziewczynom towarzyszyć w służbie na oddalonych terenach. Przyjaźnie się z dwiema, które prowadza ta grupę, i parę razy mi z żalem wspominały, ze nie mają często nikogo, żeby jechać na oddalone tereny Urubamby. Nigdy wcześniej nie sądziłam, ze znajdę się w Peru usługującą na terenie hiszpańsko-języcznym, a co dopiero, żeby uczyć się migowego..... Ale – co tak naprawdę stoi m na przeszkodzie żeby właśnie tak było? Nic !

Nie wiem jak to jest, ale będąc tu – tak daleko od tego, co mi znane i mając styczność z tak wielkim światem... nagle czuje ze w udzielaniu sie w organizacji Jah nie ma granic, chyba tylko, ze ja sama sobie jej narzucę


Pierwszy raz czuje, że jestem wolna i mam możliwość zaangażować się tam u Jehowy gdzie mnie poniesie.... kto to wie, na czym to się skończy ?!?




Idę za poradą mojego kochanego tatki: „Otwórz skrzydła i staw się Jehowie do dyspozycji, a zobaczysz gdzie cie jeszcze poniesie”.....





Zaledwie zaczęłam otwierać skrzydła ....






Taka moja Urubambaaaaaaaaaaaaaaaa












 pije Moliente - cieply napoj z aloesu z syropami 










Kocham to co robie i to gdzie jestem 









1 komentarz:

  1. Przez weekend udało mi się być w służbie w oba dni i czuliśmy z moim Grzesiek ogromną radość i satysfakcję !!!
    Wiadomo - zawsze tak jest po służbie :-)
    Nawet trudno mi sobie wyobrazić moje szczęście gdybym była na Twoim miejscu :-D
    Twoje opowieści i uczucia jakie opisujesz, stają się trochę naszymi <3

    To prawda że możemy zrobić bardzo wiele !!! dla Jehowy jeżeli nie będziemy siebie ograniczać. Każdy ma swoje możliwości i każdy ma potem błogosławieństwa "aż nie ma żadnego braku"

    Ściskam Cię na maxa moja Peruwianko <3

    OdpowiedzUsuń